Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 20 września 2018
w Esensji w Esensjopedii

Mirosław Doleżych
‹Cienie›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorMirosław Doleżych
TytułCienie
OpisDr inż. Mirosław Doleżych urodzony w 1943 roku. Studia na Wydziale Elektroniki Politechniki Warszawskiej, doktorat na Wydziale Mechaniki Precyzyjnej. Wieloletni pracownik Wydziału Mechaniki Precyzyjnej później Mechatroniki Politechniki Warszawskiej. Obecnie na emeryturze.
Gatunekhistoryczna, obyczajowa

Cienie

1 2 3 5 »
Semen nie mógł oderwać od niej oczu. Miała pięknie haftowaną białą farbankę i ciemny, także haftowany łajbik. Włosy kryła pod białą chustką. A oczy? Jakiego koloru ma oczy? Nie zauważył. Patrzył, jak z rodzicami oddala się od cerkwi. Bał się odejść, żeby nie przegapić jej powrotu, więc po prostu usiadł na trawie i czekał.

Mirosław Doleżych

Cienie

Semen nie mógł oderwać od niej oczu. Miała pięknie haftowaną białą farbankę i ciemny, także haftowany łajbik. Włosy kryła pod białą chustką. A oczy? Jakiego koloru ma oczy? Nie zauważył. Patrzył, jak z rodzicami oddala się od cerkwi. Bał się odejść, żeby nie przegapić jej powrotu, więc po prostu usiadł na trawie i czekał.

Mirosław Doleżych
‹Cienie›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorMirosław Doleżych
TytułCienie
OpisDr inż. Mirosław Doleżych urodzony w 1943 roku. Studia na Wydziale Elektroniki Politechniki Warszawskiej, doktorat na Wydziale Mechaniki Precyzyjnej. Wieloletni pracownik Wydziału Mechaniki Precyzyjnej później Mechatroniki Politechniki Warszawskiej. Obecnie na emeryturze.
Gatunekhistoryczna, obyczajowa
Minęli wiadukt w Chotomowie, skręcili z drogi asfaltowej w boczną ulicę, wybrukowaną kostką Bauma.
– Ta ciocia to jest od strony twojej mamy czy taty? – zapytała Anna.
– Teresa jest rodzoną siostrą mojego taty, najmłodszą. Jest ode mnie starsza o niecałe dziesięć lat. Jak mieliśmy z siostrą po kilka lat i przychodziliśmy do babci, to straszna ciotunia wybiegała z domu z miotłą i wymachując nią krzyczała: wynocha, po co tu przyszliście, marsz do domu! Podobno taki żarcik. Baliśmy się jej jak ognia. Ale to minęło. Zobaczysz, jest fajna.
Bruk się skończył, samochód zaczął podskakiwać na dziurawej drodze.
– Zwolnij, zęby sobie powybijamy! – krzyknęła Anna. – Ale dziury!
– Zęby to nic, żeby tylko nie urwało się koło – śmiał się Marek. – Tu zawsze są takie dziury.
Ciocia Teresa czekała na nich na ganeczku. Przywitała serdecznie Marka, uśmiechnęła się miło do Anny.
– Aniu – powiedziała – słyszałam, że Marek jest w tobie zakochany bez pamięci. Ale nie dziwię mu się, gdybym była facetem…
– Kto rozsiewa takie wieści? – zaśmiała się zarumieniona dziewczyna, która z miejsca polubiła psotną ciocię Marka.
Rozsiedli się na ocienionym tarasie. Upał zdawał się tu mniejszy. Teresa podała kawę i drożdżówki swojego wypieku. Rozmawiali o tym i owym, jak zwykle, gdy ludzie spotykają się pierwszy raz. I gdy tak sobie gawędzili, na piętrze domu rozległa się śpiewana jasnym głosem piosenka:
Jichaw kazak na winoońku,
Praszczaw swaju diełczinooońku…
– A któż to tak wyśpiewuje, to po rosyjsku? – zapytał Marek.
– Po ukraińsku. To Oksana, sprząta u nas raz na tydzień – odpowiedziała Teresa. – Hej, Oksana, wyjrzyj na chwilę, przywitaj się.
Z okna wychyliła się roześmiana buzia dziewczyny.
– Dzień dobry – zawołała i znikła.
– Ojej, a wiecie, że ja też jestem trochę Oksana? – zapytała Anna. – To moje drugie imię.
– Masz ukraińskich przodków? – spytał Marek.
– Nie, polskich – odpowiedziała Anna. Po chwili dodała: – Ale także francuskich. A moja babcia… – zawahała się nagle – moja babcia była z Bojków, urodziła się w Bieszczadach.
– Z Bojków? – zainteresowała się Teresa. – Co to znaczy?
– Bojkowie żyli w Bieszczadach. Od zawsze.
– Myślałam, że tam mieszkali Ukraińcy.
– Nie, nie, na pewno nie byli Ukraińcami.
– Ha! – zawołał Marek. – Lasy, góry, połoniny! Już wiem, jesienią pojedziemy w Bieszczady szukać twoich korzeni!
– Oj, przestań, szukaj sobie swoich korzeni, moje zostaw w spokoju – burknęła zirytowana Anna.
– Aniu, nie złość się, moglibyśmy pojechać na początku października, podobno Bieszczady są przepiękne w tym czasie. We wrześniu nie mogę, obiecałem Radkowi pomóc trenować łebków.
– A studia?
– Semestr dopiero się zacznie, nic ważnego nie zrobią w pierwszym tygodniu.
Marek nie odpuścił, zapalił się do tego wyjazdu i tak długo przekonywał Annę, aż się zgodziła. Przygotował się: zgromadził mapy, pożyczył i przeczytał książkę „Łemkowie” o wysiedleniach z 1947 roku – chociaż dziewczyna uparcie twierdziła, że Łemkowie i Bojkowie to zupełnie co innego, bo podobno tak mówiła jej babcia. No to jeszcze Marek w Internecie przeszukał strony o Bojkach, o ich folklorze, o akcji „Wisła”. Zamówił cztery noclegi w Berezce, w pensjonacie Bieszczadzki Orzeł. I oddał swojego stareńkiego opla do przeglądu.
• • •
Bieszczady płonęły w świetle październikowego słońca. Drzewa migotały wszystkimi odcieniami czerwieni, zieleni, żółci i brązu. Anna i Marek jechali samochodem od Wołkowyi w kierunku wsi Rajskie. Poprzedniego dnia byli w Łopience, a właściwie w miejscu, gdzie kiedyś znajdowała się ta wieś. Widzieli odbudowaną w latach dziewięćdziesiątych i w początkach XXI wieku murowaną cerkiew. Świątynia stojąca na całkowitym bezludziu zrobiła na nich niesamowite wrażenie. A kiedyś Łopienka liczyła kilkuset mieszkańców. Teraz jest tam pusto. Tylko na początku października, na odpust, przychodzą tłumy. Tym razem Anna i Marek postanowili dotrzeć do Tworylnego, kolejnej wsi-widma, w której nie mieszka obecnie nikt, nie ma ani jednego całego budynku.
W Rajskiem, tuż przed mostem na Sanie, skręcili na południe. Droga, jeszcze ciągle asfaltowa, robiła się coraz gorsza. Wąska na dwa, trzy metry, pełna dziur, nie pozwalała jechać z prędkością większą niż trzydzieści kilometrów na godzinę. Po jakichś trzech kilometrach dotarli do kolejnego mostu. Przy wjeździe stał znak zakazu, droga w prawo też była zagrodzona, prosto prowadziła dróżka, ale na niej, w odległości pięćdziesięciu metrów, również stał szlaban. Koniec jazdy samochodem. Tu też pustkowie, ani jednego pojazdu, ani jednego człowieka. Zostawili samochód z boku, na skrzyżowaniu, zrobili kilka zdjęć, zamoczyli nogi w Sanie i ruszyli przed siebie.
• • •
Semen pożegnał się ze starszym watahą, który siedział w kolibie przez całe lato, pilnując wołów należących do gospodarzy z Tworylnego, i zawołał swego brata Mykołę. Młody badział się gdzieś w krzakach. We dwóch oddzielili trzy woły od stada. Semen miał je zaprowadzić na jarmark w Lutowiskach, który odbywał się, jak co roku, w połowie października. Korzystna sprzedaż dałaby całej rodzinie szansę na względnie dostatnie życie do przyszłego lata. Pozostałe woły należały do innych gospodarzy ze wsi.
– Wracaj do domu – powiedział do brata. – Będę z powrotem za cztery dni.
Patrzył jak Mykoła zbiega ze szczytu Tworylczyka w kierunku domu.
Poradzi sobie – pomyślał. – Ma już piętnaście lat, to niedaleko, zresztą co mu się może stać.
Dwudziestoletni Semen po śmierci ojca, przed dwoma laty, został głową rodziny, a Mykoła był jego oczkiem w głowie. W ich domu, prócz mamy, była jeszcze bliźniaczka Mykoły, Marija, jego ukochana siostra.
Kiedy brat zniknął w gęstwinie, Semen popędził woły w kierunku Krywego. Szły powoli, niechętnie, oglądając się za siebie, pewnie wolałyby zostać z resztą stada. Drogę do wsi, trzy kilometry, przeszli w dwie godziny. W Krywym wielu Hyrniaków wysiadywało przed swymi chyżami, grzejąc się w słabym świetle przedwieczornego październikowego słońca. Z podziwem popatrywali na jego dobrze odpasione woły.
– Do Lutowisk? – pytali. – Dostaniesz niezłe pieniądze.
– Oby, będzie jak Bóg da.
• • •
Droga, z początku dobrze widoczna, po dwustu metrach praktycznie znikła wśród chwastów, wysokich na człowieka żółtych kwiatów i trawy. Potem wkroczyli na odcinek z błockiem do kostek. Rzeka odpłynęła gdzieś w lewo, dookoła szumiał las, poczucie pustki stało się jeszcze bardziej dojmujące. Weszli na pagórek, gdzie na szczęście zrobiło się bardziej sucho, zeszli w dół, ścieżka prowadziła tutaj znowu w kierunku Sanu i teren ponownie zrobił się bagnisty. Z lewej połyskiwała rzeka i za chwilę dotarli do drogi pełnej błota, prowadzącej pomiędzy drzewami prosto do wody. Przeskakując z kamienia na kamień, zeszli na brzeg.
– Tu chyba był bród – powiedział Marek. – Popatrz, z drugiej strony jest wyjazd, a głębokość rzeki w tym miejscu nie przekracza pół metra.
Nad rzeką stała rachityczna ławeczka. Usiedli, grzejąc się w słonku.
Podziwiali widok, jaki roztaczał się przed nimi. San skrzył się i migotał, a po drugiej stronie wznosiły się strome lesiste zbocza Otrytu przystrojone w jesienne barwy wszelkich odcieni.
• • •
Było już dobrze po południu, gdy Semen z wołami przeprawił się brodem na drugą stronę Sanu. Wlekli się jeszcze przez godzinę, zaczęło się ściemniać, przed nimi piętrzył się grzbiet Otrytu. Dotarli do małej polanki.
– Wystarczy na dzisiaj, tu zanocujemy – pomyślał.
Nazbierał trochę gałęzi i sklecił ogrodzenie z patyków. Wiedział, że woły uszanują tę wątłą zagrodę, zresztą były zmęczone i od razu legły w miękkiej trawie. Rozpalił małe ognisko, położył się, przykrył kocem. Postanowił czuwać przez całą noc. To by dopiero było, gdyby jakieś zabłąkane wilki zabiły mu wołu! I rzeczywiście, w środku nocy z daleka słyszał wycie na stokach góry. Trochę też bał się duchów, diabłów i leśnych stworków. Ale nic się nie wydarzyło. Co jakiś czas wstawał i dokładał drewna do ogniska.
1 2 3 5 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Ryż
Leon Baar

8 IX 2018

Musisz mnie posłuchać. Wypuść mnie, wynagrodzę ci. Uciekniemy. Wszystko ci powiem, bo widzę, że jako jedyny masz łeb nie tylko po to, żeby ci deszcz przez szyję nie padał. Fort nie nazywa się Santa Eva. To martwy brzeg. Statki dopływają tu w jedną stronę.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Extrema unctio
Jakub Houst

11 VIII 2018

Wszystko jest przygotowane tak, jak należy: na drewnianym stoliku przykrytym białym obrusem palą się świece, stoi krzyż i naczynie z wodą święconą. Z półmroku po bokach izby wyłaniają się pomarszczone kobiece twarze, gdyż w tej wsi nie ma już mężczyzn poza mną.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Jojo
Rafał Charłampowicz

30 VI 2018

Łobuzerski uśmiech Kornelii był rozczulający. Józef przypuszczał, że w ramach robienia mu niespodzianki właśnie nie wkłada bielizny. Udał, że niczego się nie domyśla. Zamknęła szafę. Była w letniej, żółtej sukience. Kasztanowe włosy opadały jej na ramiona. Wyglądała ślicznie. Patrząc na nią zapomniał, że to tylko ciało połączone z jego żoną poprzez VR.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.