Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 20 października 2019
w Esensji w Esensjopedii

Jakub Sobalski
‹Wędrowiec›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorJakub Sobalski
TytułWędrowiec
OpisJakub Sobalski – urodzony w roku 1988 w Krakowie. Absolwent Akademii Górniczo-Hutniczej, mgr inż. elektrotechniki, Kierownik robót budowlanych. Literacko debiutował w roku 2012 tomikiem poezji „Zrywanie realności” który ukazał się drukiem wydawnictwa Miniatura. Z zamiłowania pisarz i muzyk.
Gatunekfantasy

Wędrowiec

1 2 3 4 »
Kiedy właściciel przybytku mnie zobaczył, pobladł cały. Chciał coś rzec, ale z rozdziawionych ust wyszło tylko „yhym”. Spojrzałem na niego z pogardą. Wskazałem mu palcem na tylne wyjście. Cofnął się, drążącymi rękoma odciągnął rygiel i wypadł na mróz w samej koszuli.

Jakub Sobalski

Wędrowiec

Kiedy właściciel przybytku mnie zobaczył, pobladł cały. Chciał coś rzec, ale z rozdziawionych ust wyszło tylko „yhym”. Spojrzałem na niego z pogardą. Wskazałem mu palcem na tylne wyjście. Cofnął się, drążącymi rękoma odciągnął rygiel i wypadł na mróz w samej koszuli.

Jakub Sobalski
‹Wędrowiec›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorJakub Sobalski
TytułWędrowiec
OpisJakub Sobalski – urodzony w roku 1988 w Krakowie. Absolwent Akademii Górniczo-Hutniczej, mgr inż. elektrotechniki, Kierownik robót budowlanych. Literacko debiutował w roku 2012 tomikiem poezji „Zrywanie realności” który ukazał się drukiem wydawnictwa Miniatura. Z zamiłowania pisarz i muzyk.
Gatunekfantasy
Świeży śnieg skrzypiał pod moimi butami, kiedy przedzierałem się przez zasypany puchem las. Pomiędzy nagie gałęzie wnikały promienie dnia, rozświetlając okolicę przenikliwą, białą jasnością. Zmrużyłem oczy i spojrzałem na stąpającego obok Vilda.
Zwierzę pytająco przekrzywiło głowę. W różnokolorowych oczach czaiło się uczucie, którego nie zaznałem nigdy od żadnego z ludzi. Psu dokuczał głód i pragnienie – podobnie jak mnie. Tegoroczna zima należała do wyjątkowo ciężkich. W dziczy trudno było wytropić zwierzynę, mój towarzysz był równie wychudzony jak ja. Wiedziałem, że ten marsz odbierze nam ostatnie resztki energii.
– Już niedaleko – rzekłem do niego i pogłaskałem po srebrnej sierści, próbując dodać sił nam obu.
Przeniosłem wzrok na skraj głuszy. Znajdowałem się blisko celu, jednak dla wyczerpanego wędrowca przejście takiej odległości wydawało się nie lada wyczynem. Pomyślałem o niesionej na plecach broni. Ogromny miecz ważył swoje. Przez chwilę dręczyła mnie ochota, aby go tu zostawić, wiedziałem jednak, że tego nie zrobię. Bez broni niechybnie bym zginął.
Zmusiłem się do uczynienia kroku. Potem następnego. Śnieg skrzypiał. Umysł począł odmawiać świadomości. Tylko miarowy rytm i powtarzanie tego ruchu. Zimno, pragnienie, głód. A u celu pogarda… taki już mój los.
• • •
Znajdująca się w dolinie wioska położona była całkiem blisko. Wystarczyło zejść po wijącej się wzdłuż niewielkiego zbocza ścieżki. Widok dymu z kominów sprawił, iż po mojej skórze przebiegł dreszcz. Odgoniłem jednak myśli o ciepłym schronieniu, wiedząc, że nie od razu przyjdzie mi się ogrzać.
Zszedłem w dół powoli, oszczędzając tę resztkę sił, która mi pozostała. Kiedy wszedłem pomiędzy zabudowania, wszystkie okiennice i drzwi zostały zamknięte z hukiem. Zdawać się mogło, że nagle miejscowość opustoszała. Chaty z drewnianych bali, pokryte białym śniegiem, stały w absolutnej ciszy.
Przystanąłem, ledwie trzymając się na nogach. Vild również miał dość, chociaż psina nie dawała po sobie tego poznać. Podniosłem głowę i spojrzałem przed siebie wzdłuż głównego placu. Na jego końcu znajdowała się karczma.
– Jeszcze chwila – szepnąłem do czworonoga. Nagle wstrząsnęły mną dziwne uczucia – jakaś tęsknota za stałym domem. Zmusiłem się, aby ukryć wszelkie emocje. Wiedziałem, że mieszkańcy przyglądają mi się z najciemniejszych zakamarków swoich domostw. A ja nie mogę okazać słabości. Jestem Wędrowcem.
Dotarłem do budynku, jednak nie przekroczyłem progu. Odpiąłem od pasa mieszek wypełniony srebrnymi i miedzianymi monetami, a następnie położyłem go przed wejściem. Oddaliłem się i przystanąłem obok zastanawiając się, jak bardzo strachliwy jest karczmarz i jak długo będę musiał czekać. Bezpośrednie wejście do środka spowodowałoby jednak tylko wybuch niepotrzebnych emocji. Feerię barw…
Właściciel przybytku nie okazał się, na szczęście, wyjątkiem. Chciwość wzięła górę nad lękiem – jak to zwykle bywa. Drzwi uchyliły się i ręka porwała pieniądze do środka. W szczelinie dostrzegłem jedną źrenicę, która zdążyła spojrzeć w moje, czarne niczym najgłębsza ciemność, oczy. Skrzydło zatrzasnęło się szybko. Uśmiechnąłem się krzywo do siebie. Przyjął zapłatę – teraz już się nie wymiga.
Powolnym krokiem udałem się do wejścia, które rozwarło się przede mną. Z pozoru nie było za nim żywej duszy. Ciepło wnętrza otuliło mnie, gdy przekroczyłem próg.
– Vild, za mną – wydałem komendę i udałem się po schodach na piętro. Tutaj jedne drzwi do pokoju gościnnego stały otworem. Wszedłem tam, a za mną mój pies.
Proste łóżko, znajdujące się pod skosem dachu, było najprzyjemniejszą rzeczą, jaką zobaczyłem od kilku miesięcy. Obok znajdowała się szafka nocna, a na niej lampka naftowa oraz miska z wodą. Przy prostej ścianie stała większa, wyciosana z buku, szafa na ubrania.
W dachu znajdowało się niewielkie, półokrągłe okno. Wyjrzałem przez nie. Na zewnątrz wiatr dmuchał coraz mocniej, zanosiło się na śnieżycę. Podziękowałem bogom, że nie dopadła mnie w dziczy.
Począłem najpierw rozkładać swoje rzeczy, a potem ściągać ubrania, rozcierając jednocześnie skostniałe członki. Vild położył się na kołdrze i, oddychając miarowo, zmrużył oczy. Po chwili jednak nadstawił uszu i podniósł czujnie łeb. Rozległo się pukanie.
– Spokój – wyszeptałem.
Otwarłem drzwi i uchwyciłem wzrok karczmarki, która wyglądała zza rogu schodów, ciekawa mojego wyglądu. Nie zdążyłem założyć koszuli, więc musiała dostrzec moje poorane licznymi bliznami ciało. Widoku dopełniła twarz naznaczoną oczami z mrocznym darem. Dziewczyna schowała się szybko. Słyszałem, jak jej serce kołacze w piersi, kiedy stała przytulona do ściany. Widziałem, jak strach ulatuje z niej ciemnoniebieską smugą. Nic nowego.
Podniosłem posiłek, który przyniosła i schowałem się w pokoju. Jedliśmy razem z Vildem powoli, ciesząc się każdym kęsem ciepłej strawy i popijając ją cudowną, czystą wodą. Porcja była uczciwa, wiedziałem jednak, że to dla nas za mało. Odszukałem w rzeczach kolejną sztukę srebra i zostawiłem ją wraz z pustymi naczyniami przed wejściem.
Oni to zrozumieją. Będą wiedzieć, że lepiej, bym nie schodził na dół. Tak jest lepiej dla wszystkich…
Opadłem na łóżko i zakopałem się w pościeli. To była cudowna chwila. Zmęczenie opadło na mnie z siłą tysięcy młotów. Rzeczywistość zatarł sen.
• • •
Śniłem… Był ogromny. Potężny. Górował pośród skłębionych czarnych chmur i piorunów. Otoczony duszami tych, których musiałem uśmiercić. Widziałem kolory – jak zwykle. Pośród zmieniających się co chwilę barw dostrzegłem odcienie, które wskazywały na wyrzut i pretensje w stosunku do mnie. Cóż, taka moja dola. Jestem Wędrowcem.
Obudziło mnie pukanie. Otwarłem oczy i zobaczyłem poranne słońce, które sączyło się do pomieszczenia poprzez półokrągły otwór. Vild nadstawił uszu i czujnie patrzył w stronę, z której dobiegł dźwięk.
Przeciągnąłem się, podszedłem do drzwi, odciągnąłem rygiel i uchyliłem skrzydło, chcąc zabrać posiłek. Stanąłem jednak jak wryty. Dziewczyna, która poprzedniej nocy przyniosła mi kolację, nie uciekła jak poprzednio. Teraz zobaczyłem ją w pełnym świetle. Przyglądała mi się z ciekawością oczami barwy głębokiej zieleni. Kasztanowe, kręcone włosy otulały okrągławą, delikatnie piegowatą twarz. Płonęła purpurą ciekawości.
– Przyniosłam śniadanie – rzekła i uśmiechnęła się delikatnie.
– Dziękuję – zdołałem wyjąkać ochrypłym, niskim głosem.
Zabrałem szybko tacę z jej dłoni i zamknąłem na powrót drzwi trzaskając zamkiem. Ze zdumieniem stwierdziłem, że mój puls przyspieszył. Później jednak doszedłem do wniosku, że to naturalne. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów ktoś okazał mi inne uczucia niż pogarda, nienawiść, wstręt czy strach.
Czy dostrzegłem to już wtedy? Być może. To drgnęło w mojej duszy Wędrowca. Jednak, ze względu na niezwykłość całej sceny, nie poznałem lub zignorowałem to uczucie. Jakim głupcem byłem…
Porcja tym razem okazała się podwójna. Uśmiechnąłem się do Vilda.
– Musimy nabrać sił, stary – szepnąłem i zabraliśmy się do jedzenia.
• • •
Przeleżałem cały dzień nabierając sił i czytając poezję, schowaną głęboko w moim plecaku. To zabawne, że mój wzrok dostrzegał również emocje w słowach. Płonęły one przepięknymi kolorami. Uwielbiałem to. Jedna z niewielu rzeczy, która sprawiała mi radość.
W ciągu dnia musiałem kilka razy wyjść na zewnątrz, aby załatwić swoje i Vilda potrzeby. Za każdym razem, kiedy przechodziłem, korytarz był pusty. Czułem jednak, że obserwują.
Pod wieczór za oknem rozległ się tętent końskich kopyt. Wyjrzałem przez szybę. Dzień umierał szkarłatem i purpurą. W powietrzu unosił się zapach palonego drewna. Ludzie grzali chałupy przed nocą. Pod karczmę zajechało czterech jeźdźców. Dostrzegłem częściowe zbroje i broń. Byli w doskonałych humorach. Zsiedli z wierzchowców i przekroczyli próg gospody. Chłopak stajenny dopadł do ich rumaków, próbując je uspokoić i odprowadzić do stajni.
Oglądałem pusty dziedziniec jeszcze przez chwilę. Potem sprawdziłem, czy rygiel został dobrze zaciągnięty. Wróciłem do czytania w świetle lampy naftowej.
• • •
1 2 3 4 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: Katarzyna Szymonik

Dobry glina
Marianna Szygoń

19 X 2019

Gość nie wyglądał na przejętego cudownym ocaleniem. Ogólnie rzecz biorąc, wyglądał na kogoś, komu bycie martwym nie zrobiłoby wielkiej różnicy. Blady, z woskową cerą i mętnym spojrzeniem, przypominał raczej żywego trupa niż poborcę zaległych czynszów.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Chleb
Iwona Michałowska

5 X 2019

Pożyczam bułkę ze straganu Kodiego. Jutro i tak nikt jej nie kupi. Żuję. Rozalia mówi, że jego pieczywo ma smak. Kogo obchodzi smak? Chleb ma wypełnić żołądek. Bułka trochę cierpka, jakby dodał do niej jakiejś goryczki. Wieje coraz mocniej, na wszelki wypadek zwijam daszki straganów. Siostra Kodiego jest dość odporna, a jednak już poszła. On pewnie też byłby odporny, gdyby nie ta blizna. Zranił go brat, nim odszedł z wiatrem. Tym samym, który zabrał moją matkę.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Sörensen
Bartek Szumowski

24 VIII 2019

A dla mnie to definicja życia. Tysiące poranków, kiedy powtarzamy sobie, że tym razem musi być dobrze. Setki przedmiotów, które teraz na pewno będą warte wydanych na nie pieniędzy. Książkowe ścierwo, które wystarczyło zareklamować jako literackie odkrycie, a je kupiliśmy. Pracodawcy, którzy mają nie wyjść na tych, co widzą w podwładnych niewolników, i pracownicy, którzy przecież nie mogą być przygłupami od A do Z. Przyjaźnie zawiązywane, bo niemożliwe, żeby wszyscy okazywali się na końcu (...)

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.