Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 14 grudnia 2018
w Esensji w Esensjopedii

Joanna Krystyna Radosz
‹Pocztówka ze Sztokholmu›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorJoanna Krystyna Radosz
TytułPocztówka ze Sztokholmu
OpisJoanna Krystyna Radosz (ur. 1992) – na co dzień doktorantka w Instytucie Filologii Rosyjskiej i Ukraińskiej UAM, gdzie zajmuje się między innymi folklorem i najnowszą literaturą rosyjską (w tym fantastyką). Pół życia poświęca pracy z tekstem. Pisze naukowo i nienaukowo, tłumaczy literaturę z angielskiego i rosyjskiego (zarówno new adult, jak i poważne historyczne opracowania o drugiej wojnie światowej), redaguje i robi korekty. Drugie pół życia oddaje rękodziełu i… sportowi, zwłaszcza temu na jednośladach z silnikami. Od ponad dekady zajmuje się dziennikarstwem żużlowym, współpracuje też z Fundacją Speedwaya wspierającą potrzebujące osoby ze środowiska „czarnego sportu”. Z połączenia literackiego zacięcia z żużlową pasją zrodziło się uniwersum sports fiction, do którego należą dwie opublikowane antologie opowiadań: „Czarna książka” (2016) oraz „Czarna książka. Zostać mistrzem” (2018), i w którym dzieje się akcja „Pocztówki ze Sztokholmu”. Pisuje również fantastykę, kryminały i opowiadania obyczajowe, które publikowała w kilku antologiach oraz w Internecie. W przygotowaniu ma także debiut powieściowy.
Gatunekobyczajowa

Pocztówka ze Sztokholmu

1 2 3 6 »
Mogła nie znać środowiskowych plotek, nie wiedzieć, kto się ożenił, a kto rozwiódł, ani który klub wyszkolił najwięcej juniorów, ale doskonale znała daty meczów, szczególnie tych ważnych. Za kilkanaście godzin Paweł i Marcin mieli poprowadzić swoje drużyny w boju o finał Ekstraligi. Na razie jednak wciąż trwała noc, a niedawni i przyszli rywale jedli zgodnie z jednej tacy.

Joanna Krystyna Radosz

Pocztówka ze Sztokholmu

Mogła nie znać środowiskowych plotek, nie wiedzieć, kto się ożenił, a kto rozwiódł, ani który klub wyszkolił najwięcej juniorów, ale doskonale znała daty meczów, szczególnie tych ważnych. Za kilkanaście godzin Paweł i Marcin mieli poprowadzić swoje drużyny w boju o finał Ekstraligi. Na razie jednak wciąż trwała noc, a niedawni i przyszli rywale jedli zgodnie z jednej tacy.

Joanna Krystyna Radosz
‹Pocztówka ze Sztokholmu›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorJoanna Krystyna Radosz
TytułPocztówka ze Sztokholmu
OpisJoanna Krystyna Radosz (ur. 1992) – na co dzień doktorantka w Instytucie Filologii Rosyjskiej i Ukraińskiej UAM, gdzie zajmuje się między innymi folklorem i najnowszą literaturą rosyjską (w tym fantastyką). Pół życia poświęca pracy z tekstem. Pisze naukowo i nienaukowo, tłumaczy literaturę z angielskiego i rosyjskiego (zarówno new adult, jak i poważne historyczne opracowania o drugiej wojnie światowej), redaguje i robi korekty. Drugie pół życia oddaje rękodziełu i… sportowi, zwłaszcza temu na jednośladach z silnikami. Od ponad dekady zajmuje się dziennikarstwem żużlowym, współpracuje też z Fundacją Speedwaya wspierającą potrzebujące osoby ze środowiska „czarnego sportu”. Z połączenia literackiego zacięcia z żużlową pasją zrodziło się uniwersum sports fiction, do którego należą dwie opublikowane antologie opowiadań: „Czarna książka” (2016) oraz „Czarna książka. Zostać mistrzem” (2018), i w którym dzieje się akcja „Pocztówki ze Sztokholmu”. Pisuje również fantastykę, kryminały i opowiadania obyczajowe, które publikowała w kilku antologiach oraz w Internecie. W przygotowaniu ma także debiut powieściowy.
Gatunekobyczajowa
Sztokholm, wrzesień 2016
W żużlu, jak w każdej dyscyplinie, nie ma faworytów absolutnych. Ileż to razy zdarzało się w ostatnich latach, że pewniak do mistrzowskiego tytułu nie to, że nie zdobywał złota, ale nawet nie występował w finale. A kiedy już występował, wykładał się na prostych rywalach, jakby liderzy nagle zapomnieli, w którą stronę się jeździ. Natomiast niżej notowany przeciwnik bezlitośnie punktował Goliata, wykorzystując każde jego potknięcie.
W starciu ze snem Franka, to jest Franciszka Szara, była faworytką, ale rywal stawiał opór tak zaciekły, że powoli zaczęła ulegać, niczym ci pewni swego mistrzowie upadający na kilka metrów przed linią mety. Dopadł ją znienacka, nad kanapką w całodobowym fast foodzie w centrum Sztokholmu, dokąd Frankę zagnał chłód wrześniowej nocy. Choć wcześniej przysypiała zwinięta w kłębek wokół plecaka, zamknięcie dworca autobusowego wybudziło ją – zdawałoby się – na dobre. Najpierw kłóciła się z ochroniarzem, że nie ma gdzie się podziać, a do pierwszego busa na lotnisko zostało trzy i pół godziny. Potem spasowała – Szwed pozostał obojętny na jej osobisty dramat i podkrążone oczy. „Możesz zaczekać na zewnątrz, noc jest ciepła”, powiedział, choć Franka nawet w budynku trzęsła się z zimna. „Dwie przecznice stąd jest restauracja. Nic więcej nie mogę dla ciebie zrobić”. Znaczyło to tyle, że Franka ma się wynosić razem z cuchnącymi alkoholem kibicami głównie w polskich barwach, parą ukraińskich turystów i jeszcze jakąś dziewczyną nieustalonej narodowości, samotną podobnie jak ona, tylko młodszą co najmniej o dekadę.
Dziewczyna całkiem nieźle mówiła po angielsku i też czekała na bus na lotnisko, więc umówiły się, że zaczekają razem w fast foodzie. Teoretycznie Franka mogłaby po niemal dwóch dobach bez snu w końcu się zdrzemnąć, ale jeszcze nie ufała nowej znajomej na tyle, by zostawiać pod jej opieką laptopa. A teraz sen podlazł niebezpiecznie blisko, głowa sama odchyliła się do tyłu, aż dotknęła obicia fotela, usta rozchyliły się wcale nie po to, by odgryźć kawałek kanapki…
Franka walczyła ze snem, próbując zmusić umysł do działania. Trzeba zjeść, zostawiając kawałek bułki, by mieć pretekst do siedzenia tu przez najbliższe dwie godziny, trzeba wyciągnąć komputer i na gorąco spisać wrażenia po turnieju. A potem wysłać pod właściwego maila i wierzyć, że naczelny alternatywnego portalu żużlowego nie żartował, mówiąc, że marzy o jej zwerbowaniu w swoje szeregi.
„To byłoby coś”, odtwarzała w myślach jego słowa. „Tylko u nas: triumfalny powrót Lady Grey! Klikalność skoczy o sto procent”. „A podobno nie pracujesz dla klików, tylko dla idei”, odpowiedziała półżartem i zaraz otrzymała ripostę: „Ideą nie opłacę serwera”.
Życie było bezlitosne nie tylko dla sympatycznego Krzyśka, z którym zagadała się po otwarciu sezonu w Lesznie. Kiedy przed trzema laty urodziła dziecko, włodarze stacji Sport24 niemal codziennie bombardowali ją zapytaniami, kiedy wraca na antenę. Podobne wiadomości dostawała od kibiców, dla których była ponoć najpiękniejszą twarzą żużla. Tylko że Marysia chorowała, urlop macierzyński się przedłużał, a zaledwie pojawiła się na Grand Prix w Togliatti u progu sezonu 2014, zachorowała i sama Franka. Męczący powrót z Rosji zmienił niegroźne przeziębienie w zapalenie płuc. Zbagatelizowane objawy zemściły się powikłaniami i chociaż chorobę udało się szybko opanować, to jednak stan gardła nie pozwalał na prowadzenie studia w Sport24. Płynął czas, Frankę zastąpili młodsi, obrotniejsi, lepiej obeznani z potrzebami współczesnego widza, i nagle okazało się, że jest już niepotrzebna. Stacja, do której przyszła na praktyki po drugim roku polonistyki na UAM i w której zadomowiła się na dobre, po kilkunastu latach podziękowała jej za współpracę. Damian, młodszy od niej o trzy lata nowy szef Sport24 nie powiedział tego, ale między wierszami usłyszała: „W dobrym momencie przytrafiły ci się te przypadki, i tak mieliśmy cię zwolnić. Jesteś za stara. Za brzydka”. Bo przecież Franka po ciąży straciła talię osy, zmieniła się jej twarz i już nie tylko kurze łapki od ciągłych uśmiechów trzeba było tuszować w charakteryzatorni, ale zużywać tonę podkładu i pudru na przykrycie jej zmarszczek. Prawie czterdzieści lat to nie ten wiek, żeby kobieta mogła się pokazywać w telewizji. Zwłaszcza przy okazji sportu, który oglądają przeważnie mężczyźni, spragnieni jędrnych kobiecych ciał i pięknych twarzy bez skazy. Znalazły się młodsze na jej miejsce, młodsze, ładniejsze i wcale nieustępujące jej wiedzą o sporcie żużlowym. Co z tego, że nie znały anegdot sprzed lat? Przecież od retro ciekawostek Sport24 miał byłych zawodników i trenerów.
Niewesołe myśli wcale nie rozbudziły Franki. Rozdrapywanie ran, w domowym łóżku wywołujące bezsenność, tu popchnęło ją prosto w objęcia snu. Zdawała sobie sprawę, że się wyłącza, z głową zadartą do góry i nieładnie otwartymi ustami, lecz ciało już przestało słuchać. Nie mogła usnąć w jadącym do Gdańska busie ani na lotnisku Lecha Wałęsy. W samolocie tylko drzemała. A teraz ponad czterdzieści godzin na nogach mściło się, jeden po drugim odłączając jej organy i zmysły, aż w końcu został tylko słuch, wyłapujący gwar restauracji. Przestał jej przeszkadzać wszechobecny smród papierosów, alkoholu i fastfoodowego jedzenia, obecność zagłębionej w przeglądaniu internetu współtowarzyszki niedoli, kurz oblepiający jej własne ciało…
Być może przespałaby na tej kanapie i bus na lotnisko Skavsta, i samolot powrotny, i nawet półfinał Ekstraligi. Ocknęła się dopiero na dźwięk głosu, i wcale nie głosu półznajomej dziewczyny imieniem Sigrid.
Ktoś mówił po polsku. Znała ten głos.
– …powinniśmy już jechać!
Oczy się otworzyły, usta zamknęły, głowa wróciła do właściwej pozycji. Franka drgnęła i odwróciła się w stronę wejścia, w którym stanęła czteroosobowa grupka.
– To se jedź w cholerę. – Najniższy z grupki, łysy chłopak w bluzie z kapturem, zrobił krok do przodu. Na jego plecach widniał numer 49: rok pierwszego mistrzostwa Unii Leszno. – Ja przed odjazdem zamierzam się nażreć. Nie dałeś nam pić na twoją cześć, to daj chociaż zjeść hamburgera.
– Jak chcesz. – Jego towarzysz, blondyn o surowej aparycji, w skórzanej kurtce narzuconej na białą koszulę, wzruszył ramionami. – Najesz się tego świństwa, Paweł, to będzie ci jutro niedobrze i punktów nie zrobisz.
– Cinek, naiwniaku – do dyskusji wmieszał się trzeci jegomość, wysoki, cherlawy brunet z zakrzywionym nosem i przekrzywioną czapeczką na głowie – ty pamiętasz, jak Pawełek na kacu zaiwaniał rok temu na drużynówce? Też mu było niedobrze…
Cała czwórka weszła jednak do środka i grzecznie ustawiła się w długiej jak na tę porę kolejce. Franka patrzyła to na nich, kwiat polskiego (i nie tylko) żużla, to na pijaków w barwach narodowych, którzy byli tak pijani, że nie zauważyli nawet, iż do fast foodu weszli ich idole.
– Ty pamiętasz drużynówkę rok temu, Kamil? – zdziwił się ostatni z chłopaków, prawie tak wysoki jak brunet, o nieco bardziej wschodniej urodzie i w dżinsowej kurtce, w której na pewno nie było mu ciepło tej nocy. Jego głos Franka rozpoznałaby i bez patrzenia, bo zaciągał w bardzo charakterystyczny sposób.
– Ty to byś pewnie wolał zapomnieć – zaśmiał się łysy i dodał: – Tej, panowie, który dziś tak ładnie śmigał po szwedzku? Marcin, dawaj, zamawiaj, może dostaniesz zniżkę dla zwycięzcy turnieju.
Pijacy w barwach narodowych patrzyli na grupę nieprzytomnymi oczami, ale chyba nadal nie skojarzyli, że jednego z tych chłopaków, Marcina Jodłę, kilka godzin temu entuzjastycznie oklaskiwali na stadionie. Jodła zaś, zdecydowany lider klasyfikacji generalnej Indywidualnych Mistrzostw Świata na żużlu, poszedł bajerować szwedzką obsługę. Uwadze Franki nie umknął fakt, że nawet nie zapytał kolegów, co im zamówić. Jodła uchodził za egoistę i samotnika, który na torze nie miewa przyjaciół, ale gdy zdarzał mu się dobry dzień, był tak samo sympatycznym chłopakiem jak cała reszta słowiańskiego towarzystwa.
– Pewnie, że bym wolał – pociągnął temat jedyny Rosjanin w tym towarzystwie, siadając na jedynym wolnym miejscu, obok smutnego rastamana wpatrzonego w punkt gdzieś na przeciwległej ścianie. – Wyście wygrali, a ja jeszcze się nasłuchałem, że załatwiłem sobie miejsce w reprezentacji przez łóżko.
Łysy Paweł i wysoki Kamil zgodnie wybałuszyli oczy. Marcin zajęty był mamrotaniem czegoś prawdopodobnie po szwedzku. France, która nie bez kozery przez półtorej dekady uchodziła za najlepiej poinformowaną w żużlowych plotkach kobietę w Polsce, senność odeszła jak ręką odjął.
– Przespałeś się z sędzią i liczyłeś na chody? – zdumiał się Kamil.
– Macie jakąś ukrytą menedżerkę? – zasugerował Paweł.
– A może zaliczyłeś żonę menedżera?
Rosjanin zaśmiał się nieco zbyt głośno, wyrywając z apatii rastamana i połowę pijaków w barwach.
1 2 3 6 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Rozstaje
Agnieszka Osikowicz-Chwaja

20 X 2018

Znał go pan wcześniej. Dusza towarzystwa, wiecznie chętny do żartów i zabawy. Postanowił żyć tak, jak dotąd, nie przejmując się zakazami, Horeną i całym tym gnojem. Dlatego major kazał dać mu nauczkę. Pewnego dnia Mats zniknął i nie było go kilka dni.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Ryż
Leon Baar

8 IX 2018

Musisz mnie posłuchać. Wypuść mnie, wynagrodzę ci. Uciekniemy. Wszystko ci powiem, bo widzę, że jako jedyny masz łeb nie tylko po to, żeby ci deszcz przez szyję nie padał. Fort nie nazywa się Santa Eva. To martwy brzeg. Statki dopływają tu w jedną stronę.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Extrema unctio
Jakub Houst

11 VIII 2018

Wszystko jest przygotowane tak, jak należy: na drewnianym stoliku przykrytym białym obrusem palą się świece, stoi krzyż i naczynie z wodą święconą. Z półmroku po bokach izby wyłaniają się pomarszczone kobiece twarze, gdyż w tej wsi nie ma już mężczyzn poza mną.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Mistrzowie czarnego sportu
— Magdalena Kubasiewicz

Dla fanów żużla
— Magdalena Kubasiewicz

W deszczu
— Joanna Krystyna Radosz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.