Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 7 maja 2021
w Esensji w Esensjopedii

Łukasz Śmigiel
‹Człowiek, który szedł na solo›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorŁukasz Śmigiel
TytułCzłowiek, który szedł na solo
OpisŁukasz Śmigiel (ur. 1982) – Autor powieści (m.in. „Decathexis”, „Muzykologia”) i zbiorów opowiadań („Mordercy”, „Demony”). Publikował m.in. w Nowej Fantastyce, Magii i Mieczu, Science Fiction Fantasy & Horror, Magazynie Fantastycznym, Sferze, Ubiku, Alfred Hitchcock poleca, a także w tytułach niefantastycznych: Przekrój, Gazeta Wrocławska, Polska Times, Tygiel Kultury. Dziennikarz radiowy (m.in. Radio Wrocław, Radio Wrocław Kultura, Traffic FM, Radio Copernicus), który specjalizuje się w wywiadach z pisarzami. Na co dzień pracownik Instytutu Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej UWr (Zakład Form Literackich i Dziennikarskich prof. Stanisława Beresia). Nominowany do Nagrody Warto Gazety Wyborczej oraz laureat konkursu na opowiadanie kryminalne Gazety Wrocławskiej. Prywatnie szczęśliwy mąż i ojciec.
GatunekSF

Człowiek, który szedł na solo

« 1 2 3 4 5 »

Łukasz Śmigiel

Człowiek, który szedł na solo

– Kupujemy neseser i ciebie w pakiecie, solisto. Zrobimy z ciebie wielkiego męczennika. Bardzo przydasz się naszej sprawie – powiedział człowieczek z wygoloną do połowy głową i kocimi oczami, który dokładnie w tej chwili podszedł do Hay-Paka i gestem wydał swoim ludziom jakiś rozkaz.
Nie miałem już wątpliwości. To byli Synchroniści – przeciwnicy industrializacji i rozbudowy Miasta, którzy woleli prowadzić koczowniczy tryb życia i walczyli o naturalny, międzyplanetarny porządek rzeczy, do którego ja zupełnie nie pasowałem. Dla nich okazałem się szkodnikiem najgorszego sortu. Jedyne, co mogłem z nimi wynegocjować, to rodzaj śmierci.
Chciałem właśnie wypluć nagromadzoną w ustach krew, kiedy nagle całym budynkiem zatrzęsło tak, jakby tuż obok wylądował prom kosmiczny. Padłem na kolana, a zaraz potem odezwała się artyleria i wszystko dookoła wybuchło.
• • •
Jakiś czas później wciąż jeszcze dzwoniło mi w uszach. Jechaliśmy podziemną koleją, w specjalnym, podtrzymującym życie pancernym wagonie. Wszystko odbywało się tutaj automatycznie, a wagon miał nas dowieźć w jedno miejsce, do stołpu – wieży ostatecznej obrony, bardzo szczególnego budynku, wysuniętego daleko poza linie zabudowań miasta, w głąb terytorium planety. To tam miałem czekać na spotkanie z Chimerą.
– Wimpie – zapytałem, ściskając neseser. – Wiesz, że ty i twoje chłopaki uratowaliście mnie, ryzykując własne życie, właściwie tylko po to, abym za chwilę i tak odwalił kitę? Jestem wam wdzięczny za to, że zabiliście tych skurwieli, ale jeżeli teraz odstawisz mnie do wieży, to kaplica, już nie żyję. Rozumiesz, człowieku?
– Guzik mnie to obchodzi. Stul pysk. – Wimpie popatrzył na mnie spode łba i skrzywił się.
Nieźle oberwał od Synchronistów, którzy bronili się jak zaszczute zwierzęta, którymi zresztą po części byli.
– I przestań nazywać mnie Wimpie. Nazywam się Oskar. Oskar de la Fuentes del Yeda – oznajmił z wyraźną dumą w głosie.
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>
Ilustracja: Rafał Wokacz
– Wiesz, po namyśle… zostanę jednak przy Wimpiem. – Posłałem mu wymuszony uśmiech.
Tymczasem wagon przyspieszył i dotarło do mnie, że przed nami ostatnia prosta. Całą trasę pamiętałem doskonale ze szkolenia, które robili wszystkim potencjalnym solistom.
– Słuchaj – powiedziałem ugodowo. – O co ci właściwie chodzi? Puść mnie! Albo może ucieknijmy razem. Chrzanić to, czego oczekują wojskowi i władze Miasta. Stary, ja chcę żyć!
Twarz Wimpiego nagle poczerwieniała i nie była w stanie ukryć tego nawet jego ciemna karnacja.
– Nie, to ty posłuchaj. – Cedził słowa. – To, czego ty jeden chcesz, czy czego ja chcę, jest bez znaczenia. Masz ocalić Miasto! Masz zrobić swoje i dać innym czas do kolejnych żniw, jasne? Ty i ja się nie liczymy. To jest podbój kosmosu. Tu najważniejszy jest gatunek i jego przetrwanie. Ciesz się, że możesz być częścią tego projektu!
– Och! Cieszę się, skaczę, kurwa, z radości! – wybuchnąłem histerycznym śmiechem. – Mam w dupie projekt i tę kosmiczną gadkę. Karmili mnie tym samym propagandowym gównem, co ciebie. Zastanów się przez chwilę. To nie jest tak, że większość ma zawsze rację! Ile razy w historii ludzkości jeden człowiek górował nad tym pieprzonym tłumem, za który ty każesz mi teraz zdychać? Wieziesz mnie jak na rozstrzelanie. To jest wyrok śmierci! Ten potwór mnie zabije, a ty będziesz musiał z tym żyć, dwulicowy skurwysynu!
Wyrzucałem z siebie słowa w złości, a tymczasem Wimpie zerwał się ze swojego fotela i wymierzył mi siarczysty policzek. Pewnie z chęcią huknąłby mnie z pięści, ale bał się uszkodzić mi twarz. I tak martwił się już tym, że zostałem nieco obity.
– Zamknij się! – krzyknął. – Stul dziób, bo za siebie nie ręczę! Na Ziemi aż za dobrze znałem takich, jak ty. Wywyższająca się klasa, pożal się Boże, wyjątkowych jednostek. Ale tu, bracie, nie jesteśmy na Ziemi. Tu każdy jest, kurwa, równy. W nowym świecie mamy nowe prawa, a stary system pełen egoistycznych, samolubnych indywidualistów możesz sobie wsadzić w dupę! I nie zapominajmy, dlaczego tu jesteś, Smiley. Sprawdziłem twoje oznaczenia w zakodowanych plikach i wiem, że zesłali cię tutaj za morderstwo, geniuszu. Nikt nie żyje sam dla siebie. A ty egzystujesz dla nas i, jeśli będzie trzeba, poświęcisz się za ten, jak go nazwałeś, tłum. Na tym polega bycie solistą. Taką masz rolę do odegrania. Z twoim wykształceniem powinieneś rozumieć to lepiej ode mnie.
Chciałem mu coś niegrzecznie odpowiedzieć, bo bez wojskowego pancerza z doczepioną toną broni wcale nie wyglądał już tak groźnie, ale nagle wagonem zarzuciło i zaczęliśmy ostro wytracać prędkość. Panele osłaniające wnętrze wagonu przed promieniowaniem zmieniły barwę i zobaczyłem żółte wydmy pyłu, który pokrywał tę część planety. Dotarliśmy na miejsce.
– Wimpie, ja wiem, co zrobiłem, ale na litość boską, nie rozumiesz wszystkiego. Nie daj mi, kurwa, zdechnąć tu jak psu. – Ostatnie słowa z trudem przeszły mi przez gardło.
Popatrzył na mnie wściekle.
– Przestań nazywać mnie Wimpie! – ryknął i szarpiąc mną w złości zaczął odpinać krępujące mnie pasy bezpieczeństwa.
• • •
Powiem wam, jakie to uczucie czekać na swój koniec. Niektórzy się załamują i nie potrafią zrobić kompletnie nic, inni szaleją tak bardzo, że po prostu niespodziewanie wpadają na śmierć i to jest finał. A ja? Ja muszę działać, minuta po minucie, cały czas coś robić, choćby nie dawało to absolutnie żadnych szans na ratunek. I tak też zacząłem to rozgrywać zaraz po przyjeździe do wieży.
Wimpie zamknął mnie w stołpie i zabezpieczył możliwość wyjścia. Był z niego kawał gnoja, ale w pewnym sensie go rozumiałem. Wieża pełniła rolę czegoś w rodzaju ołtarza albo, jak kto woli, kamienia ofiarnego – tylko że żaden kapłan nie chciał ze mną zostać i do wielkiego finału musiałem przygotować się sam. Zacząłem działać wedle przećwiczonej procedury, bo swego czasu wszystkich nas tu zabrano i pokazano, co i jak należy robić. Najpierw wstrzyknąłem sobie całą masę chemii, która miała wyostrzyć mi zmysły, wspomóc synapsy, obudzić, ocucić i ochronić przed paraliżującym strachem. Zadziałało, i to szybko. Następnie wyjąłem z szafy specjalny skafander, który miał za zadanie podtrzymywać moje życie, kiedy już będę na zewnątrz. Kombinezon był naprawdę niezwykły. Wyglądał jak wielka, samonapełniająca się tlenem bańka z elastycznego tworzywa, która łączyła się z przylegającymi do ciała bardzo odpornymi spodniami ochronnymi. Bańka posiadała z przodu specjalne gniazdo naszpikowane elektroniką, które miało przydać mi się później, i zapewniała użytkownikowi całkowitą swobodę ruchu od pasa w górę.
Razem ze skafandrem i neseserem wjechałem na ostatnie piętro wieży. Nikt z Miasta się nie odzywał, ale wiedziałem, że mnie widzą oraz słyszą i w każdej chwili mogą odpowiednio zareagować. Pokazałem im międzynarodowy znak nienawiści i dotarłem do śluzy, która po założeniu skafandra i przygotowaniu się na to, co ostateczne, miała wynieść mnie do góry na swego rodzaju pomost skazańca. Potem śluza zamykała się na wszystkie spusty.
Rzuciłem okiem na komputery. Miałem prawo do ostatniej notatki. Napisałem więc, że życzę im wszystkim powolnej, bolesnej śmierci. Popatrzyłem na dane pogodowe. We wnętrzu wieży w ogóle się tego nie czuło, ale burza już tu była. Chimera pojawiła się niczym wygłodniały smok i, jak zobaczyłem na ekranach wizjera, pustoszyła właśnie wschodnią część najbliższego pasma żółtych i pomarańczowych wydm. Tak przy okazji – ktoś miał niezły pomysł, żeby nazwać to coś Chimerą. Pierwsze spotkanie z nią, jakieś trzydzieści ziemskich lat temu, było sporą niespodzianką dla ówczesnych kolonistów. Zaludnianie nowych planet opiera się na zdobytej wcześniej wiedzy na temat tego, jak to robić (bo w końcu na kilka planet już dolecieliśmy), na pewnych przypuszczeniach i symulacjach oraz na reagowaniu na to, czego przewidzieć się nie da. Z początku burze na Keplerze-10 nikogo nie dziwiły. Kilka nawet zbadano i wyniki niczego niepokojącego nie wykazały. To, że w czasie misji bezzałogowych znikło kilka sond badawczych, także nie świadczyło jeszcze o niczym niezwykłym. Dlatego kiedy pierwsza ludzka osada została zmieciona przez Chimerę, ludzie byli bardziej niż zaskoczeni i nikt nie wiedział, co właściwie się stało. Zdumienie było tak duże, że zrujnowanie osady uznano po prostu za wypadek, a już z całą pewnością nikt nie doszukiwał się w tym wszystkim ingerencji nieznanej, obcej siły. I było tak dopóki nie zostały zburzone dwie kolejne osady. Wtedy korporacja inwestująca w działania na Keplerze-10 mocno się zdenerwowała. Sztab jajogłowych zastawił pułapkę na tajemniczą anomalię pogodową, ale ona także została zniszczona, i wtedy nastąpił przełom. Ludzie zrozumieli, że z czymkolwiek mają do czynienia, nie jest to pozbawiona inteligencji burza czy tornado. Chimera okazała się tak bardzo obca, że nie potrafiliśmy jej zrozumieć. Ale jedno było pewne – to coś naprawdę żyło. Żadna forma kontaktu się nie powiodła. Nic nie dały ataki bronią konwencjonalną ani niekonwencjonalną. Chimery nie można było sklasyfikować genetycznie, ani nie dało się przewidzieć jej kolejnych ruchów.
« 1 2 3 4 5 »

Komentarze

20 VII 2019   21:00:15

Fajne, podobało mi się :)

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Umowa
Elżbieta Leszczyńska

10 IV 2021

Bóg podrapał się w głowę. Targały nim sprzeczne uczucia. Kusiła go gra z diabłem, a równocześnie pragnął jak najszybciej usunąć popełnione przy tworzeniu ludzkich istot błędy.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Za górami, w tym samym lesie
Ewa Kajtoch

27 III 2021

Idę po zakupy wspomagając się balkonikiem. Udaje mi się dojść, a wrócić do domu pozwalają mi jakieś dziewczynki z osiedla. Całej portmonetki nie zabrały, ale pięćdziesiąt złotych musiałam oddać.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Gwiezdne wojny: Druga szansa
Magdalena Stawniak

20 II 2021

Facet utkwił w nim badawczy wzrok, aż zrobiło mu się nieswojo. Ale dzięki temu przestał płakać. Oficer skinął dłonią zachęcając go do podejścia bliżej. Chętnie to zrobił, bo nie musiał już więcej patrzeć na zwłoki.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.