Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 16 listopada 2018
w Esensji w Esensjopedii

Agnieszka Osikowicz-Chwaja
‹Rozstaje›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAgnieszka Osikowicz-Chwaja
TytułRozstaje
OpisCzyta dużo, pisze za mało. Miała zamiar pisać powieści historyczne, ale z powodu (nie tylko) lenistwa przerzuciła się na fantastykę. Chciałaby być genialna. W dziedzinie niemal dowolnej. Współpracuje z internetowym czasopismem poświęconym fantastyce pt. „Silmaris”.
„Rozstaje” należą do tego samego cyklu, co opublikowane wcześniej „Miasto”.
Gatunekfantasy

Rozstaje

1 2 3 5 »
Znał go pan wcześniej. Dusza towarzystwa, wiecznie chętny do żartów i zabawy. Postanowił żyć tak, jak dotąd, nie przejmując się zakazami, Horeną i całym tym gnojem. Dlatego major kazał dać mu nauczkę. Pewnego dnia Mats zniknął i nie było go kilka dni.

Agnieszka Osikowicz-Chwaja

Rozstaje

Znał go pan wcześniej. Dusza towarzystwa, wiecznie chętny do żartów i zabawy. Postanowił żyć tak, jak dotąd, nie przejmując się zakazami, Horeną i całym tym gnojem. Dlatego major kazał dać mu nauczkę. Pewnego dnia Mats zniknął i nie było go kilka dni.

Agnieszka Osikowicz-Chwaja
‹Rozstaje›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAgnieszka Osikowicz-Chwaja
TytułRozstaje
OpisCzyta dużo, pisze za mało. Miała zamiar pisać powieści historyczne, ale z powodu (nie tylko) lenistwa przerzuciła się na fantastykę. Chciałaby być genialna. W dziedzinie niemal dowolnej. Współpracuje z internetowym czasopismem poświęconym fantastyce pt. „Silmaris”.
„Rozstaje” należą do tego samego cyklu, co opublikowane wcześniej „Miasto”.
Gatunekfantasy
Miasteczko wyglądało upiornie.
W sinym półmroku nielicznych latarni kształty budynków zdawały się nierzeczywiste, jak z ponurej baśni. Ściany chyliły się ku ciasnej drodze, a nieliczni przechodnie przemykali ze spuszczonymi głowami, niezgrabnie i płochliwie. Asger Sidort poczuł się nieswojo i zerknął na towarzyszącego mu Kalawę.
– Dziwnie tu jakoś – mruknął.
Kalawa wzruszył ramionami, próbując zachować obojętność. Nie wyszło mu to najlepiej. Jego jedyne oko umknęło gdzieś w bok.
– Bo ja wiem, kapitanie? Miasto jak miasto. Tu, w prawo. Zaraz będziemy w domu.
„Ty będziesz” – pomyślał Asger i poczuł ukłucie zazdrości. Zdziwiło go to. Posłusznie podążył za podwładnym.
Kamienica, przed którą stanęli, była dwupiętrowa i tak samo zaniedbana jak mijane wcześniej. Kalawa zatrzymał się przed bramą, głośno wciągnął powietrze i spojrzał na dowódcę. Asger uśmiechnął się zachęcająco.
– Jak długo ich nie widziałeś?
– Trzy lata.
Żołnierz położył ogromną dłoń na klamce ukrytej w bramie furtki i nacisnął. Zamknięte. Załomotał kołatką. Chwilę nie działo się nic, wreszcie po drugiej stronie dało się słyszeć człapanie i całkiem wyraźne przekleństwa.
– Czego?! – warknął niewidoczny stróż.
– Do Kalawów… Drafli.
Cisza. A potem zgrzytliwy odgłos pośpiesznie odsuwanej zasuwy.
Mężczyzna, który pojawił się w furtce, był niski, chudy i stary. W dłoni trzymał lampkę, a jego oczy płonęły odbitym od niej blaskiem. Przez chwilę z niedowierzaniem wpatrywał się w Kalawę, a potem, nie odwracając od niego wzroku, podał lampkę Asgerowi. Kapitan przejął ją, zaskoczony. Stary w żaden inny sposób nie dał po sobie poznać, że w ogóle go zauważył.
– Evar… – szepnął. – Evar.
– Witaj, Drafli. Dobrze cię znowu widzieć. Rodzice są?
– Są. Znaczy matka jest. Ojciec też pewnie niedługo nadejdzie. Jeszcze jest na służbie.
– Na służbie? – zdziwił się Kalawa. Ale nie dane mu było się nad tym zastanawiać. Drafli nagle podskoczył, jakby sobie coś przypomniał, złapał żołnierza za rękaw i odwrócił się za siebie.
– Evar wrócił! – wrzasnął. – Evar! Pani Kalawa!
Pozostawiony sam sobie oficer znowu poczuł gorzkie uderzenie zazdrości.
– Co to za krzyki? – Za plecami Asgera dało się słyszeć ostry głos. Drafli skulił się w sobie, zmniejszył jeszcze bardziej. Kalawa odwrócił się i na widok czarnych mundurów patrolu chciał zabrać się za wyjaśnienia, ale Asger go uprzedził:
– Krzyki? – zapytał. – Żadne krzyki. Powitanie. Możecie odejść, nic tu się nie dzieje.
– Tak? – Głos patrolującego żołnierza przybrał niepokojąco łagodny ton. – A ja słyszę krzyki. Wrzaski. Za zakłócanie ciszy nocnej przewiduje się mandaty. Mogą być wysokie. Albo aresztowanie.
Asger uniósł latarenkę na wysokość piersi. Wyszyte na kurtce oficerskie dystynkcje zamigotały srebrem.
– Nocnej? Ledwie wieczór… – Zlustrował mundur tamtego, bezskutecznie szukając jego szarży. – Żołnierzu – dokończył.
– Przepraszam, kapitanie. Nie zauważyłem. Nie spodziewaliśmy się…
– Tak właśnie, zwykłe nieporozumienie. Jeszcze dziś zamelduję się u majora Kristera. A teraz możecie iść.
Żołnierze zasalutowali i w milczeniu odeszli.
– Tylko niech pan potem wraca do nas, kapitanie. – Asger odwrócił się w stronę mówiącej kobiety. Choć w przeciwieństwie do Evara Kalawy była drobna, od razu rozpoznał w niej jego matkę. Te same bystre, ciemne oczy, ten sam uparty wyraz ust. Stała teraz w furtce, w objęciach syna, z hardą miną na pobladłej twarzy. – Niech pan koniecznie wraca do nas. Miejscowe koszary są wyjątkowo ponurym miejscem.
• • •
Szybko pojął, że miała rację. Nie chodziło nawet o sam budynek, bo ten okazał się typowy, ale o panującą w nim atmosferę. Szedł pustym korytarzem w towarzystwie echa własnych kroków. Mijane drzwi były pozamykane, jednak przez ich szczeliny wydobywały się zduszone, monotonne szepty. Słów nie dało się rozróżnić, więc Asgerowi zdawało się, że odprowadzają go rozmodlone duchy. Ponownie poczuł na plecach chłodny dreszcz. Dobrze, że wartownik w bramie powiedział mu, gdzie szukać kwatery majora, bo teraz nie miałby nawet kogo zapytać.
Major Karl Krister przyjął go w dusznym pokoju. Nie wstał na widok młodszego oficera, nie odpowiedział na jego salut. Na ścianie, nad jego głową wisiała tabliczka. „Każdy czyn zostanie osądzony” – głosił napis. Asger zmarszczył nos.
– Późno pan się do mnie pofatygował, kapitanie.
– Dopiero przyjechałem do miasta.
– Późno pan przyjechał. Nie mamy w zwyczaju hulać po nocach.
Asger w ostatniej chwili powstrzymał wzruszenie ramionami.
– Mogę wrócić rano.
Krister patrzył na niego w milczeniu, z irytującym uśmieszkiem czającym się w kąciku wąskich ust. Wreszcie pokręcił głową.
– Nie trzeba. Po co pan tu jest?
Asger chwilę zastanawiał się, czy powiedzieć prawdę. Jego zwierzchnik, pułkownik Mikel Elif, dał mu w tym wolną rękę. „Sam się zorientujesz” – rzucił na odchodnym. „Nie masz obowiązku szczerości.”
– Krótki urlop. Jeden z moich żołnierzy ma tu rodzinę, a ja znajomego. Pułkownik zgodził się, byśmy przyjechali trochę wcześniej niż on.
Ta informacja wreszcie zaciekawiła majora. Uśmieszek zniknął z jego twarzy, mężczyzna wysunął się nieco na krześle.
– Pułkownik Elif tu zmierza?
– Tak. Będzie pojutrze. Z kilkoma kompaniami.
– Na długo?
– Nie. Tylko by nabrać sił przed dalszą drogą na północ.
Krister ponownie zapadł się na krześle i przywołał na twarz zadowoloną minę.
– Potrzebuje pan kwatery w koszarach?
– Nie.
– Świetnie. Może pan iść.
Asger chciał przewrócić oczami, jednak uznał, że byłoby to dziecinne. Majorowi najwyraźniej przyjemność sprawiało trzymanie młodszego oficera w pozycji na baczność oraz ton pana i władcy. Kapitan zasalutował i odwrócił się na pięcie.
– Sidort, tak? – Dotarło do niego, gdy był już przy drzwiach. Przymknął powieki. No tak, jednak bez tego się nie obejdzie.
Odwrócił się ponownie.
– Zgadza się, majorze.
– Pewnie pół tego miasta należało do pana rodziny. Jak wszystko na północy.
– Nie, majorze.
Jego spokojny ton wywołał wreszcie w oczach Kristera gniewne iskry.
– Nie?
– Nie. Nie wszystko na północy. I nie pół tego miasta. Zaledwie kilka kamienic. Do mojej ciotki. Nie lubiliśmy się.
Major wstał zza biurka. Był drobny, lekko przygarbiony, w niedbale założonym, sfatygowanym mundurze. Podszedł do Asgera.
– To już nie wróci, wie pan, kapitanie?
– Co?
– Wasza władza, wasze majątki.
– Trudno.
– Musi się pan pożegnać z wygodami próżniaków, koszulami wartymi pół wsi i żarciem z każdego końca świata.
– A to akurat szkoda. Majorze – dodał Sidort po krótkim namyśle.
Policzki Kristera zaróżowiły się.
– Jeszcze się spotkamy – rzucił cicho. – A teraz niech pan już idzie.
• • •
Dotarł do domu Kalawów, gdy było już zupełnie ciemno. Drafli zabrał jego konia do umiejscowionych na wewnętrznym podwórku stajni, wcześniej wskazując Asgerowi drogę do mieszkania.
Drzwi otworzyła dziewczynka, może dwunastoletnia. Siostra. Evar Kalawa często o niej wspominał, tęsknił za nią chyba najbardziej z całej rodziny. Darzył ją niemal ojcowskimi uczuciami – nic dziwnego, była od niego dużo młodsza, pojawiła się na świecie, gdy Kalawowie przestali mieć nadzieję na drugie dziecko. Uśmiechnęła się szelmowsko i poprowadziła Asgera do salonu.
Evar z matką siedzieli przy stole, nachyleni ku sobie, cicho rozmawiając. Kotary szczelnie zasłaniały okna. Na widok kapitana zamilkli, a kobieta spojrzała na stół. W jej oczach mignął popłoch. Asger zmarszczył brwi, nie rozumiejąc, co mogło wywołać ten przestrach. Kilka talerzy, dwa kieliszki, butelka wina, wazon z żółtymi kwiatami. Nic więcej. Uspokoiła się, gdy syn delikatnie ścisnął jej dłoń.
1 2 3 5 »

Komentarze

22 X 2018   21:22:25

Bardzo fajne opowiadanie, napisane przystępnym językiem, klimatyczne, trzymające w napięciu i zaskakujące! Zawsze z przyjemnością czytam o przygodach kapitana Sidorta i czekan na więcej odsłon!

24 X 2018   11:06:27

Ciekawe ponowne spotkanie z Asgerem. Mam nadzieję, że kiedyś się uda stworzyć zbiór opowiadań o nim i świecie w którym przyszło mu żyć. Cóż, samo przesłanie wiecznie żywe i niepokojąco aktualne...

25 X 2018   13:08:40

Dziękuję za komentarze. :)

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Ryż
Leon Baar

8 IX 2018

Musisz mnie posłuchać. Wypuść mnie, wynagrodzę ci. Uciekniemy. Wszystko ci powiem, bo widzę, że jako jedyny masz łeb nie tylko po to, żeby ci deszcz przez szyję nie padał. Fort nie nazywa się Santa Eva. To martwy brzeg. Statki dopływają tu w jedną stronę.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Extrema unctio
Jakub Houst

11 VIII 2018

Wszystko jest przygotowane tak, jak należy: na drewnianym stoliku przykrytym białym obrusem palą się świece, stoi krzyż i naczynie z wodą święconą. Z półmroku po bokach izby wyłaniają się pomarszczone kobiece twarze, gdyż w tej wsi nie ma już mężczyzn poza mną.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Jojo
Rafał Charłampowicz

30 VI 2018

Łobuzerski uśmiech Kornelii był rozczulający. Józef przypuszczał, że w ramach robienia mu niespodzianki właśnie nie wkłada bielizny. Udał, że niczego się nie domyśla. Zamknęła szafę. Była w letniej, żółtej sukience. Kasztanowe włosy opadały jej na ramiona. Wyglądała ślicznie. Patrząc na nią zapomniał, że to tylko ciało połączone z jego żoną poprzez VR.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Miasto
— Agnieszka Osikowicz-Chwaja

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.