Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 20 czerwca 2019
w Esensji w Esensjopedii

Agnieszka Fulińska
‹Auto da fe›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAgnieszka Fulińska
TytułAuto da fe
OpisNaukowo i hobbystycznie zajmuje się historią i kulturą XVIII i XIX w., ale nie przepada za „typowym wiktorianizmem”. Debiutowała opowiadaniem „Kobieta, która słyszała smoki” w tomie „Dragoneza” Fantazmatów, w tym roku w różnych miejscach ukaże się jeszcze kilka różnych opowiadań, a w przygotowaniu autorski zbiór historyjek kryminalno-fantastycznych, osadzonych w nieco alternatywnej dziewiętnastowiecznej Francji. Współautorka powieści dla młodzieży pt. „Mysia Wieża” (2019), w najbliższych planach ma także wydanie powieści przygodowo-fantastycznej dziejącej się w czasach napoleońskich. Niepoprawna wielbicielka samochodowych włóczęg po Europie śladami historii i archeologii, targów staroci, wszelkiej fantastyki oraz opery.
Gatunekfantasy

Auto da fe

Agnieszka Fulińska
1 2 3 5 »
Nie potrafił jej pomóc. Gdyby gorączka złapała ją kilka lat później, wyleczyłby ją, tak jak uzdrowił ranną lisicę w lesie, jak leczył własne rany, kiedy błąkał się na pograniczu szkocko-angielskim, nie wiedząc, dokąd się udać.

Agnieszka Fulińska

Auto da fe

Nie potrafił jej pomóc. Gdyby gorączka złapała ją kilka lat później, wyleczyłby ją, tak jak uzdrowił ranną lisicę w lesie, jak leczył własne rany, kiedy błąkał się na pograniczu szkocko-angielskim, nie wiedząc, dokąd się udać.

Agnieszka Fulińska
‹Auto da fe›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAgnieszka Fulińska
TytułAuto da fe
OpisNaukowo i hobbystycznie zajmuje się historią i kulturą XVIII i XIX w., ale nie przepada za „typowym wiktorianizmem”. Debiutowała opowiadaniem „Kobieta, która słyszała smoki” w tomie „Dragoneza” Fantazmatów, w tym roku w różnych miejscach ukaże się jeszcze kilka różnych opowiadań, a w przygotowaniu autorski zbiór historyjek kryminalno-fantastycznych, osadzonych w nieco alternatywnej dziewiętnastowiecznej Francji. Współautorka powieści dla młodzieży pt. „Mysia Wieża” (2019), w najbliższych planach ma także wydanie powieści przygodowo-fantastycznej dziejącej się w czasach napoleońskich. Niepoprawna wielbicielka samochodowych włóczęg po Europie śladami historii i archeologii, targów staroci, wszelkiej fantastyki oraz opery.
Gatunekfantasy
Przyglądał się stosowi z zainteresowaniem, miało ono jednak niewiele wspólnego z żądzą rozrywki. Szturchnął łokciem stojącego obok mężczyznę w lekko wyszarzałym kupieckim kubraku.
– Czyja to kaźń? – spytał, starając się nie zdradzić cudzoziemskiego akcentu.
– Chybaście nietutejszy, że nie wiecie – odpowiedział tamten, obrzucając rozmówcę zdawkowym spojrzeniem.
– Jestem wędrownym bakałarzem.
– A toście, mości bakałarzu, dobrze trafili. Nie byle kogo kaźń zobaczymy, ale czarownika, co mury wszechnicy naszej kunsztem diabelskim splugawił. – Rozmówca wyraźnie silił się na wyszukany język.
Ten, który nazwał się bakałarzem, nic nie odpowiedział, tylko wybałuszył oczy. Kupiec roześmiał się.
– Nie ma się czego bać, panie uczony, święci bracia zabezpieczyli łajdaka, że czaru rzucić nie zdoła. Po tym jak tamta wiedźma rok temu alkada zaczarowała, bardzo się zrobili ostrożni… – dodał, gubiąc nieco z wcześniejszej afektacji.
– Urok rzuciła?
– Ano – wtrącił się chrapliwym głosem wsparty na kuli żebrak. – Słuchy chodzą, że alkad jednej nocy spokojnej potem nie miał. Pewnie o wiedźmie śnił, bo ładna bestyjka była. – Staruch oblizał się lubieżnie.
– I taka z niej wiedźma – rzucił trzeci, nieco młodszy od tamtych, w zawadiacko zarzuconej na ramię czarnej pelerynie – co pod spódnicą swe czary odprawia. Nie lubią takich braciszkowie, oj nie lubią – zaśmiał się pod nosem.
– Albo i za bardzo lubią – zarechotał stary.
– Nie należy takich pogłosek rozpowiadać – skarcił młodzieńca kupiec, spluwając ku nędzarzowi. – Wierz mi, señor. Wiedźma… to wiedźma.
Człowiek, który nazwał się bakałarzem, nie słuchał. Patrzył ku wylotowi ulicy, skąd dobiegał turkot kół drabiniastego wozu. Chwilę później uniósł się na palce, żeby zajrzeć w oczy przykutego do drewnianego pieńka skazańca. W zwyczajne, półprzytomne oczy przerażonego człowieka.
Mimo zmęczenia, mimo śmiertelnego zmęczenia życiem, wciąż nie był pewny, czy jest gotów zamienić się z nim miejscami. Nie wiedział, wciąż nie wiedział, czy głos, który słyszał we śnie, był prawdą, czy tylko czczym omamem udręczonej duszy.
Non necat…
Słyszał to, ilekroć patrzył w płomienie.
Nie zabija…
Powoli wycofał się z placu i przysiadł w zaułku. Strach jak zawsze okazał się silniejszy. Po tylu latach ludzki strach był nadal silniejszy.
• • •
Zdawało się, że całe miasto płonie. Ludzie tratowali się wśród zamętu i szczęku broni, zwycięskie wojska wyrzynały resztki heretyków.
Widział, jak biegła wąską uliczką wiodącą ku katedrze. Dlaczego nie ucieka z miasta, myślał, dlaczego biegnie tam, gdzie żołdacy czekają na takie jak ona? Wtedy zobaczył jej wzrok, w którym wypalił się fanatyzm, a pozostał tylko zwierzęcy lęk. Trzeba ją zatrzymać, pociągnąć w stronę bezpieczniejszej części miasta…
Wyciągnął rękę, usiłując przypomnieć sobie jej imię. Ale ona tylko zaśmiała się jak obłąkana i chwilę później znikła za rogiem. Rozejrzał się po pustym zaułku i trzymając się blisko murów, przekradł się do domu drukarza, u którego mieszkał przez ostatni rok. Zajrzał do kantorka i zabrał kilka sztuk srebra. Starał się nie zastanawiać nad losem gospodarza, który zginął zapewne podczas beznadziejnej obrony miasta, zanim jeszcze żołdactwo zalało ulice świętego Münster, Nowej Jeruzalem. A może uciekł. W każdym razie na pewno tu nie wróci.
Po zmroku przekradł się ku sekretnemu przejściu w murach, odsunął kamień i przecisnął się przez ciasny otwór. Przebiegł kilka kroków i odnalazł ścieżkę wiodącą w dół, ku otaczającym gościniec zagajnikom.
Podnóże góry, na której zbudowano miasto, oświetlone było ogniami straży cesarskich. Usłyszał krakanie i podniósł głowę. Zaniepokojone obecnością żywego człowieka ptaszysko przyglądało mu się z ramienia jednej z wielu ustawionych naprędce szubienic, na której kołysał się niewyraźny jasny kształt. Zza chmury wychynął na chwilę księżyc, zalewając okolicę bladym, nieprzyjaznym światłem.
Odwrócił wzrok. W niewyraźnym kształcie rozpoznał tamtą dziewczynę, a nagłe przypomnienie sobie, że miała na imię Elsa i była córką szewca, zabolało bardziej niż ten upiorny widok.
• • •
– Cóż to, mości bakałarzu, kaźń nie przypadła wam do gustu? – Nad nim stał ten sam elokwentny kupiec, którego zaczepił na placu. – Ech, żałujcie, żeście tak słabego ducha, bo było na co popatrzeć.
Podniósł zamglony wzrok. To nie Münster, jestem w Salamance. Właśnie zamęczono nieszczęśnika, który nie miał pojęcia o czarach.
– A gdybym powiedział inkwizytorowi, że jestem czarownikiem? – zwrócił się do kupca zmęczonym głosem.
– Chyba żeście ze słabości zmysły postradali – odpowiedział tamten cicho, przeżegnał się ukradkiem i oddalił się szybkim krokiem, mrucząc coś pod nosem.
Rozmowy już od jakiegoś czasu stawały się coraz trudniejsze, bo o czym rozmawiać z przypadkowo napotykanymi ludźmi, których życie zamykało się w jednym mieście i kilkudziesięciu latach? Jak opowiedzieć im o tych, którzy dawno umarli, o ukochanej, której rysy zacierały się w pamięci, mimo że wciąż widział blask jej oczu?
Znalazł położony na uboczu zajazd, zapłacił za kilka nocy w osobnej izbie, po czym usiadł w ciemnym kącie sali. Ledwie chudy jak szczapa chłopak zdążył postawić przed nim dzban i kubek, do stołu podeszło dwóch mężczyzn w czarnych pelerynach, spod których wystawały białe kryzy.
– Pozwolisz, señor, że się przysiądziemy – odezwał się młodszy z nich. – Tłoczno tu, nie ma gdzie w spokoju się posilić.
– Jak zawsze, gdy kogoś odeślą na sąd boży – powiedział drugi. – Pospólstwo musi się potem przez całą noc zabawiać. Wy szlachcic, skoro trzymacie się z dala od tłuszczy?
– Szlachcic – skłamał – ale rodzina niezamożna, więc poszedłem w bakałarze.
Tamten skrzywił się nieznacznie, ale obaj wraz z towarzyszem usiedli.
– Pragniesz, señor, dostać posadę na naszym uniwersytecie? – spytał Hiszpan, gdy sługa pojawił się z kolejnym dzbanem wina.
– Szukam spokoju – odpowiedział.
– To źle trafiłeś – roześmiał się młodszy. – Oszaleli zupełnie, tygodnia nie masz, żeby kogoś nie posłali na stos.
Starszy rzucił mu ostrzegawcze spojrzenie i napełnił szklanki winem. Chudzielec przyniósł wielki półmisek z dymiącą paellą.
– Poczęstuj się, señor – zachęcił młodzieniec. – Jesteś zapewne niebogaty, jak to wędrowni uczeni, a tego starczy dla trzech.
Skinął głową w podzięce. Nawet sobie nie wyobrażasz, kawalerze, z jaką łatwością mógłbym mieć większe bogactwa niż ty, pomyślał z goryczą.
– Niewiele mówisz, seńor, ale wydaje się, że pochodzisz z północnych krajów – zauważył Hiszpan.
Może to szpiedzy, przemknęło mu przez myśl. Co mi tam. Może tak byłoby lepiej.
– Z Niderlandów. – Nie było to całkowite kłamstwo: spędził tam nie tak dawno kilkanaście lat. – Jestem poddanym hiszpańskiego króla.
– Z Niderlandów? – rozpromienił się ten młodszy. – Urodziłem się i wychowałem we Flandrii, niedawno dopiero wyjechałem…
Przeklął swą nieuwagę, przez którą umknął mu północny akcent młodzieńca. Pamięć wydarzeń sprzed raptem kilkudziesięciu lat podsunęła mu wspomnienie hiszpańskiej furii, oblężenie Antwerpii, lazarety oraz ulice pełne rannych i umierających, których cierpieniu nie mógł ulżyć, ponieważ było ich zbyt wielu.
– Uważaj – skarcił tymczasem towarzysza starszy szlachcic. – Różni tam u was mieszkają, może to heretyk?
– Ejże, jaki heretyk zapuszczałby się na ziemie hiszpańskie – odparł niedbale młodzieniec. – Psy pańskie natychmiast takiego na postronek wezmą.
– Nie trzeba o tym głośno mówić. – Starszy szlachcic rozejrzał się trwożnie dookoła, ale żaden z nieźle już podpitych mieszczan nie zwracał na nich uwagi. – Ani ze świętego trybunału żartów nieprzystojnych sobie stroić.
Przez chwilę jedli i pili w milczeniu.
– Jak święty trybunał znajduje heretyków i czarowników?
Hiszpan wzdrygnął się.
– Ponoć wystarczy byle donos, ale ja tam wolę wierzyć, że mają dokładniejsze sposoby. – Postawił wyraźną kropkę na końcu zdania.
– A gdyby pójść i oznajmić, że jest się czarownikiem? – Jakby nie zauważył, że żaden z jego towarzyszy nie ma ochoty ciągnąć tej rozmowy.
– Widać, żeś uczony, señor, bo tylko w uczonej głowie może powstać taka myśl. Tylko głupi napraszałby się sam trybunałowi.
Tak, tylko głupi, pomyślał.
• • •
1 2 3 5 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Chomik
Marta Potocka

25 V 2019

Z chomikami najtrudniejszy jest pierwszy krok. Im dłużej chomikują, tym trudniej jest ich złamać, ale kiedy już raz sprzeniewierzą się swoim chorym zasadom, zwykle puszczają im hamulce i rozpoczyna się konsumpcyjna orgia.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Grzechy naszych ojców
Maria Dunkel

13 IV 2019

Ashora obudziła się pośród buchających kłębów czarnego dymu, gorąca, niespodziewanej białej jasności, smrodu palonego mięsa i wrzasków, które zlewały się w jej uszach w przeraźliwą kakofonię. Nie zdążyła nawet krzyknąć, gdy matka zgarnęła ją z posłania wraz z kocem, przycisnęła do siebie i pobiegła, zgięta wpół, przez krajobraz zniszczenia. Kolejny nalot spopielił ich namiot do szczętu.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Demony Witkacego
Adrianna Filimonowicz

6 IV 2019

„Porażenie piorunem na Giewoncie! Siedem osób nie żyje!” – tak miały brzmieć nagłówki z tego dnia. Ale koszmarem nie był los tych, którym seria błyskawic odebrała życie, lecz tych, którzy przeżyli.

więcej »

Polecamy

W trakcie

zobacz na mapie »
Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.