Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 16 września 2019
w Esensji w Esensjopedii

Bartek Szumowski
‹Sörensen›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorBartek Szumowski
TytułSörensen
OpisRocznik 1976. Pisze od liceum, kiedy stworzył artzina „Brytan Od Nowa”, gdzie publikował prozę i poezję swoją oraz swoich znajomych. Był cieciem, rozklejaczem plakatów, nauczycielem, a nawet pracował przy produkcji lodów. Przez większą część życia dziennikarz i redaktor w prasie, a także wydawnictwach. Wydał dwa autorskie zbiory opowiadań i Siedlecką Antologię Młodej Prozy „OD NOWA”. Od dwóch lat jeden z trzech współautorów internetowej opowieści w odcinkach „Pięć Tysięcy Znaków”.
Gatunekgroza / horror

Sörensen

1 2 3 »
A dla mnie to definicja życia. Tysiące poranków, kiedy powtarzamy sobie, że tym razem musi być dobrze. Setki przedmiotów, które teraz na pewno będą warte wydanych na nie pieniędzy. Książkowe ścierwo, które wystarczyło zareklamować jako literackie odkrycie, a je kupiliśmy. Pracodawcy, którzy mają nie wyjść na tych, co widzą w podwładnych niewolników, i pracownicy, którzy przecież nie mogą być przygłupami od A do Z. Przyjaźnie zawiązywane, bo niemożliwe, żeby wszyscy okazywali się na końcu egoistycznymi sukinsynami. Miłości, gdzie przy każdej powtarzamy, że jest pierwsza i prawdziwa. I tak w kółko i w kółko.

Bartek Szumowski

Sörensen

A dla mnie to definicja życia. Tysiące poranków, kiedy powtarzamy sobie, że tym razem musi być dobrze. Setki przedmiotów, które teraz na pewno będą warte wydanych na nie pieniędzy. Książkowe ścierwo, które wystarczyło zareklamować jako literackie odkrycie, a je kupiliśmy. Pracodawcy, którzy mają nie wyjść na tych, co widzą w podwładnych niewolników, i pracownicy, którzy przecież nie mogą być przygłupami od A do Z. Przyjaźnie zawiązywane, bo niemożliwe, żeby wszyscy okazywali się na końcu egoistycznymi sukinsynami. Miłości, gdzie przy każdej powtarzamy, że jest pierwsza i prawdziwa. I tak w kółko i w kółko.

Bartek Szumowski
‹Sörensen›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorBartek Szumowski
TytułSörensen
OpisRocznik 1976. Pisze od liceum, kiedy stworzył artzina „Brytan Od Nowa”, gdzie publikował prozę i poezję swoją oraz swoich znajomych. Był cieciem, rozklejaczem plakatów, nauczycielem, a nawet pracował przy produkcji lodów. Przez większą część życia dziennikarz i redaktor w prasie, a także wydawnictwach. Wydał dwa autorskie zbiory opowiadań i Siedlecką Antologię Młodej Prozy „OD NOWA”. Od dwóch lat jeden z trzech współautorów internetowej opowieści w odcinkach „Pięć Tysięcy Znaków”.
Gatunekgroza / horror
1.
Nie uczyniłeś mnie ślepym
Dzięki Ci za to Panie
– myśli z przyzwyczajenia Karolina, przecierając dłonią oczy i ziewając. Boli ją kark, a gdzieś pod czaszką swoje rychłe przybycie zapowiada migrena.
Nie uczyniłeś mnie garbatym
Dzięki Ci za to Panie
– podpowiada jej pamięć magistra polonistyki.
W pokoju jest pusto, jak zwykle w redakcji gazety lokalnej w późne popołudnie. Karolina siedzi przy wysłużonym biurku z dużym monitorem i klawiaturą o powycieranych klawiszach.
Na blacie panuje, mówiąc najkrócej, pierdolnik. Po lewej list od czytelnika, oczywiście, takiego po sześćdziesiątce. Dziś tylko oni mają czas na gryzmolenie żalów do świata na papierze – młodsi też w miarę chętnie wylewają swoje pretensje, ale już raczej w mailach. Temat obywatelskiego donosu, tym razem skreślonego małymi wąskimi literami, klasyczny: kiepska droga i brak chodnika. Świat się zmienia, telewizory chudną, telefony komórkowe mają parametry wczorajszych komputerów, a czytelnicy gazet utyskują wciąż na to samo – przychodzi na myśl Karolinie, nim przypomni sobie kolejny fragment wiersza.
Nie uczyniłeś mnie dziecięciem alkoholika
Dzięki Ci za to Panie
Na biurku, za listem, leży wysłużony redakcyjny dyktafon, a obok – liczący kilkanaście lat aparat fotograficzny. Zza niego wygląda zwinięte w kulkę opakowanie po wafelku w czekoladzie. Garść długopisów, zwykle o wypisanych wkładach, rozsypała się po karteczkach z chaotycznymi notatkami, wykonanymi podczas rozmów. Na wierzchu koperta z banku, w której rogu Karolina napisała dziś: „Burmistrz – zadzwonić wtorek 17-a”. Nie pamięta już jednak, czego dotyczy większość pozostałych notatek, choćby ta z wielgachnym i podkreślonym podwójnie: „NIE MOŻE”.
Nie uczyniłeś mnie wodogłowcem
Dzięki Ci za to Panie
Wie za to, że na biurku Konrada podobny rozgardiasz nie panował nigdy. Wystarczy rzut oka w stronę przeciwległej ściany, tej obok pokoju, gdzie dziennikarze, w zależności od okoliczności, przyjmują gości lub jedzą drugie śniadania. Sterylny wręcz porządek, żadnego zbędnego szpargału, który mógłby sugerować, że w tej branży pracują sami bałaganiarze. To biurko eksponat, ideał, do którego można zmierzać, ale nie uda się go nigdy osiągnąć.
W głowie Karoliny odzywa się kolejny zapamiętany lata temu fragment poezji.
Nie uczyniłeś mnie jąkałą kuternogą karłem epileptykiem
hermafrodytą koniem mchem ani niczym z fauny i flory
A może to wina samej Karoliny i szczęścia, którego los jej poskąpił? Może innym dziennikarzom udaje się nie wyjść na specjalistów od zamieniania biurka w chlew, bo ich praca wygląda inaczej?
Weźmy ten dzień. Na początek spisywanie tych kilku nagrań, którymi nie mogła się zająć w domu, bo inne teksty były „na wczoraj”. Oczywiście, rzecz dałoby się skończyć w godzinę czy dwie, ale dziś to jej przypadła rola zderzaka między tą częścią czytelników, którym nie wystarczają gniewne listy, a redakcją. Kto był pierwszy? A, kobieta żądająca sprostowania artykułu sprzed pół roku, choć Karolina przez dziesięć minut nie wyłowiła z potoku gróźb, co tak naprawdę wymaga owego sprostowania. Było więc szukanie w archiwum właściwego numeru i właściwego materiału, co wymagało rozkładania gazet na biurku Karoliny. A wtedy okazało się, że redakcja niewiele ma do prostowania, gdyż oburzający fragment to cytat z bloga, o który pretensje można mieć tylko do blogera. Gdy niezadowolona pani opuszczała już redakcję, zadzwoniła kolejna, tym razem żaląca się na bublowate kozaki. Karolina, oczywiście, zapisywała na bieżąco wszystkie szczegóły niefortunnego zakupu, zaśmiecając blat przed sobą kolejną karteluszką. Wszystko po to, by na koniec usłyszeć: „Ja nie chcę artykułu. Pani ma ich nastraszyć, żeby mi oddali pieniądze”. Kolejny raz tego dnia zapragnęła kogoś ugryźć.
Po pełnych pretensji czytelnikach były polecenia, których zapomniano jej wydać wcześniej, i dopraszanie się u lokalnych polityków (w tym burmistrza z notatki na kopercie) o autoryzację wypowiedzi. Oraz pośpieszne przełykanie wafelka, bo nagrania wciąż czekały, o normalnym posiłku w pokoju obok nie mogło być więc mowy. A kiedy już mogła wrócić do spisywania, zajęło to więcej niż godzinę. Jak łatwo zgadnąć – przez zmęczenie, wkurzenie i tę powoli nadchodzącą migrenę.
Dzięki Ci za to Panie
Ale dlaczego uczyniłeś mnie dziennikarzem?
– myśli Karolina, parafrazując puentę „Modlitwy” Bursy. Czuje obrzydzenie do swojej pracy i dojmującą chęć wtulenia się w Konrada.
Wtedy do pustego pokoju wchodzi naczelny, za plecami zawsze nazywany Mariuszkiem. Jest jak zwykle w garniturze, ale wygląda na sprzedawcę odkurzaczy lub doradcę ubezpieczeniowego – kogoś, kto będzie ci wciskał swój produkt, choć wcale go nie potrzebujesz.
Mariuszek staje w progu i chwilę się zastanawia. Wydaje się, że nawet nie zauważył dziennikarki przy biurku z karteluszkami i papierkiem po słodkości.
– Pani Karolino, proszę do mnie – mówi jednak i wykonuje w tył zwrot, nie czekając na reakcję.
2.
Gabinet naczelnego, zwłaszcza teraz, w półmroku zimowego popołudnia, jest pozbawiony wyrazu. Wygląda jak pokój, w którym, co prawda, stoi wiele mebli i przedmiotów, ale umieszczono je tam bez większego zastanowienia. Jakby ktoś wniósł to wszystko tutaj w drodze do właściwego miejsca przeznaczenia, postawił na chwilę, a potem porzucił.
Mimo to Mariuszek właśnie tu czuje się władcą w pełni absolutnym. Przy tym biurku i pod tym oknem niekompetencja oraz niezdecydowanie, dzięki którym zyskał w redakcji taki, a nie inny przydomek, zdają się go nie dotyczyć.
– Pani siądzie – mówi tonem, który na pewno uważa za władczy.
Karolina siada, opierając splecione nerwowo dłonie o biurko przed sobą. Głowa zaczyna ją boleć na dobre. Ból rozpalonym ostrzem wwierca się w przestrzeń za okiem i rozpycha się w głąb czaszki.
– Pani wie, że pani Rawacka odchodzi – bardziej stwierdza niż pyta Mariuszek, zupełnie nie zwracając uwagi na podwładną.
Tak, wiem, ty obślizgły fiucie. Rawacka postanowiła olać ciepłym moczem gazetę i przestać uszczęśliwiać ją pełnieniem w tym szmatławcu równie niezbędnej, co powszechnie lekceważonej, funkcji sekretarza redakcji. A ty na jej miejsce planujesz awansować jedną z moich tak zwanych koleżanek, od lat przekonanych, że są świetnymi dziennikarkami, bo przecież w szkole miały piątki z polskiego – pomyślałaby Karolina, gdyby nie czuła się tak zmęczona i przestraszona.
A w tej gazecie przestraszona czuje się bez przerwy. Nie, nie dlatego, że wisi nad nią realna groźba zwolnienia czy degradacji. To wina irracjonalnego przekonania, które zrosło się z Karoliną jak pasożyt, zatruwając jej myśli. Z tym strachem wygrywa chyba tylko niechęć do tego, co Karolina robi, pracując tutaj.
Naczelny przez dłuższą chwilę czeka na odpowiedź albo choćby przytaknięcie. Nie doczekawszy się, postanawia kontynuować, ale teraz już w sposób, który w tych okolicznościach może uchodzić za zbliżony do serdecznego.
– Pani Karolino… Ja się przyglądam pani pracy, pani wie – zaczyna Mariuszek, teraz już patrząc jej prosto w oczy. – Pani dobre pisze te teksty. I ludzie mówią, i dzwonią, że dobre. Ja też tak uważam – ciągnie, a w tym samym czasie przesuwa ręce na biurku w jej kierunku.
– Dziękuję – mówi dziennikarka, czując nagłą suchość w gardle. – Dziękuję, miło to słyszeć.
– No – oznajmia znów władczo przełożony Karoliny. Ale szybko wraca do nieszczerej przymilności. – I ja myślę, że coś z tym by trzeba było zrobić. Znaczy z tym, że pani Rawacka odchodzi i że pani dobrze pisze, prawda? No, bo jak to tak, marnować się z takim talentem? No, nie mam racji, pani Karolinko?
W Karolinie zaczyna kiełkować pomysł, żeby chociaż w myśli skrzywić się na obleśnie niedwuznaczne aluzje szefa. Nim jednak przestraszona część jej natury rozpocznie negocjacje z resztkami rozsądku, Mariuszek kładzie jedną ze swoich dłoni natarczywego sprzedawcy w okolicach palca serdecznego jej prawej dłoni. Tego z pierścionkiem, który dostała od Konrada.
– Pani Karolinko – powtarza niezrażony naczelny. – Mnie się wydaje tak… Jest problem, nie mam racji? Jest problem, no to trzeba rozwiązać ten problem. Ja tu za miastem taki domek mam – dodaje, a drugą ręką zatacza w powietrzu koło, jakby oznaczając strefę swoich wpływów. – Cicho, pani Karolinko, spokojnie… Łono, że tak powiem, natury. Pojedziemy, porozmawiamy, no przecież gazeta musi mieć sekretarza. Nie mam racji? Pani opowie o tych swoich… No… O, kompetencjach. Pani opowie, coś zjemy, może jakieś winko wypijemy. Ja, wie pani…
1 2 3 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Wędrowiec
Jakub Sobalski

10 VIII 2019

Kiedy właściciel przybytku mnie zobaczył, pobladł cały. Chciał coś rzec, ale z rozdziawionych ust wyszło tylko „yhym”. Spojrzałem na niego z pogardą. Wskazałem mu palcem na tylne wyjście. Cofnął się, drążącymi rękoma odciągnął rygiel i wypadł na mróz w samej koszuli.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

O księżniczce i smokach
Agnieszka „Raven” Szmatoła

20 VII 2019

Z zapartym tchem czekała na odpowiedź. Ta nadeszła, choć niewerbalna. Wejście jaskini zalśniło ciepłym światłem, a ściany zadrżały lekko od głośnego mruczenia. Księżniczka weszła do jaskini.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Bardzo trudne samobójstwo
Magdalena Świerczek-Gryboś

6 VII 2019

Na zewnątrz jest jaśniej, nie ma już monstrualnych gór, choć ocean pozostaje wzburzony, z pianą na rozkrzyczanych pyskach fal. Kinia chyba nie nabiera wody. Parametry jachtu nie są najgorsze. Sprawdzam czas, byłam nieprzytomna kilka godzin, niedługo zapadnie wieczór.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.