Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 7 maja 2021
w Esensji w Esensjopedii

Łukasz Śmigiel
‹Człowiek, który szedł na solo›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorŁukasz Śmigiel
TytułCzłowiek, który szedł na solo
OpisŁukasz Śmigiel (ur. 1982) – Autor powieści (m.in. „Decathexis”, „Muzykologia”) i zbiorów opowiadań („Mordercy”, „Demony”). Publikował m.in. w Nowej Fantastyce, Magii i Mieczu, Science Fiction Fantasy & Horror, Magazynie Fantastycznym, Sferze, Ubiku, Alfred Hitchcock poleca, a także w tytułach niefantastycznych: Przekrój, Gazeta Wrocławska, Polska Times, Tygiel Kultury. Dziennikarz radiowy (m.in. Radio Wrocław, Radio Wrocław Kultura, Traffic FM, Radio Copernicus), który specjalizuje się w wywiadach z pisarzami. Na co dzień pracownik Instytutu Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej UWr (Zakład Form Literackich i Dziennikarskich prof. Stanisława Beresia). Nominowany do Nagrody Warto Gazety Wyborczej oraz laureat konkursu na opowiadanie kryminalne Gazety Wrocławskiej. Prywatnie szczęśliwy mąż i ojciec.
GatunekSF

Człowiek, który szedł na solo

« 1 2 3 4 5 »

Łukasz Śmigiel

Człowiek, który szedł na solo

Skorzystałem z tego, że właz do zbiornika, do którego trafiały ekskrementy z hodowli zwierząt Rzeźnika, był kiepsko zabezpieczony. W końcu kto przy zdrowych zmysłach chciałby włamywać się do jedynego ptasiego, krowiego i świńskiego szamba na planecie? Zrozumiałem, że czekają mnie trudne chwile, nawet mimo posiadania jednorazowego skafandra ochronnego, który odpowiednio wcześniej przywdziałem. Sunąc w dół ciemną i oblepioną syfem rurą, przypominającą wnętrze płuc palacza, dotarło do mnie, że jest to droga tylko w jedną stronę. Na końcu tunelu trzeba było bowiem zawisnąć na rękach i skoczyć dobrych kilka metrów w dół, lądując w samym środku oceanu gówna. Żaden opis nie odda tego, co tam zastałem. Cudem unikając utonięcia, bo pod warstwą wciągającej mnie gnojówki straciłem na chwilę orientację, wypłynąłem na powierzchnię i z trudem włączyłem malutką lampkę na workowatym hełmie mojego skafandra. Maska tlenowa ledwie wyrabiała, więc musiałem płytko oddychać. Na dodatek wystarczyła tylko iskra, aby wszystko wyleciało w powietrze.
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>
Ilustracja: Rafał Wokacz
Ledwo dopłynąłem pod jedną ze ścian zbiornika i wspiąłem się na przylegający do niej, wąski na dwie stopy chodnik. Kiedy już na nim stanąłem, ruszyłem powoli, robiąc małe kroczki, bo wszystko dookoła było śliskie i oblepione brejowatą mazią. Raz niemal straciłem równowagę, stawiając nogę na czymś, czego nawet nie chcę sobie wyobrażać. Wreszcie dotarłem do zsypu – jedynego wyjścia z mojego więzienia. Ktoś uczynny zamontował tam nawet zgrabną drabinkę, pozwalającą wspiąć się pod same drzwi zsypu, ale u jej szczytu nagle zaczęło brakować mi szczęścia. Obydwa kwadratowe skrzydła ciężkich drzwi zamknięto od zewnątrz. A nawet gdyby były otwarte, nie miałem za bardzo możliwości zaprzeć się na drabince, aby je pchnąć i uchylić.
I tak przesiedziałem na drabince zawieszonej ponad gnojówką dobre pół godziny ziemskiego czasu. Lampka w skafandrze zamigotała kilka razy i w końcu zgasła. Co dość zabawne, zachciało mi się także sikać, lecz kiedy tylko zacząłem rozważać możliwość rozpięcia zamka, drzwi do zsypu otworzyły się nagle, a w dół – mijając mnie o centymetry, ale z całą pewnością ochlapując – poleciało z impetem kilka metrów sześciennych syfu o różnej konsystencji. Zanim jeszcze cały ten gnój zdążył dobrze spłynąć, rzuciłem się do góry, ściskając kurczowo szczeble drabinki. Nie wiem, czy wytrzymałbym psychicznie, jeślibym spadł i ponownie zanurkował w morzu okropieństwa.
Po chwili byłem już u góry. Gotów do natychmiastowej ucieczki w sytuacji, gdyby zaczęło na mnie lecieć więcej nieczystości, ostrożnie wyjrzałem zza krawędzi zsypu. Wyglądało na to, że znajduję się w pomieszczeniu na końcu kompleksu, w którym hodowano zwierzęta, a ten, kto przed chwilą wywalał gnój, najpewniej poszedł po kolejną porcję odpadków i nawozu. Wylazłem z szybu, ale jeszcze przez dłuższy moment nie odważyłem się zdjąć maski tlenowej, chroniącej mnie przed nieznośnym smrodem. Za to szybko zrzuciłem z siebie brudny skafander i cisnąłem go do szybu. Pod spodem miałem niepozorny, szary uniform technika.
Ruszyłem korytarzem w stronę hali ze zwierzętami i dopiero po drodze wyrzuciłem maskę do pierwszego lepszego śmietnika. Wkrótce natknąłem się na ludzi. Mijałem pracowników klubowej farmy, którzy, zajęci swoimi sprawami, w ogóle nie zwracali na mnie uwagi. Ja tymczasem musiałem dostać się do części kompleksu mieszczącej w sobie pomieszczenia biurowe oraz cel mojej wyprawy – gabinet Rzeźnika. Tam, oprócz wielkiej niewiadomej, czekały mnie niełatwe negocjacje. Hay-Pak, szef Martwej Natury, nie był głupi. Na pewno zorientował się już w wartości nesesera. Osobiście liczyłem na to, że przede wszystkim zachowa się jak biznesmen i zainteresuje go jedyna karta przetargowa, którą miałem, a mianowicie kilka sekretnych tożsamości innych solistów, które przez lata udało mi się samodzielnie rozszyfrować. W zamian za to chciałem tylko odzyskać mój neseser, oczywiście wraz z zawartością. Zaraz potem Rzeźnik mógł z ogromnym zyskiem puścić kupione ode mnie informacje w dalszy obieg. A byli tacy, którzy chętnie by nas namierzyli i wyeliminowali. Cóż, takie życie. Walka o wpływy nigdy się nie kończy. Nawet przy okazji podboju nowych światów.
Niezaczepiony przez nikogo opuściłem teren farmy i ruszyłem bocznym przejściem ku apartamentom zajmowanym przez szefa Martwej Natury. Przy drzwiach, za którymi otwierała się droga do holu – warowni zarezerwowanej dla asystenta Rzeźnika – stało dwóch drabów o byczych karkach. Oba wielkoludy albo wyhodowano dzięki inżynierii genetycznej, albo też pasiono ich mięsem z farmy pracodawcy. Nie miałem ochoty sprawdzać ich przydatności bojowej. Nie chciałem także dawać ludziom Rzeźnika pretekstu do gruntownego przeszukania mojej osoby. Jeżeliby tak się stało, odkryliby moje zabezpieczenie na wypadek gdyby szef Martwej Natury nie byłby skłonny do robienia interesów. Przy lewej kostce miałem bowiem ukryte w bucie coś, czego niewidoczne dla oka, skanujące mnie uważnie czujniki nie mogły wykryć. Była to zrobiona z niesamowicie mocnego tworzywa struna od fortepianu – jeszcze jedna pamiątka po ojcu.
Skinąłem bandziorom na przywitanie.
– Cześć, chłopaki! Dajcie znać panu Hay-Pak, że przyszedł Arti z wizytą.
Drab po mojej lewej, nie zaszczycając mnie nawet spojrzeniem, wymamrotał coś w przestrzeń. Poruszył głową, zapewne dość pustą, ale za to odpowiednio wzmocnioną ukrytym pod skórą pancerzem. Kiedy otrzymał odpowiedź na swój bełkot, machnął nieznacznie ręką i drzwi bezszelestnie się rozsunęły, wpuszczając mnie do środka.
– Jakie to proste – pomyślałem, po czym, po sekundzie wahania, wszedłem do holu. Naturalnie w głowie cały czas obmyślałem plan działania.
Minąłem wiecznie zakatarzonego asystenta pana Hay-Paka. Od kiedy pamiętam, facet był uczulony na mieszankę powietrza wpompowywaną do Carson City One. On także nie odezwał się do mnie ani słowem. Wskazał mi tylko drogę i zaraz wcisnął twarz w elastyczną gąbkę, która, cicho brzęcząc, nieustannie połykała jego katar. Wszedłem na drugie piętro szerokimi, kręconymi schodami. Na górze znajdowała się przeszklona antresola, z wejściem bezpośrednio do apartamentu szefa. Hay-Pak praktycznie się stamtąd nie ruszał. Światło było przygaszone, aby nie razić oczu starego. Rzeźnik był jednym z pierwszych, którzy przylecieli na Keplera-10. W czasie międzygwiezdnej podróży, co niestety zdarzało się dość często, zawiodły niektóre systemy podtrzymujące życie i Hay-Pak doznał rozległego udaru. Miał problemy z oczami, uparcie nie dając ich sobie wymienić na sztuczne, chodził, ale jedynie dzięki pneumatycznemu egzoszkieletowi, którego nie lubił używać i mówił przez specjalny translator, a monotonny głos jakiegoś telewizyjnego lektora tłumaczył jego bełkotliwy potok słów.
Miałem na końcu języka pierwszy żart, taki w sam raz na początek rozmowy, ale kiedy tylko wkroczyłem do spowitego szarością pokoju, natychmiast brutalnie powalono mnie na podłogę. Tyłem głowy uderzyłem w coś miękkiego i z przerażeniem stwierdziłem, że to kawał tworzywa, używanego zwykle do robót porządkowych. Czyżby Rzeźnik nie chciał pobrudzić sobie dywanu moimi flakami? Więcej czasu na myślenie nie miałem, bo ktoś zaczął rytmicznie walić mnie pięścią w twarz. Otwierałem usta, żeby coś powiedzieć i zaraz dostawałem w zęby i tak w kółko. W ten sposób nie dało się rozmawiać. Nie był to dobry wstęp do negocjacji. Chwilę później ugryzłem się więc w język (przypadkiem) i zamknąłem dziób.
– Dość, wystarczy. Nie zabijajcie go. Muszę z nim jeszcze pogadać – powiedział sympatyczny głos, który kojarzył się z narratorem poradników w stylu „zrób to sam w kosmosie”, dostępnych w naszej miejskiej bibliotece.
Pięść zawisła w powietrzu, więc odważyłem się rzucić okiem i rozeznać w sytuacji. Zobaczyłem to i owo i zaraz odechciało mi się patrzeć. Zostałem ubiegnięty przez Rzeźnika. Zanim zdążyłem sprzedać mu moje informacje, on już ze sporym zyskiem sprzedał mnie. To było bezpieczniejsze rozwiązanie dla niego i dla Miasta. A najzabawniejsze, że niezależnie od układu, kupiec pozostawał ten sam – Kasta Synchronistów, grupa proekologicznych fanatyków walczących o własne strefy wpływu, którzy bardzo, ale to bardzo nie lubili wojskowych i dosłownie nienawidzili solistów. Wybrałem nie najlepszy moment na negocjacje.
Szanse na to, że jakoś się z tego wyłgam, były w zasadzie żadne. Sprawdziłem językiem spękane wargi i policzyłem wszystkie zęby. Później, kiedy draby za moimi plecami postawiły mnie na nogi, ktoś wykręcił mi ręce i skuł magnetycznymi bransoletami, a w pokoju zrobiło się jaśniej.
– Skąd wiedziałeś, że przyjdę? – próbowałem zyskać na czasie.
Egzoszkielet Hay-Paka wydał z siebie kilka niepokojących dźwięków. Azjata wstał zza biurka.
– Znam takich jak ty, Smiley. Myślicie, że działacie poza systemem, ale tak naprawdę wy także zostaliście przez niego wymyśleni – powiedział przez trzeszczący głośnik. – Nieważne, jak bardzo udajecie obojętność, zadzieracie nosa i ględzicie, że razem ze swoją artystyczną duszą jesteście ponad wszystko. Zawsze istnieje coś, na czym komuś wyjątkowo zależy. System to wie i ja to wiem. A ty jesteś jak odkryta karta. Byłem pewien, że po niego wrócisz, choćbyś kładł przy tym na szali swoje życie – to mówiąc, wyjął zza biurka mój pancerny neseser i rąbnął nim o tworzywo blatu. Stół zamigotał na moment i przestał wyświetlać najróżniejsze dane.
« 1 2 3 4 5 »

Komentarze

20 VII 2019   21:00:15

Fajne, podobało mi się :)

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Umowa
Elżbieta Leszczyńska

10 IV 2021

Bóg podrapał się w głowę. Targały nim sprzeczne uczucia. Kusiła go gra z diabłem, a równocześnie pragnął jak najszybciej usunąć popełnione przy tworzeniu ludzkich istot błędy.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Za górami, w tym samym lesie
Ewa Kajtoch

27 III 2021

Idę po zakupy wspomagając się balkonikiem. Udaje mi się dojść, a wrócić do domu pozwalają mi jakieś dziewczynki z osiedla. Całej portmonetki nie zabrały, ale pięćdziesiąt złotych musiałam oddać.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Gwiezdne wojny: Druga szansa
Magdalena Stawniak

20 II 2021

Facet utkwił w nim badawczy wzrok, aż zrobiło mu się nieswojo. Ale dzięki temu przestał płakać. Oficer skinął dłonią zachęcając go do podejścia bliżej. Chętnie to zrobił, bo nie musiał już więcej patrzeć na zwłoki.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.