Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 20 listopada 2019
w Esensji w Esensjopedii

Agnieszka Fulińska
‹Auto da fe›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAgnieszka Fulińska
TytułAuto da fe
OpisNaukowo i hobbystycznie zajmuje się historią i kulturą XVIII i XIX w., ale nie przepada za „typowym wiktorianizmem”. Debiutowała opowiadaniem „Kobieta, która słyszała smoki” w tomie „Dragoneza” Fantazmatów, w tym roku w różnych miejscach ukaże się jeszcze kilka różnych opowiadań, a w przygotowaniu autorski zbiór historyjek kryminalno-fantastycznych, osadzonych w nieco alternatywnej dziewiętnastowiecznej Francji. Współautorka powieści dla młodzieży pt. „Mysia Wieża” (2019), w najbliższych planach ma także wydanie powieści przygodowo-fantastycznej dziejącej się w czasach napoleońskich. Niepoprawna wielbicielka samochodowych włóczęg po Europie śladami historii i archeologii, targów staroci, wszelkiej fantastyki oraz opery.
Gatunekfantasy

Auto da fe

Agnieszka Fulińska
« 1 2 3 4 5 »

Agnieszka Fulińska

Auto da fe

Drewno stosu nie chciało się rozpalić. Wpatrywał się jak zaczarowany w niewielkie płomyki, pośrodku których widział drogę. Zanim wyciągnął rękę, do stosu podeszła staruszka z niewielką wiązką chrustu. Spojrzał na skazańca, na wpół już zasłoniętego dymem z ognia, który nagle buchnął do góry. Zapamiętał tylko oczy: nieobecne, a zarazem przytomne, jakby dostrzegły przed sobą ścieżkę wiodącą do domu, ku miejscom, które pragnął znów zobaczyć.
Tak jak on sam pragnął odnaleźć drogę na wrzosowisko.
• • •
– Pewnie, tylko głupi – odpowiedział, ale tamtych nie było już przy stole.
Chyba się starzeję, pomyślał, ale nie rozbawił go ten żart. Rzucił chudemu chłopakowi miedziaka i poszedł na górę.
Łóżko było zapluskwione, wymruczał więc kilka słów i chwilę później insekty przeciskały się przez szpary do sąsiedniej izby. Wrócą, jak tylko się wyprowadzi, ale to go nie obchodziło. Wrzucił do nędznego ognia kilka kulek jałowca, jak w Anglii, i przykrywszy się dziurawym pledem legł na wąskim, twardym łóżku. Wpatrywał się w niewielkie tańczące płomyki, szukając wśród nich drogi do domu, dopóki nie zasnął i nie stanął u stóp porośniętego wrzosem wzgórza.
• • •
Nie znał swojego ojca. Matka gadała, że był potężnym czarnoksiężnikiem, Szymonem Magiem, Merlinem, a kto wie, czy nie samym pradawnym bogiem Odynem, ale w miasteczku Hameln wszyscy wiedzieli, że Ruda Hilda, córka młynarza, którego piorun Bóg wie za jakie grzechy prawie na śmierć poraził, postradała zmysły. Przebąkiwano, że ojcem bękarta musiał być ów grajek szczurołap, który w roku czarnej śmierci przeklął miasto i całe jego potomstwo. W każdym razie Hameln odetchnęło zapewne z ulgą, gdy Hilda zniknęła z dzieckiem w niewyjaśnionych okolicznościach.
Wrzosowisko było tym, co najlepiej pamiętał z dzieciństwa. Nigdy nie dowiedział się, w jaki sposób zdołali zawędrować z Niemiec do północnej Szkocji, ale mroczny, zasnuty mgłą krajobraz z łagodnymi wzgórzami w oddali stał się krainą jego dzieciństwa. Mieszkali w niedużej chatce w pobliżu mieściny Elgin, na polu, na którym rozegrała się kiedyś wielka bitwa. Nie wiedział, z czego się utrzymywali, a jedynymi osobami, które ich odwiedzały, były stare kobiety mieszkające w pobliskim lesie, snujące przy ogniu dziwaczne opowieści, mimo że za słuchaczy miały tylko obłąkaną kobietę i małego chłopca. Hilda z rzadka odzyskiwała odrobinę rozumu, ale nawet wtedy niewiele mówiła, często natomiast znikała na całe dnie w lesie i czasem na targu w miasteczku udawało jej się sprzedać to, co stamtąd wynosiła.
Gdy matka pewnej nocy niespodziewanie zaniemogła i zmarła, niespełna dziesięcioletni chłopiec, wołany przez miejscowych Angusem, wrzucił wydobyte spod podłogi pieniądze do sakiewki i udał się na plebanię. Ksiądz niechętnie zgodził się przybyć z grabarzem do zmarłej, ale gdy dotarli do obejścia, nie znaleźli ciała, za to chłopiec mógłby przysiąc, że pod stojącym na skraju zagajnika dębem dostrzegł przygarbione kobiece postacie. Gdy ponownie spojrzał w tamtą stronę, pod drzewem nie było nikogo, nie wspomniał więc o tym księdzu ani grabarzowi, którzy pogderali, że pewnie obłąkana omdlała tylko i powędrowała do lasu, gdzie może wreszcie przepadnie na wieki. Zażądali za fatygę sporej części pieniędzy, a chłopiec usiadł na progu zastanawiając się, co robić dalej.
Życie wyręczyło go w tej decyzji. Przed wieczorem w obejściu zjawili się żołdacy w przyrdzewiałych kolczugach i zabrali go do pobliskiego zamku, gdzie został pozbawiony sakiewki i wtrącony do lochu. Ucieszył się, gdy otrzymał miskę przypalonej owsianki i dzban z wodą, zaczął już bowiem odczuwać głód.
– Za co cię tu wrzucili, młodziku? – rozległ się świszczący głos, gdy tylko strażnik zamknął za sobą ciężkie drzwi.
Angus podskoczył, omal nie wypuszczając misy z rąk, i spojrzał w kierunku głosu, ale ciemność panująca w lochu nie pozwoliła mu nic dostrzec.
– Nie wiem – odburknął.
– Nigdy nie wiedzą – zaśmiał się tamten chrapliwie. – Nie to, co ja.
Gdy chłopak nie wyraził zainteresowania, niewidoczny więzień bez zachęty podjął dalszą opowieść.
– Jestem Krzywonogi Fergus i byłem, wiedz to, obdartusie, medykiem tutejszego thana. – Angus nie miał pojęcia, co znaczą słowa medyk i than, ale nie miał ochoty zadawać pytań. – Razu pewnego nie powiodło mi się z miksturą, która miała uleczyć wielką panią, no więc wrzucili mnie do tej studni. Dlatego tylko nie idę pod topór, że nie mają w okolicy innego medyka i wolą nie tracić ostatniego, jaki im się ostał, mimo że partacz.
Angus domyślił się, że medyk musi być kimś takim, jak te staruszki, które odwiedzały Hildę i pomagały mu, gdy gorączkował lub wymiotował. Kimkolwiek był than, nie miał widocznie pojęcia o medykach mieszkających w pobliskim lesie.
– Strażnik to poczciwy człowiek, mówił mi, że nie wiedzą, czy nie powinni mnie o czary oskarżyć, jako że pani konała w męczarniach, imion wszystkich diabłów zamiast świętych wzywając…
Chłopiec wreszcie zainteresował się opowieścią medyka.
– Mój ojciec ponoć był czarownikiem – powiedział, uznając to za swój jedyny powód do dumy.
Gdzieś na lewo od niego zaszeleściła słoma i brzęknął łańcuch.
Apage… – wycharczał Fergus. – Nie mów głośno takich rzeczy. Ja cię nie wydam, bo to nie mój interes, ale nie chcesz skończyć w męczarniach… Ejże, zaczekaj, toś ty pewnie synem tej obłąkanej, co jakieś sześć lat temu osiedliła się na wrzosowisku pod Elgin, nie gadała z początku ani słowa po ludzku, a w mieście ją przezywali wiedźmą?
Angus uznał, że opis pasuje do jego matki, więc przytaknął.
– Bękart jesteś i tyle, matka postradała zmysły, jak gach ją rzucił, albo od początku była niespełna rozumu, to widziała czarownika w uwodzicielu. Nie ma żadnych czarów, a nawet jeśli są, to ani tobie, ani mnie, ani nawet thanowi nic do tego. I nie gadaj takich rzeczy, jak cię than weźmie na rozmowę, żebyś sobie nie napytał biedy.
Chłopiec nie odpowiedział, ale w głębi duszy wiedział swoje.
– Skoro nie znasz czarów – odezwał się w końcu – to jakim sposobem mnie tu dostrzegłeś, gdy ja cię nie widzę?
– Głupiś, chłopcze, jak i twoja matka. Ja tu już kolejny rok gniję, to oczy nawykły do ciemności. Prześpij się lepiej, jutro cię wezmą na spytki, bo musiałeś coś przeskrobać, skoro cię tu wrzucili.
Następnego dnia chłopiec istotnie został poprowadzony przed oblicze thana – który okazał się panem zamku i okolicy, wysokim chudym mężczyzną w poplamionym tartanie – po czym puszczony wolno, gdy nie dowiedziono mu, jakoby zabił matkę. Kiedy mieli go już wyprowadzić z wielkiej sali, zdobył się na odwagę.
– Wielki panie – powiedział drżącym głosem – pozwól mi zostać u siebie na służbie.
– A co ty umiesz, przybłędo? – Than roześmiał się głośno, sięgając po ozdobny cynowy kubek z ciemnym piwem.
– Znam się nieco na ziołach – odpowiedział, przypominając sobie podsłuchiwane czasem rozmowy matki ze starymi kobietami. – Mógłbym się na medyka uczyć.
Zgromadzeni w sali wojacy wybuchnęli głośnym śmiechem.
– A wiesz ty, chłopcze, ile czasu na medyka uczyć się trzeba i ile to kosztuje? – ryknął jeden z nich, jasnowłosy nieduży mężczyzna.
– Podobasz mi się, chłopcze – odpowiedział than, uciszając pozostałych. – Przyjmę go do służby, bo tak mi się podoba! – zagrzmiał w stronę rechoczących towarzyszy. – Zastąpisz w stajni Gavina, który miesiąc temu zwichnął kark i długo nie pociągnie. W wolnym czasie możesz się uczyć czytać i pisać u księdza.
Praca stajennego odpowiadała Angusowi: po latach przeżytych na pustkowiu lepiej rozumiał się ze zwierzętami niż z ludźmi. Konie słuchały go, jakby miały własny rozum, a i jemu się nierzadko zdawało, że lepiej niż inni odgaduje ich potrzeby. Koniuszy nie mógł się nadziwić, ale z obawy o własną posadę nie przesadzał w pochwałach chłopaka. Za to braciszkowie nie mieli lekkiej ręki i Angus poznał wnet na własnej skórze, jak ciężka jest nauka, ale po roku czytał już i pisał, koślawo wprawdzie, ale zawsze. W następnym roku, gdy tym razem than zachorował, wypuszczono z lochu Fergusa, bo pan i bez uroków pluł krwią, a gdy okadzania nic nie pomagały, bluźnił przeciw imieniu bożemu i świętym pańskim. Angus powitał powrót dawnego współwięźnia z radością, ale i niepokojem, czy starzec będzie pamiętał o złożonej mu obietnicy – i prawie tańczył ze szczęścia, gdy medyk przyzwał go do łoża chorego, a następnie wziął na pomocnika.
• • •
« 1 2 3 4 5 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Welesówna i niezbyt żywi mieszkańcy Brzózki
Mika Modrzyńska

2 XI 2019

Przez chwilę nic się nie działo. Dopiero po kilku minutach grupka stworzeń takich jak wodnik, choć drobniejszych i… bledszych, wynurzyła się z wody i podeszła do brzegu, prowadząc między sobą wierzgającą na wszystkie strony Martynę.

więcej »
Ilustracja: Katarzyna Szymonik

Dobry glina
Marianna Szygoń

19 X 2019

Gość nie wyglądał na przejętego cudownym ocaleniem. Ogólnie rzecz biorąc, wyglądał na kogoś, komu bycie martwym nie zrobiłoby wielkiej różnicy. Blady, z woskową cerą i mętnym spojrzeniem, przypominał raczej żywego trupa niż poborcę zaległych czynszów.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Chleb
Iwona Michałowska

5 X 2019

Pożyczam bułkę ze straganu Kodiego. Jutro i tak nikt jej nie kupi. Żuję. Rozalia mówi, że jego pieczywo ma smak. Kogo obchodzi smak? Chleb ma wypełnić żołądek. Bułka trochę cierpka, jakby dodał do niej jakiejś goryczki. Wieje coraz mocniej, na wszelki wypadek zwijam daszki straganów. Siostra Kodiego jest dość odporna, a jednak już poszła. On pewnie też byłby odporny, gdyby nie ta blizna. Zranił go brat, nim odszedł z wiatrem. Tym samym, który zabrał moją matkę.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.