Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 21 lipca 2019
w Esensji w Esensjopedii

Agnieszka Fulińska
‹Auto da fe›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAgnieszka Fulińska
TytułAuto da fe
OpisNaukowo i hobbystycznie zajmuje się historią i kulturą XVIII i XIX w., ale nie przepada za „typowym wiktorianizmem”. Debiutowała opowiadaniem „Kobieta, która słyszała smoki” w tomie „Dragoneza” Fantazmatów, w tym roku w różnych miejscach ukaże się jeszcze kilka różnych opowiadań, a w przygotowaniu autorski zbiór historyjek kryminalno-fantastycznych, osadzonych w nieco alternatywnej dziewiętnastowiecznej Francji. Współautorka powieści dla młodzieży pt. „Mysia Wieża” (2019), w najbliższych planach ma także wydanie powieści przygodowo-fantastycznej dziejącej się w czasach napoleońskich. Niepoprawna wielbicielka samochodowych włóczęg po Europie śladami historii i archeologii, targów staroci, wszelkiej fantastyki oraz opery.
Gatunekfantasy

Auto da fe

Agnieszka Fulińska
« 1 2 3 4 5 »

Agnieszka Fulińska

Auto da fe

Czekanie dłużyło się. Zamierzał już odejść i ponownie ruszyć w świat, gdy w antykamerze pojawił się gruby sekretarz i skinął na niego.
– Ekscelencja zgodził się was przyjąć, ale nie zajmujcie za dużo czasu – powiedział, pusząc się jak paw.
Skinął głową. Czuł w myślach zamęt: oto wreszcie postanowił skończyć z tym wszystkim, uwolnić się poprzez oczyszczający ogień od przeklętego życia, przy którym trzymał go wyłącznie strach przed bólem i niewiadomym. Ludzki strach. Dawno już powinien był się go wyzbyć.
• • •
– Lęk przed nieznanym krajem, z którego nikt nie powrócił.
Siedzieli w tawernie od wielu godzin. Było za co pić – w teatrze Pod Kulą Ziemską odbyło się pierwsze przedstawienie. Powinni tańczyć po stołach i podszczypywać dziewczęta, ale ich wzięło na pijackie dysputy o lęku przed śmiercią. Gdy jeden z wesołych kompanów wywołał medyka Angusa, który jak zwykle z kąta przysłuchiwał się popisom aktorów i poetów, ten przez chwilę rozważał obrócenie wszystkiego w żart poprzez wyjawienie im, od jak dawna błąka się po tym świecie, jak bardzo jest znużony.
– Śmierć jest jak sen – zaczął. – Tylko sny są przeszkodą…
Nieprawda, pomyślał, nieprawda. Przeszkodą jest lęk przed tym, co kryje się o ten krok dalej. Sny są dobre.
• • •
Ekscelencja okazał się wysokim, dobrze zbudowanym, lekko łysiejącym mężczyzną w nieskazitelnie białym habicie. Czarny płaszcz zwisał niedbale z poręczy fotela, a na biurku piętrzyły się stosy papierów. Wielebny don Estebán wystudiowanym gestem odłożył pióro, podniósł na przybysza znudzony wzrok i oszczędnym ruchem dłoni wskazał mu krzesło przed sobą. Sekretarz oznajmił nazwisko i wycofał się w pokłonach.
– Cóż cię do nas tak pilnie sprowadza, señor… Villiger? – Głos inkwizytora zabrzmiał zgrzytliwie, jakby ktoś przeciągnął zardzewiałym nożem po szklanym talerzu.
– Chciałem złożyć zeznanie.
Inkwizytor rzucił mu udręczone spojrzenie.
Señor Villiger… – Głos dominikanina rozpływał się w powietrzu.
• • •
– Kogo mam zaanonsować?
Przypomnienie zabolało jak uderzenie nożem. Nie miał na imię Angus, choć tak go wołali, odkąd sięgał pamięcią. W Hameln nazwali go Torsten. Głupek. Głupia matka, to i syn będzie głupi, powiadali. A że ojca nie znano, to dziecko zostało nazwane po dziadku i matce, przez pierwsze lata chłopiec zwał się więc Torsten Glaub. Gdy zaś rozeszła się pogłoska, że Torsten jest nasieniem przeklętego przybłędy, miejscowi wymyślili mu jeszcze jedno przezwisko – Rattenschwanz, Szczurzy Ogon.
Nie pamiętał tego aż do obecnej chwili, więc na dworze thana powiedział, żeby wołać go Angus, bo nie znał dla siebie innego imienia.
– Jak was zwą? – zapytał zniecierpliwiony dworak, przestępując z nogi na nogę.
– Angus Villiger – odpowiedział Torsten Rattenschwanz, syn Hildy Glaub z Hameln.
– Było od razu tak mówić. – Tamten skrzywił się. – Jego wielebność gorączkuje i tylko w was pokłada nadzieję, a wy tu jak ten wół na malowidła się gapicie – gderał, prowadząc gościa korytarzami.
Angus wyleczył kanonika, a jako zapłaty zażądał niedużego obrazka.
– A bierzcie. – Wielebny machnął ręką. – Biskup i tak już napominał kilka razy, żebym to pogaństwo ze ściany zdjął, to i biskupowi świeczka i wam ogarek. – Zaśmiał się niczym z dobrego dowcipu.
W ten sposób Angus-Torsten stał się właścicielem wymalowanego na desce korowodu dzieci opuszczających miasteczko w ślad za grającym na piszczałce pstrokato ubranym młodzieńcem. W tłumie przedstawionych na obrazie gapiów dostrzegł, mógłby przysiąc, twarz matki.
• • •
Ciężkie zasłony w oknie gabinetu inkwizytora wydęły się, mimo że dusznym powietrzem nie poruszał nawet najlżejszy podmuch. Dominikanin jednak nie zauważał tego. Bębnił palcami w blat, nie podnosząc oczu na gościa.
Señor Villiger – odezwał się w końcu. – Nie mogę przyjąć pańskiego zeznania.
Pomimo tego? – pomyślał, spoglądając na zasłony, przypominające teraz żagle karaweli na pełnym morzu.
– Ekscelencjo… Co zrobić, żebyś uwierzył?
Inkwizytor patrzył mu prosto w oczy.
• • •
Na służbie u młodego thana, który objął władzę po śmierci ojca, pozostał ponad dziesięć lat. Uciekał nocą, okryty niesławą, oskarżony o czary, gdy dwórka starej pani napomknęła przy wieczerzy, że mistrz Angus musiał zawrzeć pakt z szatanem, by posiąść wiedzę i wieczną młodość. Than babie w nos się zaśmiał, ale zawezwał medyka, kazał mu siodłać konia i uchodzić na angielską stronę, bo on go przed lochem i toporem uchronić nie zdoła.
Angus zaszył się w lasach, gdzie błąkał się bez celu przez dwa lata z dala od siedzib ludzkich, żywiąc się korzeniami. Niedługo mu zeszło, zanim dostrzegł, że potrafi przyzwać ogień bez krzesiwa albo wyleczyć ranę dotknąwszy jej tylko dłonią, a z wilkami rozmawiał jak z ludźmi. Czary to, ani chybi, myślał, jak mam powrócić do ludzi?
Pomyślał o wrzosowisku, o tym wzgórzu, gdzie po raz ostatni widział matkę, ale zawędrował już tak daleko, że nie potrafiłby tam wrócić, a ludzi bał się pytać.
• • •
Inkwizytor nie patrzył już na niego. Kiedy kałamarz na biurku przewrócił się bez przyczyny, a mimo to atrament nie wylał się na blat, don Estebán wbił wzrok w leżącą przed nim czystą kartę papieru i nie podnosił oczu na gościa.
– Ile razy w życiu, ekscelencjo, będziesz miał okazję złapać prawdziwego czarownika?
Dominikanin wzdrygnął się, po czym ponownie spojrzał rozmówcy prosto w oczy. Milczał.
– Czy tamten nieszczęśnik, który wczoraj spłonął na stosie, potrafiłby poruszyć przedmiot na twoim biurku? Zachować młodość przez ponad trzysta lat? Spójrz na mnie! – wybuchnął przybysz. – Jako Villiger leczyłem w Anglii biskupów i opatów na długo przed tym, jak król Henryk zerwał z Rzymem i odebrał majątki moim pacjentom. Jako mistrz Cristoforo służyłem twojej księżniczce Katarzynie, zanim król oddalił ją od swego łoża. Leczyłem żeglarzy, których jego córka wysłała przeciw waszej niezwyciężonej armadzie, jako Angus Cranby… Tak, mam słabość do tego imienia, jedynej rzeczy, która przypomina mi, że kiedyś… krótko, dawno temu, żyłem jak zwyczajny człowiek.
Kiedyś byłem człowiekiem, pomyślał.
– Villiger – odezwał się niemal błagalnie inkwizytor, podnosząc wreszcie wzrok. Ten ton stanowił zaskoczenie. – Musisz być bardzo naiwny, jeśli myślisz, że Święte Oficjum szuka czarowników.
Przez chwilę spoglądali sobie w oczy w milczeniu. Przybysz chciał coś powiedzieć, ale don Estebán uniósł upierścienioną dłoń, dając mu do zrozumienia, że nie skończył.
– Oskarżenie o czary jest dla nas użytecznym narzędziem – ciągnął. – Ale, Villiger, słuchaj uważnie: ja nie mogę ryzykować, że mój skazaniec, polityczny wróg mój albo króla, zacznie wśród płomieni odprawiać prawdziwe gusła. Pospólstwo jeszcze mocniej by w czary uwierzyło, a na to nie możemy pozwolić. Dlatego nie chcę cię tu więcej widzieć, a jeśli zechcesz poza tym pokojem rzucać zaklęcia i cuda wyczyniać, obwołam cię obłąkanym. Cokolwiek powiem, alkad uwierzy… Następne trzysta lat spędzisz w żelaznych kajdanach w miejscu, gdzie nikt nie będzie liczył, jak długo żyjesz, bo tylko będą ci rzucać strawę przez kraty jak psu.
Udręka znikła z twarzy zakonnika, a jej miejsce zajęło błogie zadowolenie z siebie i z wygłoszonej właśnie mowy. Don Estebán wyciągnął rękę z pierścieniem na znak, że audiencja skończona.
– Nie musisz całować – rzucił.
• • •
« 1 2 3 4 5 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

O księżniczce i smokach
Agnieszka „Raven” Szmatoła

20 VII 2019

Z zapartym tchem czekała na odpowiedź. Ta nadeszła, choć niewerbalna. Wejście jaskini zalśniło ciepłym światłem, a ściany zadrżały lekko od głośnego mruczenia. Księżniczka weszła do jaskini.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Bardzo trudne samobójstwo
Magdalena Świerczek-Gryboś

6 VII 2019

Na zewnątrz jest jaśniej, nie ma już monstrualnych gór, choć ocean pozostaje wzburzony, z pianą na rozkrzyczanych pyskach fal. Kinia chyba nie nabiera wody. Parametry jachtu nie są najgorsze. Sprawdzam czas, byłam nieprzytomna kilka godzin, niedługo zapadnie wieczór.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Chomik
Marta Potocka

25 V 2019

Z chomikami najtrudniejszy jest pierwszy krok. Im dłużej chomikują, tym trudniej jest ich złamać, ale kiedy już raz sprzeniewierzą się swoim chorym zasadom, zwykle puszczają im hamulce i rozpoczyna się konsumpcyjna orgia.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.