Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 6 maja 2021
w Esensji w Esensjopedii

Adrianna Filimonowicz
‹Demony Witkacego›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAdrianna Filimonowicz
TytułDemony Witkacego
OpisRocznik 1990, absolwentka ekonomii. Miłośniczka fantastyki, wieloetatowa „mistrzyni gry”, rzadko przebywająca myślami w normalnej rzeczywistości. Kocha taniec (od towarzyskiego, przez rock’n’roll po flamenco), sport i wędrówki po Tatrach. Debiutowała w 2012 roku w „Science Fiction, Fantasy i Horror” opowiadaniem „Drzewo”.
Gatunekgroza / horror

Demony Witkacego

« 1 2 3 »

Adrianna Filimonowicz

Demony Witkacego

Popatrzył na mnie z troską. Miał surową twarz. Nie tak młodą, jak mi się wcześniej zdawało. Było w nim coś wojskowego, czego wcześniej nie dostrzegłam. Czy aż tak odmienił go ubiór?
– Bardzo źle to wszystko pani zniosła. Należy dać sobie czas.
– Nie wiem, czy tu.
– Od traumy lepiej nie uciekać.
– Pan tego nie zrozumie.
– Zrozumiem. Wie pani, ilu takich jak pani widziałem? Przerażonych, widzących w górach swojego wroga, obwiniających cały świat o ten jeden błąd. Pracuję w pogotowiu tatrzańskim już pięć lat. Przez ten czas nie brakło mi roboty.
– Wypadek zmienił mojego brata. Mnie chyba też.
– Ludzie po tak dramatycznych przeżyciach rzadko są tacy sami. Proszę mi zaufać. Trzeba dać im i sobie drugą szansę.
– Co panu za różnica, czy wyjadę, czy nie?
Zamyślił się. Potarł podbródek i zapatrzył się gdzieś w dal, w stronę Giewontu, który skryła już ciemność.
– Pani tego nie zrozumie… – Uśmiechnął się odrobinę przewrotnie.
– Proszę nie kpić.
– Nie kpię. – Ukłonił się lekko z jakąś niedzisiejszą galanterią. – To taka misja. Mogę to tak nazwać. Ja i ludzie mi podobni mamy swoją misję. To nie tylko ratowanie turystów. Czy może tylko, ale w szerszym sensie. Nie jest mi obojętne, co się z nimi dalej dzieje. Czy poddają się, czy dalej rozwijają pasję. Uważam, że każde niebezpieczeństwo, którego przeżyciem zapłaciło się za pasję jest powodem, by ją dalej rozwijać. Już się swój rachunek z Tatrami wyrównało. Teraz trzeba z nich czerpać. Chcę zarażać pasją, może nawet szaleństwem, zwłaszcza tych, którzy już i tak za nie zapłacili.
– Mówi to TOPR-owiec. Myślałam, że wy tylko apelujecie o rozwagę i ostrożność…
– Tak. Ale pani była rozważna i ostrożna. Zabrakło pani tylko szczęścia. Zresztą pani nie. Bratu. Z durniami, którzy w klapkach poszli na Kozi Wierch, bym nie dyskutował. Ale z panią szkoda nie spróbować.
Zapomniałam o tablicy z rozkładem. Słuchałam go i powoli wracały mi zmysły. Co mogła dać mi Warszawa? Przecież prędzej czy później sama tu wrócę. Czy z własnej inicjatywy, czy towarzysząc znajomym.
– Piękna misja – wymamrotałam.
Wyjął z kieszeni wizytówkę.
– Jeśli będzie chciała pani przełamać strach przed górami, proszę zadzwonić. Wybierzemy się razem.
Spojrzałam na kartonik. Piotr Rakoń, przewodnik wysokogórski. Wróciłam do pensjonatu.
• • •
Dałam sobie czas. Zmęczona tym wszystkim dwa dni praktycznie przespałam, lecząc się snami, nad którymi kontrolę miałam już od dawna. Świadome śnienie było często moją ucieczką. W nim mogłam zapanować nad nowymi, szaleńczymi wyprawami Mikołaja, który zdawał się leczyć swoją traumę metodą szokową. W snach dbałam, by był naprawdę moim Mikołajem. Trzeciego dnia nawet takim go widziałam, gdy z zawadiackim uśmiechem pakował ekwipunek na wycieczkę na Kozi Wierch.
– Tym razem się uda – mówił, wychodząc. – Chodź ze mną – namawiał i przez moment chciałam z nim iść.
Potem jednak przyszedł strach tak silny, że ledwie zdołałam powstrzymać łzy i tylko pokręciłam głową. Sama w pokoju, zżerana zazdrością, wyciągnęłam z kieszeni wizytówkę.
– Za dwa dni? – spytałam, gdy Piotr odebrał. – Tylko jakąś łatwą trasę? Jakieś Zachodnie?
– Coś ułożę. Niech się pani nie przejmuje.
• • •
Unikałam Krupówek, rejonu dworca, aquaparku i skoczni. Oswajałam Zakopane, wędrując między galeriami. W ciszy, przez nikogo nie niepokojona przeszłam przez groteskowe koszmary Hasiora. Willa Oksza kusiła sprowadzoną z Pomorza największą galerią prac Witkacego. Weszłam.
Kometa. Szalone, poskręcane kompozycje kolorów… Kolejna sala. Portrety. Stanęłam na środku, rozglądając się, od czego zacząć. Ona tam była. Aktorka z teatru na Chramcówkach. Z tamtej jednej chwili samobójstwa. Dekadencka, patrząca groźnie, magnetyzująco, z kusząco zarysowanymi ustami. Piękna i niepokojąca. Straciłam oddech. Podeszłam do obrazu.
„Portret Neny Stachurskiej” – głosił podpis. Dalej była ona. Ta turystka, która wzrokiem rozanielonego pijaka wpatrywała się w kiczowate kramy na Kościuszki – „Irmina Bajer-Nowowiejska”. Kręciło mi się w głowie. Te wykrzywione oblicza. Demoniczne spojrzenie autoportretu Witkacego, twarz Michała Choromańskiego, która odbijała się w szybie, gdy obok mnie w wystawę sklepu jubilerskiego wpatrywał się jakiś dojrzały turysta. Oni wszyscy… Nagle rozumiałam, skąd są. Wyrwani z głowy Witkacego, wlewający się do ciał ludzi. Szukałam oblicza tego, który posiadł Mikołaja, ale nie było go. Do kolejnej sali nie miałam odwagi zajrzeć.
– Źle się pani czuje? – spytała z fałszywą troską opiekunka wystawy.
– Tak, oczywiście, że tak! – wykrzyczałam, wybiegając.
Śmiała się strasznie za mną. Straszliwie. Jak mógł tylko demon.
Wróciłam do pokoju, sprawdziłam godziny mszy i pognałam na Jaszczurówkę. Potem wieczorem w hotelu długo siedziałam z telefonem w rękach. Wreszcie wyrzuciłam go w kąt. Nie miałam siły, by iść po pomoc. Choroba wracała. Moja albo świata – to zależało od tego, czy pytałam psychiatrę czy księdza. Komu teraz chciałam zaufać? Wyciągnęłam z apteczki Olanzapin – po raz pierwszy od trzech lat. Chciało mi się płakać. Znów miałam do tego wrócić? Przecież to nie mogły być omamy. Nie znałam wcześniej twórczości Witkacego. Mikołaj wszedł do mojego pokoju. Zabrał z szafki tabletki i stanął w drzwiach.
– To nie jest paranoja – stwierdził krótko.
– A jednak mi odwala, nie widzisz? Co ze mną będzie?
– Nic. Wyśpij się.
– Skąd wiedziałeś, że chcę je wziąć?
– Bo płakałaś.
Dotknęłam twarzy. Miał rację. Była cała we łzach.
– Wyśpij się – powtórzył.
• • •
„U Wnuka” skończyła już grać kapela. Teraz siedzieli tylko ci, którzy byli w stanie wytrzymać naprawdę olbrzymie dawki zakopianiny. To już nie była godzina przaśnego, turystycznego folkloru, ani komentowania ceprowskich wypraw górskich czy akcji ratunkowych, o których naczytało się na Facebooku. W karczmie, przy zestawionych stołach, poza obsługą, siedziało tylko kilka osób. Krystyna na ławie postawiła jeszcze stołek i na takim tronie górowała nad rozlewającym kolejną wódkę Piotrem i pozostałymi. Gdy mężczyzna napełniał jej kieliszek, pozwoliła łaskawie pocałować się w elegancki, skórzany bucik, z czego przy gromkim śmiechu starszych górali skwapliwie skorzystał.
– Za jutrzejszy bal! – wzniósł toast Mikołaj.
– Za emocjonującą wyprawę! – przekrzykiwała go Elwira.
– Za nowych wśród nas i za rychły koniec starych! – śmiała się w sercu młodej kelnerki bezimienna demonica.
– Za Witkacego! – odziany w śmierdzącą baranicę góral, jeden z tych, których już żadne ilości zakopianiny nie ruszały, uniósł kieliszek.
– I za młodą Ukrainkę! – parsknął w odpowiedzi Piotr, kończąc tym chichotem historii serię toastów.
– Jak tam twoja nowa zdobycz? – Krystyna szturchnęła TOPR-owca. – Kolejna Nina czy tam Nena, czy pierwszego, czy drugiego imienia…
– Tak ją wystraszyłaś w „Na przełęczy”, że mało do Warszawy nie uciekła.
– Gorzej – mruknął Mikołaj. – Gotowa się przybić do rzeczywistości jakimiś lekami.
– Spokojnie, spokojnie, jutro bal. Idziemy w góry – odparł Piotr. – Ona już jest uzależniona.
– Bardzo w nią wierzysz.
Mężczyzna przymknął oczy. Człowiek z „Portretu oficera”, drzemiący w jego sercu, gwizdnął z uznaniem na wspomnienie oczu tej dziewczyny i jej kształtnej sylwetki. Wojskowi cenili piękne kobiety.
– Szkoda by jej było – podsumował poważnie.
Krystyna zaciągnęła się głęboko papierosem. Zgasiła go na ofiarnie wyciągniętej dłoni kelnera – niewyraźnej, stworzonej szybkimi pociągnięciami granatowej pasteli – i wykrzyczała ze śmiechem:
– Koniec! Moi drodzy, koniec, mówię wam! Jutro czeka nas szalona zabawa. „Bal w kościele” za pasem! Bal, jaki się Tuwimowi nie śnił.
• • •
„Porażenie piorunem na Giewoncie! Siedem osób nie żyje!” – tak miały brzmieć nagłówki z tego dnia. Ale koszmarem nie był los tych, którym seria błyskawic odebrała życie, lecz tych, którzy przeżyli. Piotr siedział obok mnie na pustej Kondrackiej Przełęczy. Jedną dłoń opierał na moim ramieniu, drugą przytrzymywał lornetkę.
« 1 2 3 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Umowa
Elżbieta Leszczyńska

10 IV 2021

Bóg podrapał się w głowę. Targały nim sprzeczne uczucia. Kusiła go gra z diabłem, a równocześnie pragnął jak najszybciej usunąć popełnione przy tworzeniu ludzkich istot błędy.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Za górami, w tym samym lesie
Ewa Kajtoch

27 III 2021

Idę po zakupy wspomagając się balkonikiem. Udaje mi się dojść, a wrócić do domu pozwalają mi jakieś dziewczynki z osiedla. Całej portmonetki nie zabrały, ale pięćdziesiąt złotych musiałam oddać.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Gwiezdne wojny: Druga szansa
Magdalena Stawniak

20 II 2021

Facet utkwił w nim badawczy wzrok, aż zrobiło mu się nieswojo. Ale dzięki temu przestał płakać. Oficer skinął dłonią zachęcając go do podejścia bliżej. Chętnie to zrobił, bo nie musiał już więcej patrzeć na zwłoki.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

W oczach gwiazd
— Adrianna Filimonowicz

Opar absurdu
— Adrianna Filimonowicz

Strach przed deszczem
— Adrianna Filimonowicz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.