Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 13 maja 2021
w Esensji w Esensjopedii

Adrianna Filimonowicz
‹Demony Witkacego›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAdrianna Filimonowicz
TytułDemony Witkacego
OpisRocznik 1990, absolwentka ekonomii. Miłośniczka fantastyki, wieloetatowa „mistrzyni gry”, rzadko przebywająca myślami w normalnej rzeczywistości. Kocha taniec (od towarzyskiego, przez rock’n’roll po flamenco), sport i wędrówki po Tatrach. Debiutowała w 2012 roku w „Science Fiction, Fantasy i Horror” opowiadaniem „Drzewo”.
Gatunekgroza / horror

Demony Witkacego

« 1 2 3

Adrianna Filimonowicz

Demony Witkacego

– Patrz – mówił. – Patrz spokojnie.
Kalatówki, Hala Kondratowa… Czułam się tak dobrze, bezpiecznie, gdy szliśmy spokojnym tempem we dwoje. Budził zaufanie, jakiego nie miałam już do nikogo. Dopiero kiedy nad grań nadeszły chmury, a my zdecydowanie szliśmy ku nim, spostrzegłam, że nie ma już postawy tego człowieka, który odebrał mnie z Kuźnic. Jego krok był żołnierski, sztywny. Jak ze starych filmów.
– Czy to wszystko bezpieczne? Chyba idzie burza. Nie lepiej byłoby się cofnąć? – pytałam.
– Cofnąć się byłoby tragicznie – odparł, patrząc na mnie smutno.
A potem weszliśmy na Kopę Kondracką i dalej na przełęcz. I dał mi tę przeklętą lornetkę. Jeszcze pół godziny wcześniej niebo nad Giewontem było czyste, teraz górowała nad nim czarna chmura. Ludzie tłoczyli się – jedni by uciec przed burzą, inni… Jakby pędzili, by się z nią spotkać.
– Patrz – mówił. – Patrz spokojnie.
Niebo rozdarły trzy gromy. Uderzyły równocześnie w szczyt, rzucając ludzi na ziemię, jak marionetki. Huk rozgonił moje myśli, a potem pozostał w głowie straszliwą ciszą. Patrzyłam na całun duchów podnoszący się w górę, pędzony wiatrem razem z chmurami. Ludzie zbierali się z ziemi, gięli w pokłonach, podskokach, w jakiejś chorej euforii. Nawet krzyż zdawał się nad nimi pochylać, choć może to już wszystko w mojej głowie wirowało. W szkłach lornetki falowały mi demoniczne twarze. Naznaczone smutkiem, radością, niebezpieczną głębią. Zaciągały się powietrzem, padały w jakimś obłąkańczym tańcu do stóp tym, których piorun zabił.
– Kim wy jesteście?! – jęknęłam.
Gdzieś tam z Giewontu, Nena Stachurska popatrzyła na mnie wyniośle. Stała w połowie konstrukcji krzyża i zdawała się zawiadywać tą szaleńczą zabawą.
Piotr odebrał mi lornetkę.
– Przecież już wiesz.
– Nie! To jakiś koszmar!
– Och, bynajmniej. Bynajmniej, moja piękna. To dusza. Czyżbyś nie czytała „Demonizmu Zakopanego”? Tak dobrze tam Witkacy wszystko wyjaśnił. Jak to było…? A tak! „Nazwano niegdyś Zakopane duchową stolicą Polski. My nazwaliśmy je inaczej, generalną wytwórnią specyficznego, zresztą czysto polskiego narkotyku zakopianiny”. To porównanie z narkotykiem jest tak…! Słuchaj, bo to jest ważne… – mówił cicho, ale z uniesieniem. – „Bo przecież demonicznie wpływa na dusze spotworniałe i wciąż potworniejsze małe miasteczko, co u stóp gór, jako pleśń jakaś ohydna się rozpełzło”. I jeszcze… „Zakopane trwać będzie dalej i wytwarzać coraz to nowe formy psychopatów polskich”. – Roześmiał się gromko. – My wszyscy jesteśmy odbiciem tego, o czym pisał. Czym wypełniony był jego umysł. Gnieździliśmy się w tej szalonej głowie, dzieląc się sobą z papierem i płótnem. Aż z tej głowy krew odpłynęła, przez otwartą tętnicę. I przyszło nam dzielić się sobą z ludźmi. Czy też ludziom przyszło dzielić się sobą z nami.
Pokręciłam głową. Nie umiałam odpowiedzieć marze, która na moich oczach gubiła kolejne pozory człowieczeństwa i nabierała kształtów bytu bardziej jeszcze ludzkiego od człowieka. Czystej formy choroby psychicznej. Tego „demonizmu”, o którym mówił. Miał wciąż ten budzący zaufanie urok, teraz dziwnie groteskowy i wręcz przewrotny. „Portret oficera” – przecież widziałam go w galerii. Mówił spokojnie, z wielkim dystansem i słyszalną dumą.
– Szkoda. Powinnaś była to przeczytać – podjął po dłuższej pauzie. – Każdy powinien. By wiedzieć, że tu się nie przyjeżdża ot tak. Stąd się nie da czerpać bez konsekwencji. Tu, gdzie nic nie da się obiektywnie ocenić, w mieście, gdzie wszystko jest tak przewartościowane, można przeżywać – tak, przeżywać, nie żyć po prostu – albo demonicznie albo wcale.
– Co ty mówisz?!
– Ja cię zapraszam na bal. Nasz „bal w kościele”. Bal, który łączy demony i krzyż. W górach blisko do Boga, więc i my musimy się z nim godzić. Dlatego, wybacz, szukanie ukojenia na Jaszczurówce czy na Pęksowym Brzyzku to tylko ucieczka w iluzję.
– Sam jesteś iluzją! Nie chcę w to wszystko wierzyć. Gorsze rzeczy w życiu widziałam. I wiesz co? Starczyło na nie zjeść dużo wyczynowej farmakologii. Tyle w was będzie tego demonizmu!
– Tylko po co tak? Myślisz, że źle ci będzie takiej jak my? Że lepiej żyć wiarą w chorobę? I to demon i to demon. My będziemy tylko tu, a paranoja i tabletki wszędzie.
– Żartujesz? To, co tam się dzieje jest ohydne! Oni tańczą na zwłokach ludzi.
– Tatry bywają bezwzględne. Nie znają terminu „przyzwoitości”.
– Ty jesteś kłamcą. Miałeś nieść pomoc…
Pokręcił głową.
– Miałem zarażać szaleństwem – przypomniał z ukłonem. Chwycił mnie za ramiona i obrócił twarzą do siebie. Puścił. Strzelił obcasami, których nie miał i poprawił klapy marynarki, której rolę grała przeciwdeszczowa kurtka. – Czy da się pani opętać? Pytam po raz ostatni, bo swoją dumę mam. Wszyscy tam orzekli, że nic już z pani, Nino, nie będzie. Chcę pani pomóc, ale czy mogę? – Uśmiechnął się smutno. – Tylko jeśli się pani zgodzi.
– Mam wybór?
– Zawsze.
– Więc się nie zgadzam. Nigdy. Przenigdy. – Odsunęłam się od niego.
Nie postąpił za mną. Usunął się nawet, otwierając mi drogę na szlak prowadzący ku Dolinie Małej Łąki.
– Wie pani… – Westchnął ciężko. – Nigdy dla nikogo się tak nie starałem. Wierzę, że kiedyś to pani doceni i jeszcze do nas dołączy.
Nie słuchałam już. Zaczęłam zbiegać w dół. Za szybko, nieostrożnie. Potknęłam się, ledwo złapałam równowagę, podpierając się o ziemię. Tknął mnie jakiś lęk. Spojrzałam za siebie. Piotr stał nieruchomo, z rewolwerem w dłoni. Odciągnął kurek.
– Nie! – krzyknęłam, czując serce w gardle.
• • •
Kula trafiła w głowę – tuż nad ciemnym, kształtnym łukiem brwi. Kobieta zachwiała się i upadła na kolana. Wyciągnięte w obronnym geście ręce opuściła bezwładnie wzdłuż ciała. Piotr zacisnął na moment powieki i przełknął rosnącą gulę w gardle. Podszedł do kobiety, odgarnął czarne włosy z zakrwawionego czoła i zbadał puls. Jej dusza umknęła tak szybko, że nawet nie zdołał jej spostrzec. „A może naprawdę nie było dla niej nadziei? Może te wszystkie tabletki już zeżarły jej duszę?” – pomyślał z goryczą. To tylko utwierdziło go w decyzji. Demonizmowi Zakopanego niewiele mogło zagrozić. Ale tacy właśnie ludzie – nadwrażliwe skorupy chętne zabijać wszelką niesamowitość – potrafili sprowadzać w to miejsce innych sobie podobnych. Wojujących z demonami, ambitnych, logicznych, zimnych. Pogładził Ninę po włosach.
– Wróć do nas z którąś burzą – poprosił cicho. – Będę tęsknił.
Taki był jego los. Samotność w tym mieście poszarpanych jak granie namiętności.
• • •
Piotr miętosił w rękach gazetę z ostatnimi wiadomościami górskimi. „Tragiczny weekend w Tatrach!” – krzyczały nagłówki. Mężczyzna przebiegł beznamiętnym spojrzeniem po informacji o porażonych piorunem na Giewoncie. Dwadzieścia nowych osób – to był dobry wynik, ale dla niego całkiem obojętny. Dalej, opatrzony pięknym zdjęciem Niny, artykuł o samobójstwie na drodze do Doliny Małej Łąki. „Przed śmiercią turystka leczyła się psychiatrycznie. Cierpiała na zespół psychotyczny. Policja bada, skąd zmarła mogła mieć broń”… Piotr odrzucił nerwowym ruchem gazetę na stolik. Spojrzał na ponurego Mikołaja, obracającego w dłoni kieliszek z wódką.
– Miałem nadzieję, że wytrzyma – rzucił brat Niny, łapiąc twarde spojrzenie oficera. – Wstyd. Wstyd. Ach, diabli by to… Może trzeba było jej dać te leki. – Zaśmiał się nerwowo.
Obaj się skrzywili, każdy do innych myśli. Piotr podniósł swój kieliszek.
– To co, za Ninę? – zaproponował Mikołaj.
– Za demoniczne kobiety – poprawił go Rakoń.
koniec
« 1 2 3
6 kwietnia 2019

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Umowa
Elżbieta Leszczyńska

10 IV 2021

Bóg podrapał się w głowę. Targały nim sprzeczne uczucia. Kusiła go gra z diabłem, a równocześnie pragnął jak najszybciej usunąć popełnione przy tworzeniu ludzkich istot błędy.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Za górami, w tym samym lesie
Ewa Kajtoch

27 III 2021

Idę po zakupy wspomagając się balkonikiem. Udaje mi się dojść, a wrócić do domu pozwalają mi jakieś dziewczynki z osiedla. Całej portmonetki nie zabrały, ale pięćdziesiąt złotych musiałam oddać.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Gwiezdne wojny: Druga szansa
Magdalena Stawniak

20 II 2021

Facet utkwił w nim badawczy wzrok, aż zrobiło mu się nieswojo. Ale dzięki temu przestał płakać. Oficer skinął dłonią zachęcając go do podejścia bliżej. Chętnie to zrobił, bo nie musiał już więcej patrzeć na zwłoki.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

W oczach gwiazd
— Adrianna Filimonowicz

Opar absurdu
— Adrianna Filimonowicz

Strach przed deszczem
— Adrianna Filimonowicz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.