Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 20 listopada 2019
w Esensji w Esensjopedii

Bartek Szumowski
‹Sörensen›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorBartek Szumowski
TytułSörensen
OpisRocznik 1976. Pisze od liceum, kiedy stworzył artzina „Brytan Od Nowa”, gdzie publikował prozę i poezję swoją oraz swoich znajomych. Był cieciem, rozklejaczem plakatów, nauczycielem, a nawet pracował przy produkcji lodów. Przez większą część życia dziennikarz i redaktor w prasie, a także wydawnictwach. Wydał dwa autorskie zbiory opowiadań i Siedlecką Antologię Młodej Prozy „OD NOWA”. Od dwóch lat jeden z trzech współautorów internetowej opowieści w odcinkach „Pięć Tysięcy Znaków”.
Gatunekgroza / horror

Sörensen

« 1 2 3 »
Niecierpliwe palce Mariuszka próbują wykonać jakiś gest, coś pomiędzy głaskaniem a poklepywaniem. W tym samym momencie za plecami Karoliny rozlega się szczęknięcie zamka. Ledwie kilka sekund później słychać stukot szpilek. Naczelny cofa obie ręce i szybko kładzie je na kolanach niczym przyłapany na czymś uczniak. W jego oczach dziennikarka widzi nagłą zmianę – z wulgarnego, ale pewnego siebie króla dżungli w zwykłego Mariuszka w jego codziennej, pierdołowatej wersji. Do pokoju, nie zawróciwszy sobie nawet głowy pukaniem do drzwi, wchodzi jego żona. To germanistka z pobliskiego liceum, o której pustocie umysłowej połączonej z pewnością siebie krążą legendy.
– Idziemy – oznajmia tonem ostrym jak świst nahajki.
Wzrok kobiety prześlizguje się po Karolinie, co samej zainteresowanej w sumie pasuje. Do bólu, orzącego jej od dłuższego czasu mózg, w międzyczasie zdążyły bowiem dołączyć obłąkańcze bicie serca, pocące się plecy i palący policzki rumieniec.
Mariuszek wkłada tymczasem nadludzki wysiłek w udawanie, że nic się nie stało.
– A my tu, kochanie, właśnie skończyliśmy. Prawda, pani Karolino?
– Tak – odpowiada dziennikarka i wstaje z krzesła przed biurkiem. W tej chwili rwie ją chyba każdy możliwy mięsień. – To ja już pójdę.
Gdy naczelny oraz jego żona zatrzaskują za sobą drzwi redakcji, Karolina zamyka oczy i opiera gorące czoło o ścianę.
– Konrad – szepcze do pokoju dziennikarzy.
3.
Nie spieszy jej się z powrotem do pustego mieszkania. Przez kilka godzin krąży po galerii handlowej nieopodal kościoła. Karolina, która przed wyjściem z redakcji zdążyła połknąć proszek przeciwbólowy wielkości sporego owada, stara się nie myśleć o niczym. Idzie tam, dokąd prowadzi ją tłum węszący przeceny albo tłusty posiłek w którymś z tutejszych fast foodów. A jeśli akurat nie jest porywana przez ludzką falę, zmierza przed siebie, chyba że napotka koniec szerokiego korytarza albo zakręt. Do sklepów nie wchodzi, bo tam jest znacznie mniej miejsca na kręcenie się w kółko.
Kiedy w końcu dociera do siebie, mechanicznie przygotowuje sobie kąpiel, a potem robi obiad. To kolejny raz w tym tygodniu danie z podgrzanego w mikrofalówce plastikowego naczynia, smakujące niczym zmoczona tektura. Karolina zaczyna je jeść dopiero, kiedy papka jest prawie zimna. Potem wysyła Traszce sms-a: „W pracy rzeźnia. Zabierz mnie stąd”. Odpowiedź: „A Ty mnie. Nigdy więcej korpo” przychodzi po dwóch minutach. Karolina włącza telewizor i przez chwilę zmienia kanały. Tyle wystarcza, by przekonać się, że dziś denerwuje ją w zasadzie wszystko – od stacji informacyjnej, przez telezakupy, komedię czy powtórkę polskiej telenoweli, aż po animację dla trzylatków. Odkłada więc pilota, by przestać oszukiwać samą siebie, że tak naprawdę czeka na Konrada.
Siada w fotelu blisko wieży audio i, niczym wierny pies, zaczyna wpatrywać się w drzwi mieszkania. Nawet nie zauważa, jak mijają jej kolejne godziny. Rezygnuje, kiedy znać o sobie daje jej organizm. Wtedy, ociągając się, idzie do kanapy, sięga po koc i, nie ściągnąwszy nawet ubrania, kładzie głowę na poduszce w krowie łaty. Nim zdąży pomyśleć, że powinna zgasić światło, dopada ją sen.
4.
Kiedy otwiera oczy, zegar na ścianie wskazuje trzecią piętnaście. Konrad siedzi naprzeciwko – w fotelu, w którym ona warowała cały wieczór. Karolina nie widzi go dobrze, bo z lampki przy stole, na którym wciąż stoi brudny plastik po obiedzie, do fotela dociera niewiele światła. Ale to w najmniejszym stopniu nie przeszkadza dziennikarce.
– Jesteś – szepcze do niego rozpromieniona, choć ciągle zaspana.
– Jestem, Koralinko, jestem – odpowiada Konrad z uśmiechem. – Naprawdę nie mogłem być wcześniej. Sorry, sorrencja, Sörensen.
– No co ty? Nawet nie wiesz, jak się cieszę. Miałam chujowy…
– Koralina – strofuje ją Konrad, ale z jego twarzy nie znika uśmiech.
– Sörensen. Miałam naprawdę kiepski dzień. Sajgon i dziesięć plag egipskich razem wzięte. Ale to potem. Napisałeś coś nowego? – pyta, szczerze podekscytowana. Przez te parę chwil po zmęczeniu i bólu głowy nie ma śladu.
– Tak – odpowiada on i sięga do kieszeni bluzy. Wyjmuje z niej notatnik w czarnej, imitującej skórę, oprawie. Przez moment wertuje go w poszukiwaniu właściwej strony. – Chcesz posłuchać?
– Też pytanie! – prycha Karolina. – Dawaj szybko, bo się z niecierpliwości posikam!
Konrad znów udaje oburzenie, ale w końcu pochyla się nad zapiskami.
Die Definition von Wahnsinn ist, immer wieder das Gleiche zu tun und andere Ergebnisse zu erwarten. Albert Einstein – zaczyna czytać na głos. – Obłęd: powtarzać w kółko tę samą czynność, oczekując innych rezultatów. A dla mnie to definicja życia. Tysiące poranków, kiedy powtarzamy sobie, że tym razem musi być dobrze. Setki przedmiotów, które teraz na pewno będą warte wydanych na nie pieniędzy. Książkowe ścierwo, które wystarczyło zareklamować jako literackie odkrycie, a je kupiliśmy. Pracodawcy, którzy mają nie wyjść na tych, co widzą w podwładnych niewolników, i pracownicy, którzy przecież nie mogą być przygłupami od A do Z. Przyjaźnie zawiązywane, bo niemożliwe, żeby wszyscy okazywali się na końcu egoistycznymi sukinsynami. Miłości, gdzie przy każdej powtarzamy, że jest pierwsza i prawdziwa. I tak w kółko i w kółko. Ta chora nadzieja, że świat nie jest szary, biedny, głupi czy okrutny. Obłęd. Życie.
W pokoju zalega cisza. Karolina przerywa ją dopiero po dłuższej chwili.
– O kur… To znaczy: piękne. Piękne i mądre, chociaż, sam przyznasz, nieszczególnie napawające optymizmem. Naprawdę strasznie mi się podoba – mówi szybko, jakby bojąc się, że on zatamuje ten potok pochwał. – To coś w podobie aforyzmu czy raczej część większej całości?
– Dzięki – mówi Konrad, a w jego głosie słychać autentyczną nieśmiałość. – Chciałbym, żeby było początkiem opowiadania. Tyle że na razie za mało mam go w głowie, żeby było się czym chwalić. Jest tylko kilka puzzli. Dam znać, kiedy znajdę resztę zawartości pudełka. Ale dość o mnie. Opowiedz o swoim dniu, proszę – dodaje z naciskiem.
Więc Karolina opowiada, a jej oczy z minuty na minutę stają się coraz bardziej mokre. Opowiada o rzeźbieniu w kale, w które wiele miesięcy temu zamieniła się jej praca. O tym, jak przy zdrowych zmysłach utrzymuje ją jedynie przerobiona litania z wiersza autora „Zabicia ciotki”. O kilogramach jałowych treści, które codziennie przerzuca w redakcji, i czytelnikach gazety, widzących w niej już nawet nie rzecznika ich praw, a niewolnika. No i o naczelnym, który dziś był tylko krok od zakomunikowania Karolinie, że pozwoli jej awansować, jeśli ona się z nim prześpi.
– Skurwysyn – mówi wtedy cicho Konrad i chowa notatnik do kieszeni.
– Mieliśmy nie przeklinać – przypomina mu Karolina, wierzchem dłoni ocierając grubą łzę. Na jej twarz powoli wraca uśmiech.
– Nie przeklinam, kochanie. Stwierdzam fakt. A jak twoim zdaniem powinno się go nazwać? Niegrzecznym chłopczykiem? Daj spokój. Skurwysyn, którego trzeba potraktować jak skurwysyna. Najbardziej proporcjonalne do tego, co zrobił, byłoby obicie mu ryja w ciemnym zaułku i pozbawienie interesu, ale, niestety, jesteśmy cywilizowani. Więc musimy to załatwić w bardziej kulturalny sposób.
Karolina dalej wygląda na nieszczególnie przekonaną, ale w środku cieszy się niczym dziecko. Nie trzeba jej przekonywać, że Mariuszek zasłużył na najgorsze.
– To znaczy jak?
– Ma nad tobą władzę i to na różnych poziomach – odpowiada rzeczowym tonem Konrad. – Wie, jak bardzo od niego zależysz i jak wiele możesz stracić, jeśli tylko przyjdzie mu na to ochota. Dlatego musisz użyć tego, od kogo zależy ten fiut, i dzięki komu on może niejedno stracić – oznajmia.
– Wybacz, że się powtórzę, ale to znaczy kogo? – pyta Karolina, której bardzo podoba się poruszany właśnie przez nich temat.
Konrad nadal mówi spokojnym głosem:
– Tę jego frau Dominę, Helgę czy jak jej tam. W redakcji Mariuszek gra samca alfa, a w domu jest pewnie wyliniałym łańcuchowym burkiem, który, że się tak obrazowo wyrażę, musi się poważnie postarać, żeby choćby polizać kość. Użyj jej jako gwaranta swojego bezpieczeństwa, czyli…
– Kondzio, weź mi tu nie rób wykładu dyplomacji z „Gry o tron” – Karolina wchodzi mu w słowo i, teraz już zupełnie rozbudzona, zajmuje pozycję siedzącą. Odkłada na bok koc i czarno-białą poduszkę. – Doczekam się konkretów?
– Dyktafon, Koralinko.
– Dyktafon? W znaczeniu panowie z „Sowy i Przyjaciół” albo Czarnecki nagrywający Marka Ch. z KNF-u? – precyzuje dziennikarka.
Przez ułamek sekundy mężczyzna w fotelu sprawia wrażenie zbitego z tropu.
« 1 2 3 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Welesówna i niezbyt żywi mieszkańcy Brzózki
Mika Modrzyńska

2 XI 2019

Przez chwilę nic się nie działo. Dopiero po kilku minutach grupka stworzeń takich jak wodnik, choć drobniejszych i… bledszych, wynurzyła się z wody i podeszła do brzegu, prowadząc między sobą wierzgającą na wszystkie strony Martynę.

więcej »
Ilustracja: Katarzyna Szymonik

Dobry glina
Marianna Szygoń

19 X 2019

Gość nie wyglądał na przejętego cudownym ocaleniem. Ogólnie rzecz biorąc, wyglądał na kogoś, komu bycie martwym nie zrobiłoby wielkiej różnicy. Blady, z woskową cerą i mętnym spojrzeniem, przypominał raczej żywego trupa niż poborcę zaległych czynszów.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Chleb
Iwona Michałowska

5 X 2019

Pożyczam bułkę ze straganu Kodiego. Jutro i tak nikt jej nie kupi. Żuję. Rozalia mówi, że jego pieczywo ma smak. Kogo obchodzi smak? Chleb ma wypełnić żołądek. Bułka trochę cierpka, jakby dodał do niej jakiejś goryczki. Wieje coraz mocniej, na wszelki wypadek zwijam daszki straganów. Siostra Kodiego jest dość odporna, a jednak już poszła. On pewnie też byłby odporny, gdyby nie ta blizna. Zranił go brat, nim odszedł z wiatrem. Tym samym, który zabrał moją matkę.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.