Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 16 lipca 2018
w Esensji w Esensjopedii

Rafał Charłampowicz
‹Jojo›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorRafał Charłampowicz
TytułJojo
OpisZ wykształcenia anglista. Pracuje w IT. Dawno temu debiutował w „Esensji”. Publikował w antologiach konkursowych „Ostatni Dzień Pary II” i „Fantazje Zielonogórskie VI”. Można go też poczytać w „Szortalu”.
GatunekSF

Jojo

1 2 »
Łobuzerski uśmiech Kornelii był rozczulający. Józef przypuszczał, że w ramach robienia mu niespodzianki właśnie nie wkłada bielizny. Udał, że niczego się nie domyśla. Zamknęła szafę. Była w letniej, żółtej sukience. Kasztanowe włosy opadały jej na ramiona. Wyglądała ślicznie. Patrząc na nią zapomniał, że to tylko ciało połączone z jego żoną poprzez VR.

Rafał Charłampowicz

Jojo

Łobuzerski uśmiech Kornelii był rozczulający. Józef przypuszczał, że w ramach robienia mu niespodzianki właśnie nie wkłada bielizny. Udał, że niczego się nie domyśla. Zamknęła szafę. Była w letniej, żółtej sukience. Kasztanowe włosy opadały jej na ramiona. Wyglądała ślicznie. Patrząc na nią zapomniał, że to tylko ciało połączone z jego żoną poprzez VR.

Rafał Charłampowicz
‹Jojo›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorRafał Charłampowicz
TytułJojo
OpisZ wykształcenia anglista. Pracuje w IT. Dawno temu debiutował w „Esensji”. Publikował w antologiach konkursowych „Ostatni Dzień Pary II” i „Fantazje Zielonogórskie VI”. Można go też poczytać w „Szortalu”.
GatunekSF
Zegar na ścianie wybił północ. Ponure, dostojne dźwięki gongu rozerwały ciszę. Potem odezwał się drugi zegar, ten z kukułką. Mechaniczny ptak wysuwał i chował łebek do wtóru zgrzytliwego „huu”, „huu”. Józef zapalił świece stojące na stole przykrytym białym obrusem. Był w radosnym nastroju. Wreszcie spotka się z Kornelią. Tęsknił za żoną. Jeszcze tylko te nieprzyjemne przygotowania. Brr. A potem będą już mogli pobyć razem.
Trzeci zegar, elektroniczny, cichym stuknięciem oznajmił pełną godzinę. Tym razem to była naprawdę północ. Stare zegary, jej po dziadku, a jego po babci, ustawiali o minutę do przodu, by bicie i kukanie nie zagłuszały wiadomości w radiu. Boże… jak długo nie słuchali razem radia. Przestawił trochę świecznik i przyjrzał się całości. Był zadowolony z efektu. Blask świec i delikatne naścienne lampki pogrążały pokój w miłym półmroku. Kornelia lubiła półmrok. Raz jeszcze spojrzał na stół. Czegoś brakowało… Obrus, świece, dwa talerze, noże, widelce, serwetki… Wszystko jest. Przesunął jedno z dwóch dużych drewnianych krzeseł stojących przy stole na grubym dywanie. Dywan… Podłoga… No tak, zapomniał o potrzebach ciała… Na szczęście miał krew w lodówce. Została mu z poprzedniego razu, gdy szykował się na szaleństwa z Jowitą. Wygłupił się wtedy, bo okazało się, że Jowita jest samowystarczalna. Ech, ale Kornelia miała z niego ubaw, szczególnie, że on bardzo brzydził się krwi. Śmiała się, a teraz sama skorzysta… Grupa krwi była zgodna. Zwrócił na to uwagę, wybierając Jowitę jako swój urodzinowy prezent.
Postawił przyniesioną z kuchni butlę obok jednego z krzeseł. Wreszcie wszystko było gotowe. Podniósł wzrok i w półmrok wypowiedział polecenie.
– Obudź ciało Kornelii.
Nie otworzył szafy! Przypomniał sobie w ostatniej chwili. Podbiegł do staromodnego, drewnianego mebla stojącego w rogu pokoju i, przekręcając klucze, pootwierał wszystkie drzwi. Sukienki jego żony, garsonki, płaszcze, szlafroki straszyły w mroku: bezgłowe, bezrękie, beznogie. W drugiej części szafy zaczynał się ruch. Józef wiedział, że za chwilę płyta oddzielająca wewnętrzną komorę opadnie jak zwodzony most. Most, na którym będzie ciało. Nie chciał na to patrzeć. Raz widział i wystarczy mu na długo. Na zawsze… Wbiegł do kuchni i zamknął za sobą drzwi.
Przygotuje pad thai. Kornelia lubi egzotyczne, proste potrawy.
W pokoju stuknęło i lekko zadrżała podłoga. Oczami wyobraźni widział półprzeźroczysty sarkofag, który za chwilę się otworzy. Odkręcił wodę na maksimum, by nie słyszeć odsuwanej pokrywy. Poskutkowało. Częściowo… Nastawił wodę na makaron. Mogliby mieć robota kuchennego, ale Kornelia nie chciała. Z jej zarobkami byłoby ich stać, jednak jego żona uważała, że mężczyzna w domu musi mieć jakieś zajęcia poza czytaniem książek, oglądaniem filmów i rozrywkami VR. Gotowanie to świetne, kreatywne hobby. Józef, jak niemal wszyscy programiści, był bezrobotny. Większość ludzi na Ziemi była bez pracy, ale nie pocieszało go to w najmniejszym stopniu. Pamiętał, jak kiedyś żartowali sobie, że on, deweloper przechodzący z korporacji do korporacji na coraz to lepszych warunkach finansuje jej rzeźbiarską pasję, bo trudno nazwać pracą coś, do czego się ciągle dokłada. „Żebym tak jeszcze wybrała na akademii malarstwo”, mówiła. „Byłby większy popyt, bo ludzie chętniej kupują obrazy. A na rzeźbę trzeba mieć miejsce…” Odpowiadała mu rola mecenasa młodej żony. A potem wszystko posypało się błyskawicznie. Niby był Kurzweil ze swymi przewidywaniami, ale nikt nie spodziewał się, że zmiany nadejdą tak szybko. W pierwszej fali pracę stracili kierowcy zastąpieni przez autonomiczne samochody. Potem przyszła pora na centra biznesowe i wszystkie tak zwane Excel monkeys. Centra obsługi klienta indywidualnego trochę się broniły, bo każdy niezadowolony klient twierdził, że maszyna go nie rozumie i domagał się rozmowy z żywym człowiekiem. Ekonomia jednak wygrała i miejsce ludzi zajęły chatboty z zasady odmawiające odpowiedzi na pytania o ich status ontyczny. W tym samym czasie z hipermarketów zniknęła większość kasjerek, zastąpiona przez automaty. Po tej drugiej wielkiej fali zwolnień rynek pracy uspokoił się na pewien czas, a potem nastąpił skok w rozwoju sztucznej inteligencji i maszyny same zaczęły programować. Ci najlepsi, najbardziej twórczy programiści wciąż byli potrzebni i płacono im jak nigdy dotąd, ale dla zwykłych kodoklepów nie było już miejsca. A Józef był kodoklepem. Solidnym, uważnym, ale kodoklepem. Jego kilkudniową pracę maszyna wykonywała w trzy minuty. I role się odwróciły. On dostawał zasiłek nazywany pensją gwarantowaną, a jego żona zarabiała coraz więcej. Okazało się, że gdy maszyny zaczęły robić niemal wszystko łącznie z pisaniem powieści, malowaniem i komponowaniem, wzrósł popyt na sztukę tworzoną przez ludzi. Na tym właśnie zainteresowaniu wypłynęła Kornelia. I dlatego on teraz był sam, nie licząc dwóch ciał. Jedno leżało u jego stóp w specjalnej lodówce, a drugie właśnie chodziło po pokoju człapiąc i szurając. Skupił się na makaronie, wyrzucając z głowy wszelkie skojarzenia z horrorami. To przecież po prostu ciało szukające…
– Krew, daj krew – usłyszał za drzwiami ochrypły, trochę niewyraźny głos. Klamka zaczęła drżeć, podobnie jak jego ręka trzymająca patelnię.
– Nie wchodź! – zawołał. – Krew jest na podłodze! Podłoga! Dywan! Obok krzesła! Nie wchodź!
Człapanie oddaliło się od drzwi. Nie spodziewał się, że golemka będzie miała kłopot ze znalezieniem butelki. To była jedna z jej wrodzonych umiejętności. Może niepotrzebnie przygasił światło. Chciał, by Kornelii było miło. A tu, jeśli golemka przewróci świece, zamiast miłości może być pożar. Zapadła cisza. Po kilku minutach zaszumiał prysznic w łazience. Widać ciało poszło się wykąpać. Golemki, poza oczywistym nawiązaniem do golema, nazywały się tak z dwóch powodów: były gołe, poza chwilami, gdy nosiły ubrania, oraz zostały kiedyś opisane przez Lema. Potocznie mówiono też o nich „kukły” i „zewłoki”. Ostatnie słowo było podobno połączeniem wywłoki ze zwłokami.
Po obudzeniu ciało musiało uzupełnić część płynów. Krew była najważniejsza, dlatego należało zostawić ją w pobliżu sarkofagu. Druga butla, z innymi odżywkami, czekała w łazience. Golemka oczywiście nie piła krwi. Za szybkie uzupełnienie płynów ustrojowych odpowiadało nano. Józef wolał nie wiedzieć, jak to wygląda w praktyce. Wrzucił krewetki na skwierczący olej. Golemkę zamówili, gdy Kornelia zaczęła wyjeżdżać. „Musisz mieć mojego klona,” mówiła. „Mojego… moje ciało. Podłączę się zdalnie przez wszczepkę i będziemy razem. To będzie lepsze od VR. Nasz kontakt będzie bardziej rzeczywisty. To znaczy twój będzie rzeczywisty a mój przez proxy, ale to bliżej realu niż virtual. Będziemy tylko musieli tuczyć klona, jeśli zacznę tyć, by doznania i ciuchy pasowały do ciała.”
Dał się przekonać i generalnie nie żałował, poza tym pierwszym razem, gdy przyglądał się budzeniu. Wiedział, że golemka to ciało… klon jego żony. Że mózg klona nie rozwinął osobowości i że wedle współczesnej wiedzy, nie ma jaźni. Golemkę wyposażono w zestaw podstawowych umiejętności, takich jak znajomość ich mieszkania, samoobsługa w przyjmowaniu krwi i odżywek, kąpiel pod prysznicem, wytarcie się, dotarcie do krzesła i kilka innych, których Józef nie pamiętał. Kukła potrafiła też komunikować się w podstawowym zakresie. Wiedział to wszystko, więc niby był przygotowany, ale gdy zobaczył blade, miejscami oszronione ciało żony, wstające z sarkofagu i patrzące na niego martwym wzrokiem, spanikował i uciekł z domu. Następne randki były bardziej udane. Wchodził do pokoju, gdy słyszał Kornelię wołającą, że jest już gotowa i ciepła. Do używania golemki przywykli wreszcie na tyle, że gdy Kornelia spytała, co chciałby na ostatnie urodziny, zaproponował Jowitę, klona popularnej akrobatki artystycznej. Zgodziła się bez wahania. Oboje byli zaintrygowani kilkoma rysunkami z Kamasutry, ale fizyczne możliwości Kornelii nie pozwalały im na zaspokojenie ciekawości. Teraz, gdy mieli ochotę poszaleć, zamiast szafy w pokoju otwierał lodówkę w kuchni. Filigranowa golemka nie szukała krwi – jej płyny ustrojowe były uzupełniane podczas hibernacji. Człapała do łazienki i pod prysznicem czekała na kontakt z Kornelią. Trwało to trochę, ale taka była natura międzymózgowej komunikacji. Z łazienki wychodziła Kornelia o ciele Jowity. Bawili się świetnie i wymyślnie. Nie było tylko domowej kolacji. Budzenie Jowity przeczekiwał w sypialni.
Na patelnię z krewetkami wrzucił makaron i pastę. Następnie dodał jajka. Na koniec dosypał szczypior. W moździerzu zaczął trzeć orzeszki. Wyjął z lodówki wino. Z pokoju dobiegły go jakieś dźwięki. Czyżby Kornelia już wołała…? Uchylił drzwi i zatrzasnął je natychmiast. W blasku świec nagie piersi siedzącego za stołem ciała wyglądały upiornie.
– Hej, to ja – zawołała. – Dowcip ci zrobiłam. Byłam ciekawa, jak zareagujesz, widząc mnie nago.
1 2 »

Komentarze

02 VII 2018   15:28:39

Przeczytałem i... końca nie zrozumiałem.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Cienie
Mirosław Doleżych

16 VI 2018

Semen nie mógł oderwać od niej oczu. Miała pięknie haftowaną białą farbankę i ciemny, także haftowany łajbik. Włosy kryła pod białą chustką. A oczy? Jakiego koloru ma oczy? Nie zauważył. Patrzył, jak z rodzicami oddala się od cerkwi. Bał się odejść, żeby nie przegapić jej powrotu, więc po prostu usiadł na trawie i czekał.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Dzikie stworzenia
Krystyna Chodorowska

10 II 2018

Przez dłuższą chwilę patrzył na mnie z otwartymi ustami. Przygotowałam się na urywane, wykrztuszone pytania, co tutaj robię, na rozkojarzone wskazywanie palcem. Miałam nawet jakieś zaimprowizowane odpowiedzi: wieczór panieński, nocne pływanie, dowcip koleżanek.

więcej »
Kolaż: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Bayerische Engelen Werke
Konstanty Stankiewicz

20 I 2018

Jeszcze próbował się ratować, jeszcze tańczył w panice na lodzie, jeszcze kurczowo trzymał się balustrady, ale był bez szans. Walizka przeciążyła, pociągnęła go w dół. Żulik na laskę, laska na mnie, ja wyciąłem – jak myśliwski samolot – beczkę.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Zaduch
— Rafał Charłampowicz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.