Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 17 czerwca 2021
w Esensji w Esensjopedii

Łukasz Śmigiel
‹Człowiek, który szedł na solo›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorŁukasz Śmigiel
TytułCzłowiek, który szedł na solo
OpisŁukasz Śmigiel (ur. 1982) – Autor powieści (m.in. „Decathexis”, „Muzykologia”) i zbiorów opowiadań („Mordercy”, „Demony”). Publikował m.in. w Nowej Fantastyce, Magii i Mieczu, Science Fiction Fantasy & Horror, Magazynie Fantastycznym, Sferze, Ubiku, Alfred Hitchcock poleca, a także w tytułach niefantastycznych: Przekrój, Gazeta Wrocławska, Polska Times, Tygiel Kultury. Dziennikarz radiowy (m.in. Radio Wrocław, Radio Wrocław Kultura, Traffic FM, Radio Copernicus), który specjalizuje się w wywiadach z pisarzami. Na co dzień pracownik Instytutu Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej UWr (Zakład Form Literackich i Dziennikarskich prof. Stanisława Beresia). Nominowany do Nagrody Warto Gazety Wyborczej oraz laureat konkursu na opowiadanie kryminalne Gazety Wrocławskiej. Prywatnie szczęśliwy mąż i ojciec.
GatunekSF

Człowiek, który szedł na solo

« 1 2 3 4 5 »

Łukasz Śmigiel

Człowiek, który szedł na solo

Pewne było tylko jedno, że prędzej czy później, w czasie pory suchej, Chimera odwiedzi kolejne ludzkie miasto i nic z niego nie zostawi. Bezradna korporacja miała już się wycofać z projektu zaludniania żółtej planety, kiedy nagle przez przypadek niejakiemu Emilio Sandovalowi udało się niespodziewanie porozumieć z potworem. Nie żeby Emilio przeżył to spotkanie, nic podobnego, ale to właśnie dzięki jego przypadkowemu odkryciu zrobiono pierwszy krok na drodze do opracowania systemu obronnego. A podstawą tego systemu, przynajmniej chwilowo, byłem właśnie ja…
• • •
Zdjąłem wszystkie zabezpieczenia i powoli otworzyłem neseser, nucąc pod nosem Rodgersa & Harta. Patrzyłem przez moment w zadumie na jego zawartość, po czym wyjąłem z niego Marie Estelle – moją ukochaną mosiężną trąbkę. Przeczyściłem ustnik. Z przyzwyczajenia pogmerałem trochę przy regulacji na głównej pętli, aż wreszcie przyłożyłem moją śliczną do ust i zagrałem na próbę. Najpierw krótko i łagodnie. Opuściłem Marie, mimowolnie uśmiechnąłem się, znowu ją uniosłem i zagrałem już dłużej, bardziej ostro i wibrująco. Ogarnęło mnie zadowolenie i poczucie spełnienia. To było całe moje życie. Jedna jedyna chęć, potrzeba i uzależnienie, z którego nie potrafiłem nigdy na długo zrezygnować, niezależnie od tego, dokąd zagnało mnie przeznaczenie i naturalna skłonność do pakowania się w kłopoty.
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>
Ilustracja: Rafał Wokacz
Los jest nieszczęśliwy, jeśli przez dłuższy czas nie namiesza w czyimś życiorysie, a pechowo dla mnie okazało się, że mój talent i umiejętności mogą w dość niezwykły sposób przydać się na Keplerze-10. Muzyka, i to nie byle jaka, dawała bowiem jedyną możliwość na porozumienie się z Chimerą. Czymkolwiek był ten potwór, reagował na dźwięki niektórych instrumentów. Z czasem okazało się, że szczególnie mocno upodobał sobie trąbki, najbardziej tę grające o oktawę niżej. Naukowcy spierali się w sprawie wyjaśnienia tego fenomenu. Najprawdopodobniej chodziło o jakiś rodzaj wibracji, albo o specyficzne szumy, których ludzkie ucho nie słyszało, a które miały znaczenie dla Chimery. Ale, żeby naukowcy nie mieli tak różowo i tak prosto – grając, nie dało się ze stworem porozmawiać. Nic z tych rzeczy. Można było jedynie w jakiś niezwykły sposób ją zaintrygować, zahipnotyzować, niczym kobrę, a przy tym zatrzymać ją i… nakarmić. Finał koncertu był zawsze smutny. Koniec końców, choćby nie wiem co, potwór zabierał każdego solistę i odchodził. Oczywiście, nasze ukochane Miasto pozostawało nienaruszone. Kolonia trwała i dbała o rozbudowę obozu karnego, do którego sprowadzano wszystkich utalentowanych muzycznie przestępców. Pomijając zagrożenie ze strony Synchronistów – walczących o to, aby człowiek nie ingerował zbyt mocno w naturalne środowisko Keplera-10 i martwiących się o Chimerę bardziej niż o Miasto – mogliśmy tu sobie całkiem przyjemnie żyć. Nagle jednak przychodził dzień, w którym ślepy los skracał nam wyrok, przybrane tożsamości przestawały mieć znaczenie i wysyłano nas na misję pozwalającą odkupić nasze winy. Ten, kto przeżył, miał być uniewinniony. Kłopot w tym, że nikt nie wiedział, co się stało z solistami z poprzednich sezonów. Aparatura jajogłowych w pewnym momencie po prostu przestawała rejestrować ich czynności życiowe. System był pełen dziur i pytań bez odpowiedzi, a do jego stworzenia przyczynił się legendarny wypadek Arturo Sandovala – romantycznego muzyka, artysty i kretyna w jednej osobie, którego potwór pożarł już dobrych kilkanaście lat temu. Arturo, kolonista z czasów trzeciego zrzutu, kiedy to na chwilę wstrzymano budowę Miasta, a ludność trzymano w fatalnie zorganizowanych, mobilnych karawanach, zapragnął któregoś dnia znowu sobie pograć. W tym celu wymknął się z obozu i wyruszył na żółte wydmy, aby mieć święty spokój i spróbować bez pośpiechu przetestować przystosowany do gry na trąbce skafander własnego projektu. Uroczy obrazek – artysta na obcej planecie, z trąbką, pośród nieustannie poruszanego wiatrem żółto-pomarańczowego pejzażu. Chcąc zaprezentować nagranie żonie, Sandoval rejestrował swój eksperyment od początku do smutnego końca. O dziwo – przerobiony skafander zadziałał, a podniecony Arturo tak bardzo wkręcił się w jakąś improwizację pomiędzy jednym, a drugim standardem, że nawet nie zauważył przybycia burzy. Jakiś czas później znaleziono jego recorder, a dokładnie przeanalizowane nagranie dało jajogłowym mocno do myślenia. I pomyśleć, że Wimpie wątpił we wpływ jednostek na historię świata…
Piskliwy sygnał wysłany przez bazę wyrwał mnie z zamyślenia. Nałożyłem górną część skafandra. Sprawdziłem ulepszone gniazdo nagłośnieniowe pomysłu Sandovala, jeszcze raz pogratulowałem sobie wszystkich złych decyzji w życiu, na wszelki wypadek przekląłem także Wimpiego, i wszedłem do śluzy. Migające światła alarmowe podpowiadały, że to już czas. Ręce obserwatorów z Miasta, którzy mogli zadać mi zdalnie potworny ból w razie nagłej rezygnacji z misji, odsunęły się od czerwonych przycisków.
Na zewnątrz panowała – dosłownie – cisza przed burzą. Słońce Keplera-10 świeciło wyjątkowo pięknie i mocno. Wpiąłem buty skafandra w podstawę wieży, wyniesiony teraz dziesiątki metrów ponad żółto-pomarańczową pustynię. Nie będę łgał. Widok był przepiękny. Zupełnie, jakbym patrzył na dno jakiegoś bajkowego, wyschniętego oceanu. Przez chwilę po prostu ściskałem trąbkę w rękach i podziwiałem widoki. Do przytomności przywrócił mnie dopiero wyraźnie podenerwowany głos, który odezwał się w skafandrze.
– Obywatelu Smiley, Miasto wierzy w powodzenie twojej misji – zapierdziało w głośniku. – Zaczynaj, Smiley, to już idzie.
I rzeczywiście, kątem oka dostrzegłem, że jedną z wydm na lewo od wieży zakrył nagle cień. Rzuciłem ostatnim przekleństwem i na początek zacząłem grać Summertime, bo Gershwin zawsze pomagał mi w trudnych chwilach. Wyobraziłem sobie, że to mój ostatni występ, więc grałem agresywnie i nowocześnie. Krew uderzała mi do głowy. Płuca przypomniały sobie, że jest robota do zrobienia. Tymczasem dookoła mnie zerwał się wiatr. W kilku miejscach zatańczyły wiry z przypominającego konsystencją popiół, pożółkłego pyłu. To, co się zbliżało, sprawiało wrażenie rozmytej, to znów nabierającej ostrości, bardzo nisko zawieszonej burzowej chmury. Nie było wiadomo, skąd się wzięła, ale kiedy na moment traciła kształty, zdawała się idealnie wpasowywać w krajobraz. Niczym owad kamuflujący się na pniu drzewa. W środku chmury coś nieustannie się poruszało. Trochę jak ławica ryb, które, wykonując kolejne manewry, pojawiały się i znikały, chwilami wręcz niezauważalne dla ludzkiego oka. Grałem dalej z przymrużonymi oczami. Wiatr przybierał na sile i szarpał górną częścią mojego skafandra. Odsłuch pompował mi muzykę wprost do czaszki. Miałem nadzieję, że skurwysyny z Miasta wszystko dobrze słyszą i nieźle się bawią. Tymczasem Chimera przesłoniła niebo i nagle wszystko dookoła pociemniało. Zupełnie znienacka słońce Keplera-10 znikło, a wieżę spowiło coś jakby welon czarnej materii, niepodobnej do niczego, co widziałem w życiu. Wrażenie było takie, jakbym znalazł się w środku wiru, który zatrzymał czas. Z Summertime przeszedłem do Someone to Watch Over Me, ale z podkręconym tempem. Masa obecna wszędzie dookoła gęstniała, zmieniając swoją strukturę. Otaczała już szczelnie całą wieżę i powoli zbliżała się w moją stronę. Wreszcie zaczęła mnie pochłaniać, jakbym znalazł się w zalewanym wodą pojemniku. Czułem delikatny nacisk na skafander, aż wreszcie Chimera przysłoniła mi wszystko. Co ciekawe, dźwięk w odsłuchu wcale się nie zmienił. W tajemniczy sposób zostałem wypięty z mocowań trzymających moje stopy i uniesiony w górę.
Bałem się. Bałem się potwornie, ale nie przestawałem grać. Porzuciłem Someone… i krótkim bridgem przeszedłem do Love is Here to Stay. Jeżeli wcześniej nie za bardzo wiedziałem, co to znaczy, że ktoś gra rozpaczliwie, to teraz z mojej muzyki przebijała jedna wielka rozpacz. Miałem wrażenie, że im bardziej się staram, tym gorzej mi wychodzi.
« 1 2 3 4 5 »

Komentarze

20 VII 2019   21:00:15

Fajne, podobało mi się :)

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Kości dla trupokupca
Magdalena Świerczek-Gryboś

15 V 2021

Chłopak zachwycony motorem wzdrygnął się i zwrócił uważne spojrzenie na mnie. Nawet przez szkła maski zwykły człowiek dostrzegłby, jak zaszlamione ma oczy. Wróżka podeszła jeszcze dwa kroki. Odsłoniła twarz. Zalane krwią gałki w zapadniętej twarzy. Sczerniałe usta. Była całkiem śliczna, taka wyjedzona.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Umowa
Elżbieta Leszczyńska

10 IV 2021

Bóg podrapał się w głowę. Targały nim sprzeczne uczucia. Kusiła go gra z diabłem, a równocześnie pragnął jak najszybciej usunąć popełnione przy tworzeniu ludzkich istot błędy.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Za górami, w tym samym lesie
Ewa Kajtoch

27 III 2021

Idę po zakupy wspomagając się balkonikiem. Udaje mi się dojść, a wrócić do domu pozwalają mi jakieś dziewczynki z osiedla. Całej portmonetki nie zabrały, ale pięćdziesiąt złotych musiałam oddać.

więcej »

Polecamy

Wkrótce

zobacz na mapie »
Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.