Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 21 kwietnia 2019
w Esensji w Esensjopedii

Adrianna Filimonowicz
‹Demony Witkacego›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAdrianna Filimonowicz
TytułDemony Witkacego
OpisRocznik 1990, absolwentka ekonomii. Miłośniczka fantastyki, wieloetatowa „mistrzyni gry”, rzadko przebywająca myślami w normalnej rzeczywistości. Kocha taniec (od towarzyskiego, przez rock’n’roll po flamenco), sport i wędrówki po Tatrach. Debiutowała w 2012 roku w „Science Fiction, Fantasy i Horror” opowiadaniem „Drzewo”.
Gatunekgroza / horror

Demony Witkacego

1 2 3 »
„Porażenie piorunem na Giewoncie! Siedem osób nie żyje!” – tak miały brzmieć nagłówki z tego dnia. Ale koszmarem nie był los tych, którym seria błyskawic odebrała życie, lecz tych, którzy przeżyli.

Adrianna Filimonowicz

Demony Witkacego

„Porażenie piorunem na Giewoncie! Siedem osób nie żyje!” – tak miały brzmieć nagłówki z tego dnia. Ale koszmarem nie był los tych, którym seria błyskawic odebrała życie, lecz tych, którzy przeżyli.

Adrianna Filimonowicz
‹Demony Witkacego›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAdrianna Filimonowicz
TytułDemony Witkacego
OpisRocznik 1990, absolwentka ekonomii. Miłośniczka fantastyki, wieloetatowa „mistrzyni gry”, rzadko przebywająca myślami w normalnej rzeczywistości. Kocha taniec (od towarzyskiego, przez rock’n’roll po flamenco), sport i wędrówki po Tatrach. Debiutowała w 2012 roku w „Science Fiction, Fantasy i Horror” opowiadaniem „Drzewo”.
Gatunekgroza / horror
Pierwszy raz zobaczyłam to, gdy odebrało mi brata. Choć wedle lekarzy Mikołaj był jednym z nielicznych szczęśliwców, którzy przeżyli porażenie piorunem, ja wiedziałam, że go straciłam… Może gdyby stało się to gdziekolwiek indziej w Tatrach, nie u wejścia do Zawratowego Żlebu, nic bym nie dostrzegła. Ale wtedy na twarzy Matki Boskiej, obserwującej nas ze ściany Zawratowej Turni, zobaczyłam obrzydzenie i zgrozę. Mój brat, którego siła gromu powaliła na ziemię i wcisnęła między piargi, ruszał się i patrzył na mnie płonącymi oczami. A ja chwilę wcześniej – z perspektywy mojego schronienia między skałami, uczepiona łańcucha – widziałam, jak piorun wyrywa mu duszę. Coś, co wtłoczył w jej miejsce odbijało twarz w pędzących w dół kaskadach wody. Twarz nieludzką, o poszarpanych rysach, równocześnie ostrych i niby stworzonych z topiącego się materiału. Oleiście żółtą, z oczami wyłonionymi z tła szarością i granatem. Nieludzkie oblicze uśmiechało się kpiąco do mnie, jakby chciało zatuszować żałość tkwiącą w rysach.
• • •
– Wzięli ich oboje? – Krystyna oblizała z ust piankę z cappuccino i uśmiechnęła się, odsłaniając bielusieńkie zęby.
Piotr Rakoń pokręcił głową. Jego zamokła kurtka i plecak obwieszony taternickim sprzętem leżały na podłodze niczym kolejny element przyszłej scenografii – między ustrojoną sztucznym bluszczem huśtawką Nerona a stłoczonymi w kącie szafami odgrywającymi góry w sztuce „Na przełęczy”.
– Żadnemu nie podobała się ta dziewczyna. Durnie. Szkoda burzy.
– Aj tam. Będą następne. Jest lipiec. – Zaśmiała się. – Wiesz, nie wszyscy mają od razu takie szczęście, jak ty. Ja się mocno zastanawiałam, czy ta dziewczyna się nadaje, gdy przyszła moja kolej.
– Żartujesz? Aktoreczka? Można źle trafić? Zresztą dla ciebie chyba…
– Ach, żebyś wiedział. Taka skromna, zahukana!
– Jakaś ty wybredna… Ech, kobiety.
– Pomyśl, kim byś musiał się otaczać, gdybyśmy nie były wybredne – zaśmiała się Krystyna delikatnie poprawiając dekolt, by lepiej prezentował niewielkie, ale zgrabne piersi. – Jesteś TOPR-owcem, to chyba wiesz, co się czasem trafia.
Wzruszył ramionami.
– Ta by się nadała. Nadwrażliwa jakaś. Od razu zobaczyła.
Krystyna zmrużyła oczy i wyprostowała się sztywno na krześle. Ułożone starannie loki zafalowały nad jej chudymi ramionami. Twarz lekko się wydłużyła, oczy nabrały paradoksalnego, niewinnie prowokującego blasku, skóra przybrała barwę starego, przybrudzonego papieru. Kobieta sięgnęła po papierosa ruchem arystokratki. I nic nie przeszkadzało, że pali viceroye. Zaciągnęła się.
– Oj, to niedobrze – wyszeptała zza kłębu gryzącego dymu.
– Spokojnie, spokojnie. – Piotr odchylił się i spojrzał na sufit. – Szkoda mi jej było tak od razu. Ma ujmujące imię…
– Imię?
– Nina. Sama przyznasz – puścił kobiecie oko. – Może jeszcze po „balu w kościele” będzie szansa ją złapać.
Oboje wybuchnęli ostrym śmiechem.
• • •
Siódma czterdzieści dziewięć. Pociąg wtoczył się na stację z lekkim opóźnieniem. Elwira już od Poronina wyczekiwała tego momentu niemalże przyklejona do szyby w drzwiach. Chwytała głęboko powietrze, ale smród z toalety na końcu wagonu zagłuszał wszelkie inne wonie. Wreszcie! Otworzyła drzwi i wyskoczyła na zalany słońcem peron. Powietrze było ciężkie – wśród zakopiańskiego smogu czaiła się burza. Kobieta przymknęła oczy, przeszła parę kroków i otworzyła je dopiero, gdy pociąg został za nią. „Boże, jak dobrze!” – pomyślała, wpatrując się z dziwną euforią w zatłoczone rondo przed dworcem.
Ale Bóg nie miał z jej stanem nic wspólnego. Ruszyła dziarskim krokiem na Jagiellońską. Czekał ją kawał drogi na Antałówkę, ale wart każdego kroku. Demonica w jej sercu tańczyła ze szczęścia, fikała koziołki i śmiała się w głos. Po miesiącach marazmu czuła wreszcie zakopianinę płynącą w żyłach młodej turystki. Karmiła się jej euforią.
„To teraz najkrótszą drogą do pensjonatu…”
Och nie! Nie! Nie! Nie! Najpierw chociaż na Gubałówkę, tak, na Gubałówkę. Spojrzeć na grań, zanim schowa się w chmurach. Zachłysnąć się swoją małością, przedrzeć się przez naćpany Tatrami tłum. Och, jakże miło było wrócić do swoich, patrzeć na ten niesamowity gatunek człowieka, jakim był zakopiańczyk. A wieczór… Tak, będzie najlepszy. Zaszaleć, nim przyjdzie melancholia po pierwszej samotnej wyprawie. Elwira szła ulicami jak pijana. Jej twarz – uśmiechnięta, ale zdradzająca napięcie – przyciągała spojrzenia tych, którzy wiedzieli. Wyjęła telefon i szybko sprawdziła w Internecie program Teatru Witkacego na najbliższe dni. Potem obsadę. Krystyna Bireńska…
Jakaś dziewczyna dosłownie wpadła na nią na ulicy. Choć szły naprzeciw, patrząc na siebie, ta nagle jakby straciła kontrolę i zderzyła się z Elwirą. Nie przeprosiła. Odskoczyła jak oparzona i rozszerzonymi, błękitnymi oczami (Boże, jak z obrazu! Piękne!) wpatrywała się w turystkę. Albo w Irminę… Tak, chyba tak. Widziała to eteryczne, piękne i straszne oblicze. Ostre i wyraziste, jakby odbite w kryształowym lustrze.
– Nic pani nie jest? – spytała z uśmiechem Elwira, dotykając lekko ramienia wystraszonej dziewczyny.
– Nie… Mi nie – wydukała tamta.
Irmina puściła jej oko. „Chodź z nami” – powiedziała samym ruchem warg i z coraz szerszym uśmiechem obserwowała przestrach na twarzy obcej. „No nic, pora dalej, dalej. Odetchnąć pełną piersią, popłakać nad sobą i nagrzeszyć trochę. Wybacz, mała, może ktoś kiedyś się tobą zaopiekuje. Ja muszę wziąć się za tę moją, bo w ostatnim czasie prawie przetrzeźwiała”. Irmina miała już parę lat doświadczenia. Niełatwego, bo jej zdobycz bywała w Zakopanem raz do roku i to na kilka tygodni zaledwie. Ale to zwykle starczyło, by ulec zupełnie lokalnemu szaleństwu. Dwa-trzy dni i wszystko będzie jak trzeba. Elwira będzie Irminą, a Irmina Elwirą.
• • •
Było ich więcej. Coraz więcej. Nie mogłam przejść po mieście, by ich nie zauważyć. Zwłaszcza wieczorem. Twarze jakby wymalowane w pijanym widzie, pastelowe, ale mocne, wyraziste. Straszne, demoniczne. Jak twarz Mikołaja, którego obecności w pokoju obok nie mogłam znieść. Bałam się gór, szukałam spokoju w Zakopanem. Lecz gdzie? Jeśli w każdej knajpie, na każdej ulicy, nawet w zadumie ludzi na Pęksowym Brzyzku wyłaniała się ta sama choroba. Nie wiem, jak dotarłam na Chramcówki. Ze ściany budynku patrzyła na mnie groźna twarz Witkacego. Cokolwiek kotłowało się w jego umyśle, odbijało się w oczach tysiącem niepokojów. Szybko przekroczyłam próg budynku. Pani w kasie łypnęła na mnie znudzono-obojętnym spojrzeniem.
– Można jeszcze kupić bilet na dziś?
– Można. Gramy „Na przełęczy”.
Uśmiechnęłam się. Znałam tę sztukę na pamięć. Lubiłam ją.
– Poproszę.
Wieczór. Spektakl, jak zwykle w Witkacym, zaczynał się jeszcze w foyer teatru. Aktorzy z walizkami w rękach, w strojach podróżnych, krążyli między widzami. Przepychali się, szturchali ludzi. Patrzyłam w podłogę, unikałam twarzy. Niech już schowają się w mroku sali.
Zaczęła się teatralna podróż przez tatrzański manifest Witkiewicza. Solidne przedstawienie. Przyjemne. Do śmiechu i do zamyślenia. „Pogódź się z górami” – przeszło mi przez głowę. – „Lepiej ci będzie niż wśród ludzi. Albo góry, albo uciekaj stąd do diabła!”. I wtedy stanęła tam ta diablica. O Boże, jak ona grała!
Nie, Bóg nie miał z tym nic wspólnego.
Tych kilka ruchów. Ten jeden dramatyczny gest, wystrzał i stoczyć się w alegoryczną przepaść… Przez sekundę widziałam jej prawdziwe, zakrwawione oblicze. Oczy wilgotne, rozkosznie puste jak po kokainie, dekadencki urok kobiety lat dwudziestych, zderzony z jakimś ohydnym, wewnętrznym rozpadem. Zachłysnęłam się powietrzem. Światła przygasły, kryjąc postać przede mną. Do końca nie zostało wiele. Brawa i szybko na zewnątrz. Powietrze, rzut oka w stronę gór. Warszawa? Czy Tatry? Gdzie szukać ratunku? Pobiegłam na dworzec sprawdzić rozkład. Jakbym wyrwała się sama ze sztuki – nawet przez myśl mi nie przeszło, że mogłabym szybciej wyszukać połączenia w Internecie.
– Pani już wyjeżdża? – spytał ktoś stojący za moimi plecami.
Odwróciłam się. Ledwo go poznałam ubranego w lekką marynarkę i jeansy. Ten TOPR-owiec, który sprowadzał mnie, gdy „Sokół” zabrał Mikołaja do szpitala na badania.
– Nie wiem. Chyba tak.
1 2 3 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Grzechy naszych ojców
Maria Dunkel

13 IV 2019

Ashora obudziła się pośród buchających kłębów czarnego dymu, gorąca, niespodziewanej białej jasności, smrodu palonego mięsa i wrzasków, które zlewały się w jej uszach w przeraźliwą kakofonię. Nie zdążyła nawet krzyknąć, gdy matka zgarnęła ją z posłania wraz z kocem, przycisnęła do siebie i pobiegła, zgięta wpół, przez krajobraz zniszczenia. Kolejny nalot spopielił ich namiot do szczętu.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Człowiek, który szedł na solo
Łukasz Śmigiel

9 III 2019

Powiem wam, jakie to uczucie czekać na swój koniec. Niektórzy się załamują i nie potrafią zrobić kompletnie nic, inni szaleją tak bardzo, że po prostu niespodziewanie wpadają na śmierć i to jest finał. A ja? Ja muszę działać, minuta po minucie, cały czas coś robić, choćby nie dawało to absolutnie żadnych szans na ratunek. I tak też zacząłem to rozgrywać zaraz po przyjeździe do wieży.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Pies Magika
Paulina Łoś

2 III 2019

Przyłożyłam palce do skroni, jak gdyby miało mi to pomóc. Owszem, Magik zabierał mnie czasem na spacer, ale nigdy nie chodziliśmy daleko. Miałam załatwić swoje potrzeby i wracać. Mój pan nie był typem człowieka szczególnie wyrozumiałym dla zwierząt, nawet jeśli celowo się nade mną nie znęcał.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Opar absurdu
— Adrianna Filimonowicz

Strach przed deszczem
— Adrianna Filimonowicz

W trakcie

zobacz na mapie »
Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.