Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 24 września 2018
w Esensji w Esensjopedii

Jakub Houst
‹Extrema unctio›

WASZ EKSTRAKT:
100,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorJakub Houst
TytułExtrema unctio
OpisO autorze:
Urodzony w 1986 roku. Ukończył filozofię na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz Wydział Hodowli i Biologii Zwierząt na Uniwersytecie Rolniczym im. Hugona Kołłątaja w Krakowie. Interesuje się przede wszystkim literaturą i filozofią.
Gatunekobyczajowa

Extrema unctio

Wszystko jest przygotowane tak, jak należy: na drewnianym stoliku przykrytym białym obrusem palą się świece, stoi krzyż i naczynie z wodą święconą. Z półmroku po bokach izby wyłaniają się pomarszczone kobiece twarze, gdyż w tej wsi nie ma już mężczyzn poza mną.

Jakub Houst

Extrema unctio

Wszystko jest przygotowane tak, jak należy: na drewnianym stoliku przykrytym białym obrusem palą się świece, stoi krzyż i naczynie z wodą święconą. Z półmroku po bokach izby wyłaniają się pomarszczone kobiece twarze, gdyż w tej wsi nie ma już mężczyzn poza mną.

Jakub Houst
‹Extrema unctio›

WASZ EKSTRAKT:
100,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorJakub Houst
TytułExtrema unctio
OpisO autorze:
Urodzony w 1986 roku. Ukończył filozofię na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz Wydział Hodowli i Biologii Zwierząt na Uniwersytecie Rolniczym im. Hugona Kołłątaja w Krakowie. Interesuje się przede wszystkim literaturą i filozofią.
Gatunekobyczajowa
So sind die Leute in meiner Gegend. Immer das Unmögliche vom Arzt verlangen. Den alten Glauben haben sie verloren; der Pfarrer sitzt zu Hause und zerzupft die Meßgewänder…
Tacy są ludzie w mojej okolicy. Zawsze wymagają od lekarza rzeczy niemożliwych. Stracili starą wiarę; proboszcz siedzi w domu i drze w kawałki ornaty…
(przełożył Juliusz Kudryński)
Franz Kafka, „Lekarz wiejski”
Tym razem sprawa okazała się bardzo pilna. Hiacynta, dobra poczciwa staruszka, już od kilku tygodni znajdowała się w marnym stanie, a teraz musi być z nią naprawdę źle, skoro po mnie posłano. Jestem księdzem.
Kobiety z otoczenia Hiacynty nabrały zwyczaju, żeby nachodzić mnie bez potrzeby, dlatego często ociągam się z wyjściem do udzielenia pomocy i z góry żądam wyjaśnień na temat każdego problemu. Doprawdy przychodzą z byle głupstwami! Ostatnio zawiadomiły mnie, że jednej z nich, Hiacyncie właśnie, przyśnił się sen, w którym tonęła. Spytały mnie, czy coś ten sen przepowiada, czy też trzeba udać się niezwłocznie nad rzekę i jakimś wiadomym mi sposobem wydostać stamtąd duszę Hiacynty. Powtarzam tym kobietom, że nie potrzebują księdza, tylko guślarza, i rzeczywiście żałuję, że nie ostał się taki we wsi. Pomagałby im w wydobywaniu zatopionych dusz, okadzaniu obejść, porozumiewaniu się z umarłymi – kultywowaniu wszystkich tych pogańskich zwyczajów, których ja, równie stary jak one, nie mogę wytępić, mimo swoich najszczerszych chęci. Tymczasem oczekuje się ode mnie, że jako ksiądz na każdy problem dam gotową receptę. Niepotrzebnie zawracają mi tylko głowę; tak myślę i święcie w to wierzę.
Jednak tym razem sprawa okazała się poważna i potrzebny będzie mój pośpiech. Hiacynta, którą znam jeszcze z lat dzieciństwa, w każdej chwili może umrzeć bez ostatniego namaszczenia. Extrema unctio, choć teraz mówi się, że to sakrament dla chorych, udzielany po to, by utrzymać ich przy życiu. Mam nadzieję, że nikt z tego powodu nie spodziewa się po mnie cudów.
• • •
Byłem przekonany, że Zyta, która pukała w moje drzwi, aby mnie wezwać, przyszła odebrać swoje karpie. Rybakiem nie jestem, ale mam staw i zawsze przed gwiazdką sprzedaję karpie swoim parafianom. Było jak mówię: najpierw domyślałem się, że chodzi o karpie, potem – widząc histerię Zyty – pomyślałem, że jak zwykle przyczyną odwiedzin jest problem, którego rozwiązanie nie należy do mnie. Pech chciał, że stało się to tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Kto teraz, po stracie naszej przyjaciółki i towarzyszki w starości, będzie chciał witać Boże Dziecię?
Zjawienie się Zyty od razu źle na mnie podziałało. Nie mam tutaj na myśli poczucia grozy przed zjawiającą się śmiercią, ani nic z tych rzeczy. Mam na myśli sposób, z jakim Zyta zaczęła się do mnie zwracać. Przyszła do mojego domu z postawą osoby dominującej, na wejściu żądając ode mnie pośpiechu i poganiając jak niedołęgę, a to przyprawia o zawrót głowy. Prowadzi mnie jak zuchwałe dziecko, o którym wiadomo, że będzie chciało uciec. W gruncie rzeczy ma słuszność, w rzeczywistości chciałbym zawrócić. Rozglądam się nawet dookoła, czy nie ma ku temu okazji. Oczywiście nie ma. Nie można wycofać się w ciszę, która panuje z dala od tej śnieżnej zawiei.
Wszystko się uspokaja, kiedy wsiadamy na prom; mała barka napędzana spalinowym silnikiem jest podczepiona do liny rozpostartej w poprzek rzeki, pozwalającej płynąć we właściwym kierunku bez ryzyka zepchnięcia z nurtem. Tym sposobem pomału zbliżamy się do przeciwległego brzegu. Rzeka, którą przepływamy, to Dunaj – daje to wyobrażenie, dlaczego w tak małej wsi, oddalonej od ważnych dróg, nie ma mostu, tylko jest prom. Sam przewoźnik, opłacany przez starostwo, nie bierze pieniędzy od nas jako mieszkańców wioski. Robi, co ma robić i pochłonięty przewożeniem zachowuje się, jakby go nie było.
Czas na promie denerwująco się dłuży. Niebo jest szare, śnieg sypie się z niego dużymi płatkami. Zastanawiam się, ze zwykłej ciekawości, kiedy rzeka zacznie zamarzać.
– Mówiłem, że już dawno powinno się zawiadomić lekarza – upominam Zytę dla samej zasady. Ona wie o tym, dlatego milczy. – Mówiłem? – nie odpuszczam, chcę, żeby poznała ich wspólny błąd.
– Mówił ksiądz, mówił – odpowiada głosem, który ja ledwie słyszę.
– Mówiłem już tydzień temu – przypominam jej. – Tydzień temu mówiłem, że już dawno powinno się pójść. Na co zwlekałyście? – pytam nie uciekając od karcącego tonu. Hiacyncie już nic nie pomoże, ale Zyta musi być przekonana o swojej winie.
• • •
Sam jestem u kresu wyczerpania, kiedy docieramy na miejsce; zmęczony raczej pośpiechem i zdenerwowaniem, aniżeli przebytą drogą. Dobrze, że wieś jest tak mała i wszyscy mieszkają w miarę blisko plebanii. Kolejna myśl o ukryciu się w domu przedstawia mi się jako niemożliwa.
Wszystko jest przygotowane tak, jak należy: na drewnianym stoliku przykrytym białym obrusem palą się świece, stoi krzyż i naczynie z wodą święconą. Z półmroku po bokach izby wyłaniają się pomarszczone kobiece twarze, gdyż w tej wsi nie ma już mężczyzn poza mną. Staruchy dawnym zwyczajem klękają pod ścianą, pewnie ledwie doczekały się mojego przybycia, a i teraz oczekują, co powiem. Najwyraźniej księdza zawiadamia się jako ostatniego, kiedy już na pewno wiadomo, że dla życia nie ma żadnego ratunku.
Ja jednak długo nic nie mówię. Poza tym myliłem się, Hiacynta jest jedyną osobą w tym pomieszczeniu, która liczy na mój zbawienny wpływ. Leży w wielkim oczekiwaniu, przykurczona w swoim łóżku, twarz ma pożółkłą i zapadniętą, a ja przypominam sobie jej prośbę o wydostanie jej duszy z rzeki. Co jednak mogę zrobić?
– Czy dziś jest trzynasty grudnia? – pyta mnie. Potwierdzam. – Pamięta ksiądz, jak nam opowiadał o fatimskim objawieniu? Jak trzem pastuszkom ukazała się Przenajświętsza Panienka? Lubiłam tę opowieść. – Uśmiecha się do mnie. – Jedna dziewczynka nosiła moje imię.
– To nie ten dzień, Hiacynto. Pomyliłaś sobie. Dzisiaj mamy dzień świętej Łucji – mówię jej.
– Łucji… – powtarza to imię w dziwnym zamyśleniu. Łatwo poznać, że gorączka ją otępiła.
– Tak miała na imię druga dziewczynka z Fatimy, ale dzień nie tej Łucji dziś obchodzimy.
– A której? – pyta ze smutkiem.
– Łucji męczennicy – odpowiadam szczerze.
Omal nie rozbijam flakonika z olejkiem świętym; dawno temu miałem wylew i do tej pory nie odzyskałem pełni władzy w prawej części ciała. Też byłem wtedy na skraju śmierci, jednak od tamtego czasu mógłbym już przeżyć swą drugą młodość. Mimo sparaliżowania i marnych prognoz przekroczyłem nieszczęsny próg tego niepokojącego tysiąclecia.
W takich wypadkach pozostaje człowiekowi albo nadzieja, albo humor. Ja nie mam ani jednego, ani drugiego. Chciałbym wyjść, pozostawić umierającą samą sobie, jednak to niemożliwe. Oglądam się w stronę drzwi, niestety te pozostają zamknięte na łucznik, którego pilnuje Zyta – gorliwie dbająca o moją obecność.
Hiacyntę humor wyraźnie też opuścił, ale wiem, że ma jeszcze w sobie nadzieję. To przykre, kiedy trzeba wykonywać rytuały, w które nikt nie wierzy. W takiej sytuacji symbole przestają znaczyć cokolwiek. Hiacynta wierzy, a więc wina leży po mojej stronie; wszystko odprawiam rutynowo, bez przekonania. Tym sposobem zawiniłem także w wielu przypadkach przed nią. Szczęście należało do tych, których namaszczałem w nagłym, chwilowym przypływie świeżej wiary. Duch mnie nawiedza, ale i prędko odchodzi, zupełnie jakby nie radził sobie z liczbą kapłanów, których serca musi odwiedzić. Niedługo odejdzie stąd duch Hiacynty. Zobaczymy, jeśli pozna piekielne czeluści, powinien tu wrócić i w rozpaczy namawiać nas wszystkich do nawrócenia.
Sam ginę w jednej z tych piekielnych szczelin. Spadam w jej głąb i obracam się bezwładnie w gorącym, ciężkim powietrzu. Staruszki uparcie trwają w przekonaniu, że skoro mam od nich więcej pieniędzy, to żyje mi się lepiej. Jednak ja przypominam sobie – jakby przez mgłę, tak jak czasem przypomina o sobie sen – moje młodzieńcze pragnienie, aby posiąść serce i ciało Hiacynty. Pozostając niezaspokojonym w tym podstawowym stadium nigdy nie musiałem pragnąć więcej. Mimo to ciągle widzę przed sobą otchłań. Pytam kogoś – sam nie wiem kogo – kto jest jakby narratorem mojego snu: czym jest ta przepaść, gdzie się kończy i jak w nią wpadłem? Choć ten, którego pytam, nic nie mówi, to jednak domyślam się, że każe mi spojrzeć na samego siebie. Oto faktycznie widzę ranę w swoim korpusie, lekko rozwarta pojawia się zamiast pępka, w miejscu urwania pępowiny. Z chwilą, kiedy mi ją zadano, jednym krokiem przemierzyłem przestrzeń od równikowych lasów po to śnieżne pustkowie. Jestem tu sam… ludzie, którzy mnie otaczają – nie wiem, kim są i czego chcą ode mnie, a wody płynącej tu rzeki zamiast życia przynoszą śmierć. Okolica, w której się osiedliłem, na moich oczach przemienia się w skansen; i tak nie znajduję tu cichego schronienia. Każdy, kto zbłądzi w te strony, przygląda mi się, jakby patrzył na relikt zaginionego świata. Cóż począć? Jedyne, co mogę zrobić, to odwrócić się plecami. Wracam do wspomnienia o Hiacyncie, młodej kobiecie gotowej mi się oddać. Wkłada dwa palce do mojej rany zatykając ją zupełnie i czuję jak ogarnia mnie ciepło – temperatura jej ciała. Rzeczywiście to był mój sen tej nocy – wstrętny i nieprzyzwoity. Ulatnia się, kiedy zaczynam o nim myśleć.
• • •
Otrząsam się z moich myśli i staram się skupić uwagę na Hiacyncie. Biorę kropidło do ręki i kropię całe to pomieszczenie, wszystkie kobiety w izbie, i chorą.
Per istam sanctam unctionem… – wymawiam z pamięci wyuczoną formułę, której treści nawet nie potrafiłbym już dokładnie przełożyć. Mówię po łacinie, bo jest w tym coś głębokiego, powiedziałbym wręcz: wiecznego.
– Amen – wypowiadam ostatnie słowo modlitwy i Hiacynta, która wcześniej zamknęła oczy i wydawało się, że stoi już na granicy światów, teraz powtarza je za mną. Żegna się. Jeszcze o coś mnie prosi; wydaje mi się, że o spowiedź, której nie udzieliłem jej, gdyż sprawiała wrażenie półprzytomnej, a poza tym bałem się, że nie starczy już na to czasu. Pochylam się nad nią tak, aby mogła mi szeptać do ucha; nie robię tego bez wysiłku. Ona znowu się żegna i nieznacznie unosi głowę, również z wielkim trudem.
– Jestem rozczarowana – szepcze i choć czekam chwilę, to nic więcej nie mówi.
Ale czy to już nie jest za dużo? Co sam, w takim razie, powinienem wyznać na łożu śmierci? Czy wystarczy, jeśli też powiem, że jestem rozczarowany? Ta podła kobieta stała się pobożna w chwili, kiedy nie mogła się już zająć niczym innym, jak modlitwą. Siłą woli przypominam sobie ją z młodości: szelmowskie oczy i duże piersi. Wydawała się kwintesencją czystego grzechu. Ja, o skromnym wyglądzie, uśmiercałem czas mojej młodości postem i pacierzem, podczas gdy Hiacynta korzystała z uroków swojego ciała. Czy wobec tego powinienem dziękować Bogu, że usposobił mnie do pobożnego życia, dzięki któremu mogę liczyć na zbawienie?
Chętnie zapytałbym o to Hiacyntę. To dobra towarzyszka na starość, kiedy człowiek nie snuje plugawych marzeń. Ale ona przyjmuje ode mnie eucharystię i umiera. Nawet nie wiem na pewno, czy opłatek nie utknął jej w przełyku.
Za plecami słyszę ciche szlochy naszych starych babuszek. Czy któraś z nich będzie wiedziała, jak ściągnąć tu potomnych Hiacynty, rozproszonych po jakichś wielkich, zatłoczonych miastach położonych daleko na północ od naszej wioski? Nie pora o tym myśleć, a co dopiero wypowiadać te rzeczy na głos.
Zyta i pozostałe kobiety powoli podchodzą do łóżka, z płaczem tulą się do zmarłej. Na ten czas to jednak Hiacynta ma nade mną przewagę. Mnie, nudnego człowieka, nie będzie się tak opłakiwać.
W końcu niezdarną ręką wywracam kielich z eucharystią. Zyta z oczami czerwonymi od płaczu pomaga mi go podnieść. Pora już stąd odejść. Spełniłem swoją powinność i od tej chwili jestem tu tylko intruzem. Wychodzę. Jest tak, jak powiedziałem: wszystko, co mogę zrobić, to odwrócić się plecami.
Kraków, 29 października 2009
koniec
11 sierpnia 2018

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Ryż
Leon Baar

8 IX 2018

Musisz mnie posłuchać. Wypuść mnie, wynagrodzę ci. Uciekniemy. Wszystko ci powiem, bo widzę, że jako jedyny masz łeb nie tylko po to, żeby ci deszcz przez szyję nie padał. Fort nie nazywa się Santa Eva. To martwy brzeg. Statki dopływają tu w jedną stronę.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Jojo
Rafał Charłampowicz

30 VI 2018

Łobuzerski uśmiech Kornelii był rozczulający. Józef przypuszczał, że w ramach robienia mu niespodzianki właśnie nie wkłada bielizny. Udał, że niczego się nie domyśla. Zamknęła szafę. Była w letniej, żółtej sukience. Kasztanowe włosy opadały jej na ramiona. Wyglądała ślicznie. Patrząc na nią zapomniał, że to tylko ciało połączone z jego żoną poprzez VR.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Cienie
Mirosław Doleżych

16 VI 2018

Semen nie mógł oderwać od niej oczu. Miała pięknie haftowaną białą farbankę i ciemny, także haftowany łajbik. Włosy kryła pod białą chustką. A oczy? Jakiego koloru ma oczy? Nie zauważył. Patrzył, jak z rodzicami oddala się od cerkwi. Bał się odejść, żeby nie przegapić jej powrotu, więc po prostu usiadł na trawie i czekał.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.