Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 15 października 2019
w Esensji w Esensjopedii

Łukasz Śmigiel
‹Człowiek, który szedł na solo›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorŁukasz Śmigiel
TytułCzłowiek, który szedł na solo
OpisŁukasz Śmigiel (ur. 1982) – Autor powieści (m.in. „Decathexis”, „Muzykologia”) i zbiorów opowiadań („Mordercy”, „Demony”). Publikował m.in. w Nowej Fantastyce, Magii i Mieczu, Science Fiction Fantasy & Horror, Magazynie Fantastycznym, Sferze, Ubiku, Alfred Hitchcock poleca, a także w tytułach niefantastycznych: Przekrój, Gazeta Wrocławska, Polska Times, Tygiel Kultury. Dziennikarz radiowy (m.in. Radio Wrocław, Radio Wrocław Kultura, Traffic FM, Radio Copernicus), który specjalizuje się w wywiadach z pisarzami. Na co dzień pracownik Instytutu Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej UWr (Zakład Form Literackich i Dziennikarskich prof. Stanisława Beresia). Nominowany do Nagrody Warto Gazety Wyborczej oraz laureat konkursu na opowiadanie kryminalne Gazety Wrocławskiej. Prywatnie szczęśliwy mąż i ojciec.
GatunekSF

Człowiek, który szedł na solo

1 2 3 5 »
Powiem wam, jakie to uczucie czekać na swój koniec. Niektórzy się załamują i nie potrafią zrobić kompletnie nic, inni szaleją tak bardzo, że po prostu niespodziewanie wpadają na śmierć i to jest finał. A ja? Ja muszę działać, minuta po minucie, cały czas coś robić, choćby nie dawało to absolutnie żadnych szans na ratunek. I tak też zacząłem to rozgrywać zaraz po przyjeździe do wieży.

Łukasz Śmigiel

Człowiek, który szedł na solo

Powiem wam, jakie to uczucie czekać na swój koniec. Niektórzy się załamują i nie potrafią zrobić kompletnie nic, inni szaleją tak bardzo, że po prostu niespodziewanie wpadają na śmierć i to jest finał. A ja? Ja muszę działać, minuta po minucie, cały czas coś robić, choćby nie dawało to absolutnie żadnych szans na ratunek. I tak też zacząłem to rozgrywać zaraz po przyjeździe do wieży.

Łukasz Śmigiel
‹Człowiek, który szedł na solo›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorŁukasz Śmigiel
TytułCzłowiek, który szedł na solo
OpisŁukasz Śmigiel (ur. 1982) – Autor powieści (m.in. „Decathexis”, „Muzykologia”) i zbiorów opowiadań („Mordercy”, „Demony”). Publikował m.in. w Nowej Fantastyce, Magii i Mieczu, Science Fiction Fantasy & Horror, Magazynie Fantastycznym, Sferze, Ubiku, Alfred Hitchcock poleca, a także w tytułach niefantastycznych: Przekrój, Gazeta Wrocławska, Polska Times, Tygiel Kultury. Dziennikarz radiowy (m.in. Radio Wrocław, Radio Wrocław Kultura, Traffic FM, Radio Copernicus), który specjalizuje się w wywiadach z pisarzami. Na co dzień pracownik Instytutu Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej UWr (Zakład Form Literackich i Dziennikarskich prof. Stanisława Beresia). Nominowany do Nagrody Warto Gazety Wyborczej oraz laureat konkursu na opowiadanie kryminalne Gazety Wrocławskiej. Prywatnie szczęśliwy mąż i ojciec.
GatunekSF
„You can never tell what’s in a man’s mind
And if he’s from Harlem, there’s no use of even tryin’
Just like the tide, his mind comes and goes
Like March weather, when he’ll change
Nobody knows, nobody knows”
Harlem Blues
Uciekałem z Miasta, ale po drodze postanowiłem zajrzeć do mojej dziewczyny i pożegnać się jak należy. Wredna, mała jędza. Najwyraźniej już wcześniej planowała rozstanie ze mną, bo nakryłem ją z innym. Mieli strasznego pecha – po pierwsze dlatego że w ogóle ich przyłapałem, a po drugie, akurat teraz bardzo pasowała mi rola porywczego, zdradzonego chłopaka, który wpada w niekontrolowany szał. Z tego też powodu, kiedy tylko wszedłem do apartamentu, zrobiło się nieprzyjemnie.
Kochanek Tess próbował coś powiedzieć pomiędzy kolejnymi ciosami, jakie mu zadawałem, ale niewiele rozumiałem z jego tłumaczenia. Z początku było to coś na kształt dość rozpaczliwie wycharczanego: „Mhm-Mjah-jaja-aaaaa!”, a później głos zupełnie mu się urwał. Ścisnąłem go za nos, żeby otworzył szerzej gębę i wcisnąłem mu do japy pół kubełka kostek syntetycznego lodu, którym się zabawiali. Tess chciała wiać, ale zdecydowanie ją powstrzymałem.
– Nawet się nie waż, jeszcze nie – syknąłem do mojej byłej, a ona gołym tyłkiem klapnęła z powrotem na wibrujący uzdatniacz powietrza.
Tak właśnie ich zastałem. Uzdatniacz się trząsł, Tess wzdychała, a pan Mam-cholernego-pecha-że-dymam-nie-swoją-kobietę popychał ją jak dobrze naoliwiona maszyna. Pogratulowałem mu w myślach kondycji, ale dupek najpewniej miał po prostu jakieś wszczepy. Ja na przykład nigdy nie lubiłem ulepszeń i sam byłem w stu procentach analogowy.
– Fhsssss – wydusił z siebie pechowiec, jednocześnie wybałuszając na mnie oczy. Z ust ciekła mu ślina. Najwyraźniej lód miał w sobie domieszkę jakiegoś mającego ich pobudzać narkotyku.
Przytknąłem facetowi do skroni wojskowy komunikator, za pomocą którego łączyli się ze mną ludzie z dowództwa. Powiedziałem mu, że to broń, i że już wcześniej zabijałem, więc nie zawaham się jej użyć. Widziałem po jego oczach, że mi uwierzył.
– Tessa… – syknąłem, przenosząc teraz całą uwagę na moją ukochaną. – Mów natychmiast, gdzie to jest?! Gadaj, albo ciebie też nafaszeruję tym lodem, tylko od dupy strony!
– Rzeźnik! Zaniosłam to Rzeźnikowi! – Natychmiast wybuchnęła płaczem.
Poczułem się jak frajer.
– Zaniosłaś mój neseser do Rzeźnika?! Boże, Tess. Zostawiłem ci na przechowanie jedną rzecz. W dodatku najważniejszą pamiątkę po ojcu, a ty przehandlowałaś ją za żarcie? I jeszcze nie jadłaś tego ze mną, bo przecież zaraz bym się domyślił…
Popatrzyłem na umęczoną minę jej fagasa.
– No nie… On żarł moje mięso?!
Nerwy mi puściły. W końcu wszystko ma swoje granice. Wściekły kopnąłem kochanka Tess w krocze i ogłuszyłem go bombą prosto w skroń, eliminując gnojka z dalszej gry. Z nią musiałem jednak zrobić coś innego. Nie miałem zamiaru bić Tess, lecz nie mogłem też po prostu zostawić jej w spokoju. Narobiłaby za dużo zamieszania i zbyt szybko naprowadziłaby wojskowych na mój trop. Zajęło mi to chwilę, ale poszperałem trochę w szafkach i znalazłem, co trzeba. Wyłączyłem ją bezboleśnie – nielegalnie przerobionym plastrem przeciwbólowym, który zawierał przenikającą przez skórę, obezwładniającą substancję.
Wreszcie musiałem zadbać o siebie, wykorzystując z kolei moje techniczne talenty. Przeprogramowałem nieco tanie, krawieckie nanoboty Tess i pozwoliłem im wejść pod swoją lewą łopatkę. Maleństwa miały za zadanie znaleźć i unieszkodliwić ukrytą we mnie wojskową pluskwę, a po wszystkim zatrzymać ewentualny krwotok i pięknie mnie zaszyć. To ostatnie wyszło im akurat najładniej, bo chwilę przed tym, jak zemdlałem, zobaczyłem w lustrze, że zostawiają mi na plecach swędzącą pamiątkę w postaci wyjątkowo zgrabnego ściegu typu zig-zag.
• • •
Wizyta u Tess jedynie utwierdziła mnie w przekonaniu, że zapowiadał się wyjątkowo paskudny dzień, który na dodatek nieprędko miał się skończyć. Różowe słońce płonące nad Keplerem-10, na którym obecnie mieszkałem, zachodziło bowiem dopiero za dwadzieścia godzin. Tymczasem, zanim jeszcze minęła druga godzina od wschodu, moje problemy już przybrały rozmiary klęski żywiołowej.
Zacznijmy od tego, że w koszarach wylosowałem „szczęśliwą” kartę solisty, co oznaczało śmierć poprzez udział w samobójczej misji, z której nie można było zrezygnować. Zaraz potem postanowiłem się upić w kantynie, czego pilnujący mnie żandarmi nie mogli mi zabronić, bo wraz z etatem solisty zyskiwałem także pewne przywileje. Oczywiście, wojskowi uważali, iż misja nie jest samobójcza. Ich zdaniem zawsze istniała jakaś szansa, że jednak przeżyję. Być może stracę przy tym rozum, a oni zamkną mnie w miejscu, z którego istnienia nawet nie będę zdawał sobie sprawy, ale przeżyję.
Westchnąłem, bo wszystko to po prostu nie wyglądało za dobrze. Na szczęście w obliczu problemów nigdy nie wpadałem w panikę. Zamiast tego wolałem szukać rozwiązania. Zawdzięczałem to mieszance genów od moich rodziców. Mózg miałem w dziewięćdziesięciu procentach po mamie, chłodny, analityczny i nastawiony na myślenie o przetrwaniu. Pozostałe dziesięć procent dostałem po tacie. Ta cząstka mnie była z kolei twórcza, trudna do opanowania, ale, co ważniejsze, podpowiadała mi, jak improwizować nawet w krytycznych sytuacjach.
Pewnie dlatego dotarło do mnie, że muszę pryskać z Keplera-10, zanim jeszcze dokładnie wykombinowałem, jak to zrobię. Kłopot polegał na tym, iż niełatwo było uciec z planety oddalonej od Ziemi o osiemdziesiąt lat świetlnych. W dodatku na Alfie istniało tylko jedno niewielkie, zamknięte pod kopułą miasto. A wyjście poza bezpieczny obszar bez specjalistycznego sprzętu i skafandra oznaczało śmierć.
Wiedziałem, że wojskowi brali pod uwagę typowe dla mnie trudne do przewidzenia zagrania, dlatego postanowiłem, że najpierw ich uspokoję i naprowadzę na pewien spodziewany schemat mojego działania. Jeszcze w kantynie udałem, że dokumentnie się upijam. Później, faktycznie na częściowej bombie, wybrałem się do Tess, aby myśleli, iż pragnę się z nią ciepło i wylewnie pożegnać. Tak naprawdę chciałem się jednak uwolnić od wojskowej pluskwy i przydzielonego mi opiekuna. Kiedy tylko zobaczyli, że się urżnąłem, dali mi do ochrony sierżanta Wimpiego. Wimpie był młody, pochodził z ostatniego transportu kolonistów, więc brakowało mu doświadczenia, ale na moje nieszczęście jajogłowi naszpikowali go software’owymi i hardware’owymi ulepszeniami. Gdyby wpadł w szał bojowy, mógłby bez trudu pokonać cały oddział zwykłych żołnierzy, a mnie zgnieść jak robala. Nadajnik, który informował Wimpiego o mojej pozycji, zaszyłem jednak w ciele nieprzytomnego kochasia Tess i w ten właśnie sposób wyprowadziłem młodego sierżanta w pole.
• • •
Teraz miałem do zrobienia coś dużo bardziej ryzykownego. Musiałem odzyskać neseser taty, a to oznaczało wizytę u Rzeźnika. Martwa Natura, bo tak nazywał się jego klub, słynęła jako jedyne miejsce w całym Carson City One, w którym można było kupić mięso z autentycznej hodowli. Międzyplanetarny chów zwierząt to nie jest prosta ani tania sprawa. Większość mięsa, jakie tu dostajemy, to niby-mięso zrobione z jakiegoś roślinnego gluta, albo też sztucznie stworzone białko, które trzyma się w specjalnym żelu i później stopniowo dokłada do niego mięśnie i tłuszcz. Ostatecznie, a proces trwa dłuższą chwilę i często się zdarza, że hodowla pada bez wyraźnej przyczyny, otrzymany w ten sposób kotlet smakuje niemal jak prawdziwy. Tak więc wyłącznie w Martwej Naturze można było dostać stek z krowy, którą rzeczywiście wyhodowano w Carson City. Na dodatek, z racji nieograniczonego dostępu do darmowego substytutu żarcia, dostarczanego przez korporację inwestującą w eksplorację Keplera-10, Martwa Natura była także jedynym miejscem, w którym płaciło się za jedzenie. Jednakże pieniędzy właściwie tu nie używano i dlatego Rzeźnik dostawał najróżniejsze fanty w zamian za swoje steki. A tanio w Martwej nie było. Nie chciałem nawet myśleć o tym, za ile Tess przehandlowała mój neseser. Musiałem odzyskać go za wszelką cenę.
Do lokalu dostałem się od strony gnojownika. Niestety, jak to zwykle bywa, niezwykłe rozwiązania wymagają maksymalnego poświęcenia. Musiałem działać szybko, bo Wimpie, głupi czy nie, mógł już z powrotem być na moim tropie i zmobilizować do pomocy cały garnizon. A poruszenie w szeregach wojskowych ściągnęłoby uwagę kogoś, kto chciałby zrobić mi krzywdę. Przyznaję, że lista chętnych była długa i nie chciałem jeszcze bardziej ryzykować.
1 2 3 5 »

Komentarze

20 VII 2019   21:00:15

Fajne, podobało mi się :)

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Chleb
Iwona Michałowska

5 X 2019

Pożyczam bułkę ze straganu Kodiego. Jutro i tak nikt jej nie kupi. Żuję. Rozalia mówi, że jego pieczywo ma smak. Kogo obchodzi smak? Chleb ma wypełnić żołądek. Bułka trochę cierpka, jakby dodał do niej jakiejś goryczki. Wieje coraz mocniej, na wszelki wypadek zwijam daszki straganów. Siostra Kodiego jest dość odporna, a jednak już poszła. On pewnie też byłby odporny, gdyby nie ta blizna. Zranił go brat, nim odszedł z wiatrem. Tym samym, który zabrał moją matkę.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Sörensen
Bartek Szumowski

24 VIII 2019

A dla mnie to definicja życia. Tysiące poranków, kiedy powtarzamy sobie, że tym razem musi być dobrze. Setki przedmiotów, które teraz na pewno będą warte wydanych na nie pieniędzy. Książkowe ścierwo, które wystarczyło zareklamować jako literackie odkrycie, a je kupiliśmy. Pracodawcy, którzy mają nie wyjść na tych, co widzą w podwładnych niewolników, i pracownicy, którzy przecież nie mogą być przygłupami od A do Z. Przyjaźnie zawiązywane, bo niemożliwe, żeby wszyscy okazywali się na końcu (...)

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Wędrowiec
Jakub Sobalski

10 VIII 2019

Kiedy właściciel przybytku mnie zobaczył, pobladł cały. Chciał coś rzec, ale z rozdziawionych ust wyszło tylko „yhym”. Spojrzałem na niego z pogardą. Wskazałem mu palcem na tylne wyjście. Cofnął się, drążącymi rękoma odciągnął rygiel i wypadł na mróz w samej koszuli.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.