Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 15 lutego 2019
w Esensji w Esensjopedii

Anna Maria Wybraniec
‹Saloita›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAnna Maria Wybraniec
TytułSaloita
OpisAnna Maria Wybraniec – autorka opowiadań, pochodzi ze Śląska. Laureatka ogólnopolskich konkursów literackich, publikowała w Białym Kruku, Kontencie, Stonerze PolskimWizjach oraz w antologiach: „Sny Umarłych 2018” i „nanoFantazje”.
Gatunekobyczajowa

Saloita

Najczęściej jednak nie mówiło się o nim, tylko szeptało. W szeptach Franek był aniołem stróżem, dobrym duchem, pilnującym, by nie stało się nic złego, by nikt więcej nie cierpiał tak jak on. Szeptano, że to on zginął w wypadku i nie może teraz opuścić tego miejsca, przybity do krzyża skrzyżowania.

Anna Maria Wybraniec

Saloita

Najczęściej jednak nie mówiło się o nim, tylko szeptało. W szeptach Franek był aniołem stróżem, dobrym duchem, pilnującym, by nie stało się nic złego, by nikt więcej nie cierpiał tak jak on. Szeptano, że to on zginął w wypadku i nie może teraz opuścić tego miejsca, przybity do krzyża skrzyżowania.

Anna Maria Wybraniec
‹Saloita›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAnna Maria Wybraniec
TytułSaloita
OpisAnna Maria Wybraniec – autorka opowiadań, pochodzi ze Śląska. Laureatka ogólnopolskich konkursów literackich, publikowała w Białym Kruku, Kontencie, Stonerze PolskimWizjach oraz w antologiach: „Sny Umarłych 2018” i „nanoFantazje”.
Gatunekobyczajowa
Każde miasto ma swojego wariata. Niektórym nawet pozwala się stanąć na świeczniku, może tym, których tajny komitet obywatelski dokładnie prześwietli, by mieć pewność, że nie obnażą się nagle na rynku. Szaleństwo ciągnie między ludzi, jakby właśnie tam było jego miejsce, na widoku, by je cicho podziwiać i głośno ganić.
Kobieta, cała w czerwieni, która dzień w dzień spaceruje, ciągnąc za sobą piłkę na sznurku. Mężczyzna bez nogi, który cały czas spędza w autobusie: wsiada w pierwszy kurs, wysiada po ostatnim, zawsze siedzi na tym samym miejscu, nigdy nic nie mówi. Babcia, która czeka przed szkołą na wnuczka; chłopak dawno już skończył naukę, ożenił się i wyprowadził do innego miasta, ale ona wciąż przychodzi odebrać go po lekcjach. Patrzy, jak dzieci wybiegają za bramę, śmiejąc się z niej lub do niej, i kiedy wszystkie znikną, czeka jeszcze chwilę, potem odchodzi. Starszy pan, który zmawia dziesiątkę różańca przy każdym mijanym śmietniku.
Wszyscy o nich słyszeli, ale nikt ich nie słucha.
Opowiada się o wariatach w anegdotach, wspomina na równi z lokalnymi specjałami, czasem stawia się im pomniki, bo przy żywych szaleńcach nie wypada sobie robić pamiątkowych zdjęć, a teraz każda miejska atrakcja jest w cenie. Lokalność, regionalność, nawet wariat dobry, bo nie tylko polski, ale i kaszubski, śląski, małopolski.
My też mamy swojego wariata. Oficjalnie tylko jednego, ale urzędującego na największym skrzyżowaniu w mieście. Krzyż ciągnie się w nieskończoność, obydwie drogi są przelotowe, towarzyszą im objazdy, zakazy i nakazy, jest sygnalizacja, kładki dla pieszych i pasy oraz fast food w każdej ćwiartce: sinus, cosinus, tangens i cotangens taniego jedzenia. Siłą rzeczy, wariat musiał być na miarę dróg krajowych, na których wytyczono trasy przewozu materiałów łatwopalnych.
Pan Franciszek nie zawodził pokładanych w nim oczekiwań, choć nikt jasno ich nie wyraził, nikt nie zaproponował mu umowy ani o dzieło, ani na zlecenie, nie myślał nawet o umowie stałej i bezterminowej. Nie dostawał dodatku do emerytury za pracę w niebezpiecznych warunkach, z trudem przyznano mu emeryturę, bo wiatr historii zmiata nie tylko systemy polityczne, ale i porywa ze sobą świadectwa pracy. Zawsze miał na sobie czarny garnitur, trudno powiedzieć, ślubny czy żałobny, kiedyś na pewno nowy, teraz tylko widać było, że właściciel starał się o niego dbać. Przez pierwsze lata, kiedy przychodził na skrzyżowanie, policja lub straż miejska odwoziły go do domu. Zawsze wracał – zasapany, zdenerwowany, zdyszany, oburzony. Im był starszy, tym więcej czasu to wracanie zajmowało, i kiedy zaczął chodzić o lasce, zostawiono go w spokoju, bo chyba nikt nie chciał patrzeć, jak kuśtyka z powrotem.
On mówił albo mówiło się, że pilnuje ruchu. Jak miał to robić w czasach zdalnie sterowanej, zsynchronizowanej sygnalizacji świetlnej – nie wiadomo. Ktoś opowiadał, że wieki temu, w innej epoce, pan Franciszek rzeczywiście stał na podwyższeniu na środku skrzyżowania jak foka w cyrku, i klaskał, i manewrował lizakiem jak piłką na czubku nosa: wy jedźcie, wy stójcie; pan i władca motorów, pogromca lwów, trzaskający batem ukręconym z mandatów. Postęp odebrał mu pracę i sens, tak, jak odebrał je wielu innym, kiedy zaczęto zamykać katedry filozofii na korzyść wydziałów automatyki i robotyki. Teraz Franciszek czekał, aż postęp się potknie, pomyli, nie zważając na to, że pomyłka postępu będzie mikroskopijna – atomowa lub mikrobowa – i zmiecie wszystko, oprócz świateł na drodze, które będą świecić dalej, jeżeli tylko świeci coś, na co nikt nie patrzy. Może tego się pan Franciszek obawiał – że światła nieobserwowane zaczną siać ferment, przestaną wywiązywać się z obowiązków – i stał, samotny latarnik pilnujący, by światło nie zgasło, pasterz dwupasmówki strzegący, by nic nie weszło w szkodę.
Ktoś mówił, że na tym skrzyżowaniu zginęła jego matka, babka, córka, siostrzenica, ciotka, szwagierka, że zginął ojciec, syn, dziad, wuj, bratanek, szwagier, ktoś na pewno, po mieczu lub po kądzieli, co do dokładnej genealogii nie było zgody, ale nie zadowolono się drzewem, sadzono od razu cały las, monokulturę wstępnych i zstępnych, jakby nie było Adama i Ewy, tylko Franciszek i Ewa.
Nie było też zgody co do sprawcy wypadku – mógł nim być każdy, od samego starszego pana do proboszcza, przyjezdny, przejezdny lub miejscowy, skazany, uniewinniony, nigdy nie złapany. Nie do końca było wiadomo, co Franciszka tam trzyma – poczucie winy, tęsknota, rozgoryczenie czy rozpacz, choć po tak długim czasie to mogło być już tylko przyzwyczajenie.
Ktoś mówił, że mężczyzna czekał. Na co? Na kogo? Ktoś ma do niego przyjechać. Ktoś ma po niego przyjechać. Ktoś ma mu coś przekazać. Franciszek urastał do rangi najtajniejszego agenta, kreta zakopanego tak głęboko, że nawet wrogie mocarstwo już o nim zapomniało. Ciągle czekał na kontakt, który nie nastąpi; może zapomniał hasła i odzewu.
Najczęściej jednak nie mówiło się o nim, tylko szeptało. W szeptach Franek był aniołem stróżem, dobrym duchem, pilnującym, by nie stało się nic złego, by nikt więcej nie cierpiał tak jak on. Szeptano, że to on zginął w wypadku i nie może teraz opuścić tego miejsca, przybity do krzyża skrzyżowania. Znoszono mu podwójne ofiary. Chrześcijańskie chryzantemy i znicze wręczano mu nieśmiało, patrząc gdzieś pod nogi, mówiąc, że pan Franciszek to na pewno najlepiej wie w czyjej intencji trzeba by zapalić, kto potrzebuje światełka w tym lesie postawionym z krzyży przydrożnych, las genealogiczny się przerzedzał, i ginęli już nie tylko bliscy Franciszka, marli też przypadkowi przechodnie; każdy mógł umrzeć, czyż nie?
Poważnie kiwał głową, jakby naprawdę prowadził listę kolejkową, w czyjej intencji co zapalić i jak rozdzielić bukiety, by chociaż po śmierci ludzie dostali czegoś po równo. Człapał potem poboczem i zostawiał znicze pod dawno zapomnianymi krzyżami.
Może zresztą tych krzyży nigdy tam nie było. Może Franciszek układał wiązanki i znicze tam, gdzie doszedł, zanim się zmęczył i zniechęcił, przecież w przyrodzie zawsze coś umiera, gdyby się przyjrzeć, to asfalt pokrywa cienka warstwa rozjechanych żab, rozgniecionych ślimaków, a tam, gdzie jest przerwa w posoce, można zajrzeć głębiej: żyjątka zmiażdżone w glebie, nasiona, które nigdy nie wykiełkują. Może palił światełko dla każdego swojego dnia, mijającego i mijanego w pędzie. Może palił je dla siebie.
Potem przychodził czas na drugą, pogańską ofiarę. Pan Franciszek nieśpiesznym krokiem zachodził do któregoś z czterech fast foodów, codziennie do innego, zmieniał je zgodnie z ruchem wskazówek zegara, uprzejmie pytał, czy może siąść na chwilę, zagrzać się lub ochłodzić, czasem po prostu odpocząć. Oczywiście, może, sadzano go z boku, bo w parze z czystością wizualną nie szła świeżość zapachu, oczyszczenie szczotką garnituru z kurzu niestety nie wystarczało. Nigdy o nic nie prosił, ale i tak natura zakonu żebraczego jakoś przeciekła w świętego czy pogańskiego Franciszka: kawa i kanapka z frytkami, cola ze skrzydełkami, herbata z pizzą, woda z rybą. Na koszt lokalu, uśmiechała się zmiana za zmianą, wszyscy znali tu Franciszka, choć on nie znał nikogo, twarze migały jak w kalejdoskopie, jakby ludzie poddawali się tym samym nakazom co samochody: stój, zmiana, idź.
Czasem pan Franciszek machał na przejeżdżające auta. Miejscowi widzieli, że to znaczyło zwolnij, przejezdni zatrzymywali się i pytali, czy nie potrzebuje pomocy. Franciszek dziękował, jakby błogosławił i posyłał ich w dalszą drogę. Bywało, że porywany nagłym przeczuciem lub przerażeniem wyskakiwał na środek ulicy, by zatrzymać kogoś pędzącego na pewną śmierć. Miejscowi już dawno tu nie pędzili – jechali powoli, oglądając się na minę Franciszka, jakby chcieli potwierdzić swoje plany; jeżeli skinął głową, to spokojnie dodawali gazu, jeżeli marszczył brwi, zatrzymywali się w najbliższym fast foodzie i dokładnie oglądali auto: czy koła dobrze przykręcone, czy oleje i płyny w normie, czy ciśnienie w oponach odpowiednie, czy światła działają, czy na trasie wszystko dobrze. Zawsze znajdowała się jakaś nieznana lub zapomniana usterka.
Raz stanął sam przeciwko cysternie. Zatrzymała się z piskiem opon na środku skrzyżowania, klaksony uleciały w niebo jak gołębie, kierowca wyskoczył, chwycił Franciszka za klapy marynarki i wtedy – auto zapłonęło.
Telewizja przyjechała, radio i gazeta, ale Franciszek nie chciał z nikim rozmawiać, siedział, zamyślony, ponury, nad kubkiem czarnej kawy. Może bał się, że nie utrwali się na taśmie, że na nagraniu nie będzie słychać jego głosu, a tylko trzaskanie i szum Styksu.
Już sporo przed skrzyżowaniem miejscowi trąbili na obce rejestracje, ktoś w końcu postawił tablice ostrzegawcze, ograniczenie prędkości, biały punkt zamiast czarnego, aż któregoś dnia półciężarówka jechała zbyt szybko: pana Franciszka musiało coś zaniepokoić, zmarszczył brwi, ale to mu nie wystarczyło, sięgnął więc po swój najsilniejszy argument i wyszedł na jezdnię. Kierowca ten argument odrzucił, zlekceważył, posłał wraz z Franciszkiem w krzaki i w cholerę, retorycznie podkreślając jego śmiertelną cielesność.
Nie zatrzymał się, ale też nie ujechał daleko, zatrzymany przez innych kierowców.
Pogotowie, policja, płaczki – znicze i wiązanki, kubki po kawie i opakowania z jedzenia na wynos zasypały pobocze. W bagażniku półciężarówki były jędrne kalarepy, świeże rzodkiewki, soczyste pomidory, wiezione do zachodnich marketów oraz jędrne, świeże i soczyste Ukrainki, wiezione do zachodnich burdeli. Prasę ponownie obiegła historia bohatera skrzyżowania, który życiem nie ryzykował, który je poświęcił.
I tylko śledczy stali przed zagwozdką – w garniturze pana Franciszka znaleźli list pożegnalny, przepraszający, tłumaczący, że on już dłużej żyć nie chce i nie może; pożółkły, powycierany na zgięciach, datowany dawno temu, cierpliwie czekający na chwilę, kiedy zostanie odczytany.
koniec
26 stycznia 2019

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Dziś będziesz z nią w raju
Michał Brzozowski

19 I 2019

Proszę się nie bać. Pewnie niektórzy z was już się zorientowali, że wasza praca polega na… umieraniu. Ale spokojnie. Nie umieraliście dosłownie. Nie umieraliście też w przenośni. Bardziej w analogii.

więcej »
Kolaż: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Bezpieczna przestrzeń
Anna Robak-Reczek

22 XII 2018

Trzeba było uważać. Jak w szkole objęli nas systemem, to przestałam pić colę i zaczęłam uprawiać sport, choć nigdy tego nie lubiłam. Ale mama powiedziała, że dzięki temu będę w przyszłości mniej płaciła za ubezpieczenie. I że będę mogła wyjechać, dokąd będę chciała. A ty musiałeś wdawać się w bójki.

więcej »
Fotoilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Pocztówka ze Sztokholmu
Joanna Krystyna Radosz

24 XI 2018

Mogła nie znać środowiskowych plotek, nie wiedzieć, kto się ożenił, a kto rozwiódł, ani który klub wyszkolił najwięcej juniorów, ale doskonale znała daty meczów, szczególnie tych ważnych. Za kilkanaście godzin Paweł i Marcin mieli poprowadzić swoje drużyny w boju o finał Ekstraligi. Na razie jednak wciąż trwała noc, a niedawni i przyszli rywale jedli zgodnie z jednej tacy.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.