Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 31 maja 2020
w Esensji w Esensjopedii

Marianna Szygoń
‹Dobry glina›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorMarianna Szygoń
TytułDobry glina
OpisW moim przypadku pisanie to tylko hobby, na które niestety mam coraz mniej czasu. Wszystkie teksty udostępniam za darmo w sieci, są to głównie opowiadania fantastyczno-naukowe i kryminały z elementami fantastyki i grozy. Działam w redakcji prozy magazynu fantastycznego „Silmaris”.
Gatunekkryminał, SF

Dobry glina

« 1 6 7 8

Marianna Szygoń

Dobry glina

Śledził Maureen między spacerowiczami na poziomie głównym. Wyższa od większości o głowę, miękko płynąca przez tłum na bionicznych kończynach, już samym sposobem poruszania odróżniała się od zwykłych ludzi. Szedł za nią od wind zadbanym deptakiem, prowadzącym wzdłuż parku. Nawet w stylu, w jakim pokonywała trotuar, było coś dumnego i szlachetnego zarazem. Oleksandr po raz pierwszy pomyślał, że być może przemyciła z Ziemi jakąś domieszkę błękitnej krwi, by tchnąć ją w to sztuczne ciało. Czasem z lekka oglądała się przez ramię, jakby straciła pewność siebie, pozbawiona możliwości posługiwania się oczami mikrodronów.
Zeszła z deptaku w boczną uliczkę. Tu tłum zrzedł i Oleksandr zwolnił, by nie zostać zauważonym. Dawno nie śledził nikogo w tradycyjny sposób i nawet zaczynało mu się to podobać. Gdy już zdążył uznać, że przez lata nie wyszedł z wprawy, Maureen zniknęła za rogiem. Bez namysłu zrobił to samo, by usłyszeć:
– Piękny dzień, Alex.
Odwrócił się, zaskoczony i zły, że dał się tak podejść. Maureen czekała na niego, uśmiechając się pobłażliwie. Tym razem miała na ustach szminkę w kolorze głębokiego burgunda, a długie, siwe włosy opadały na jej bioniczne barki miękkimi falami. Kostium, który nosiła, na pewno nie należał do tanich i Gorodskij od razu pomyślał, że nie sfinansowała go z pensji policyjnej analityczki.
– Na głównym wszystkie dni są piękne – bąknął, poirytowany.
– W sam raz na spacer. – Podeszła i wzięła detektywa pod rękę. – Dawno nie byłam w parku. A z tobą nie byłam tam nigdy. Skoro już za mną łazisz, możemy iść razem.
– Możemy – zgodził się. – Zwłaszcza, że jesteś mi coś winna.
– Co niby?
– Wyjaśnienia. Na początek.
Zawrócili, a Gorodskij starał się zapomnieć o tym, że dłoń opartą na jego przedramieniu wyprodukowano w zakładzie podobnym do tego, w którym parę dni wcześniej był świadkiem egzekucji gangsterskiego bossa. Milczeli, obawiając się bycia podsłuchanymi w najstarszy z możliwych sposobów: przez ludzkie uszy, a z drugiej strony – oboje w tej sytuacji czuli się niezręcznie. W parku Maureen odezwała się pierwsza.
– Nic nie jestem ci winna. Uratowałam ci tyłek. Gdybym tamto zgłosiła, miałbyś przesrane – oznajmiła, siadając na ławeczce o fakturze do złudzenia przypominającej drewno, zmiótłszy z niej wpierw dłonią martwe mikrodrony.
Gorodskij zajął miejsce obok i omiótł spojrzeniem korony drzew, których nazw nawet nie znał.
– Ty będziesz miała przesrane. Zamierzasz to komuś opchnąć, tak? Którejś z korpo? Drake’owi i Smithowi? Herzmann Biotechnologies? Komu? Nie wmówisz mi, że taka wystrojona włóczysz się po głównym dla szpanu.
– A może idę na rozmowę rekrutacyjną? – powiedziała obojętnie. – Może chcę rzucić cholerne Służby i zająć się czymś innym?
– Okej – przyznał. – Może. Ale najpierw chcę wiedzieć.
Zamilkli, gdy minęła ich jakaś para. Wstali bez słowa, gdy zajęła ławkę naprzeciwko. Ruszyli alejką noga za nogą, tym razem już nie trzymając się pod ręce.
– Obejrzałam te wtyczki – oznajmiła ciszej Maureen.- Dokładnie.
– I? – ponaglił ją.
– Faktycznie, ktoś w nich grzebał, i to nie raz. Są mocno zawirusowane. Te słowa, które kazano ci wypowiedzieć, stanowią rodzaj klucza, uruchamiającego impuls. Albo raczej lawinę impulsów.
– Po co?
– Żeby nadmiarem wyładowań przegrzać szlaki nerwowe. Oczywiście lekarze wyjaśniliby ci to lepiej, ale chyba i tak rozumiesz, co mam na myśli? – Gdy przytaknął, kontynuowała: – Prosty i genialny sposób, by sprowadzić kogoś do parteru.
– A czym jest Tisuno? – drążył dalej.
Spoważniała jeszcze bardziej.
– Kim jest. Gangsterem, jednym z Sinych – uściśliła. – Obcy zamierzają przejąć stację, nie łamiąc traktatu. Zarazić ją zgnilizną od korzeni.
– Skąd wiesz?
– Dużo wiem – odparła zmęczonym głosem. – Za dużo. I mam już dość.
Znów zamilkli, gdy wokół nich zaczął krążyć dzieciak na hulajnodze.
– Oddaj mi wtyczki – zażądał po chwili Gorodskij.
– Nie.
Zatrzymał się nagle.
– Dlaczego? – spytał ostro.
Maureen uszła jeszcze kilka kroków, po czym przystanęła, marszcząc brwi.
– Po pierwsze, nie są twoje, należały do Służb – odparła.
– Twoje też nie.
– Po drugie, zostaną zniszczone. Po wszystkim.
Stali w milczeniu naprzeciw siebie, mocując się spojrzeniami, wreszcie detektyw spytał:
– To znaczy po czym?
– Nie musisz tego teraz wiedzieć. Za parę godzin wszystko będzie jasne.
– Czyli jednak nie idziesz na rozmowę o pracę. Oddaj mi je.
Roześmiała się cicho, ale natychmiast spoważniała.
– Na miłość boską, Alex, naprawdę chciałbyś jeszcze z tego korzystać? Nie wystarczy ci, że wywołałeś wojnę między Diunersami? Że zabiłeś poborcę?
– Obchodzą cię pieprzeni gangsterzy, Maureen? – wycedził, podchodząc bliżej.
– Ty mnie obchodzisz. – Położyła mu dłoń na ramieniu i pocałowała w policzek, zostawiając na skórze ślad burgundowej szminki. – Czas na mnie. Nie mogę się spóźnić na tę rozmowę. – Odwróciła się na pięcie i odeszła, a podążając już w stronę miasta, zawołała: – Bądź dobrym gliną, Alex. Nie opłaca się być złym!
– Ani myślę – mruknął pod nosem, szukając ukojenia dla wzroku w zieleni drzew.
Dopiero po chwili dotarło do niego, że to, co usłyszał, zabrzmiało jak pożegnanie. Obejrzał się za nią mechanicznie. Dotarła już do ulicy i właśnie zatrzymywała taksówkę. Choć puścił się biegiem, zdążyła odjechać w kierunku centrum. Bez namysłu zatrzymał kolejny żółty pojazd i wzorem ziemskich przodków nakazał automatowi śledzenie bliźniaczego wozu. Kogo planowała zabić? Za parę godzin wszystko będzie jasne, ale nie miał tyle czasu. Nie zamierzał czekać, aż zabiją także Maureen.
Wysiadła pod biurowcem Dhawana Miner Industries, korporacji zarządzającej stacją. Przyczajony za fontanną, obserwował, jak analityczka wchodzi do budynku. Odczekał kilka minut i ruszył w tamtą stronę przez plac, klucząc wśród zapatrzonych w wirtualne ekrany korposzczurów, między fontannami i wyspami zieleni. Nie zdołał tylko pokonać ulicy: tuż przed nim zatrzymał się elektrojazd i ze środka wyskoczył Bayes z wiązanką wulgaryzmów na ustach.
– Wsiadaj! – ryknął.
Gorodskij zbaraniał. Już zamierzał ominąć wóz i puścić się biegiem do biurowca, gdy człowiek siedzący z przodu na miejscu pasażera opuścił szybę i Oleksandr zobaczył wycelowaną w siebie broń. Znał faceta; pamiętał, że to jeden ze szturmowców SWAT. Na pewno nie miałby oporów, by strzelić. Klnąc jak szewc, zajął miejsce na tylnej kanapie obok Bayesa.
– Czego? – warknął. – Jestem tu zupełnie prywatnie.
– I zupełnie prywatnie możesz zaraz dostać wpierdol – zapowiedział podobnym tonem szef. – Twoje dochodzenie jest zamknięte. Odpuść.
– Zabiją ją, gdy spróbuje tego użyć, wiesz o tym? Musimy jej przeszkodzić!
– Tępy jesteś, Gorodskij. Nie musi niczego używać. Zdzira dostała awans, rozumiesz? Ty o takim stanowisku możesz tylko pomarzyć.
– Awans? Ale za co, do kurwy nędzy? – jęknął Oleksandr, bo taki awans oznaczał wyprowadzkę z przeludnionych podpoziomów na główny.
Bayes otworzył dłoń, ukazując trzy srebrne płytki.
– Wiesz, co to? – spytał.
– Jaja sobie robisz? – odparł niechętnie detektyw. – Pieprzone wtyczki.
– Tak. Jedna twoja, dałeś ją wczoraj rano Maureen. Druga jej własna, a trzecia wyciągnięta z ciała ciecia, znalezionego w rynsztoku. Mam mówić dalej?
– Nie – Gorodskij poczuł, jak robi mu się gorąco. – Sparowane… potrójnie? Da się tak?
– Jak widać.
Oleksandr zacisnął wargi. Nie miała żadnych zabezpieczeń, zrozumiał. Gdy podawał jej hasło, użyła własnego telepatrona, tego bez modyfikacji. Dlatego słowa-klucze nie zadziałały.
Jakie to proste. Dziwne, że nie przyszło mu to do głowy.
– Ukartowaliście to razem – oznajmił zaskakująco spokojnie, choć walczył z ochotą, by przywalić Bayesowi pięścią w zniekształcony blizną policzek. – Wrobiliście mnie. Dlaczego właśnie mnie, do kurwy nędzy?
Szef schował wtyczki za pazuchę.
– Maureen cię wybrała, ale nie miej o to pretensji, pasowałeś idealnie. To nic osobistego, Gorodskij. Rozkaz przyszedł z góry. Diunersi za bardzo obrośli w piórka, a i poczynania Obcych dobrze jest mieć na oku. Dhawana nie pozwoli odebrać sobie stacji. Nie odda jej, ani wytatuowanym, ani sinym skurwysynom.
Gorodskij skrzywił się z politowaniem, słysząc te butne frazesy.
– Co ze mną zrobicie? – spytał.
– Nic. W końcu jesteś dobrym gliną.
Słysząc to, kierowca i szturmowiec parsknęli śmiechem.
– Nie lepszym niż wy – mruknął Oleksandr. – Walcie się, sukinsyny.
Resztę drogi na podpoziomy pokonali w milczeniu. Czuł wstręt do kolegów za to, że poddali go całej tej prowokacji i złość na siebie, że dał się podejść. Znajome, brudne i tłoczne trzewia stacji powitał z większym niż zazwyczaj obrzydzeniem i rosnącą determinacją, by odnaleźć Maureen, choćby i w siedzibie zarządu.
Wciąż była mu coś winna.
koniec
« 1 6 7 8
19 października 2019

Komentarze

21 X 2019   10:09:18

Czyżby delikatne zasugerowanie się „Expanse”? Ogólnie niezłe hard s-f, ale czegoś brakuje. Nie wiem, czy przedstawienie bohatera, czy może antagonisty? Po namyśle stwierdzam, że tej trzeciej strony- niby coś wiemy o Maureen, ale jej motywy i sposób działania jest dla mnie co najmniej dziwny.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Nocna parada stu demonów
Wiktor Orłowski

16 V 2020

Dzięki kosztownym podarkom dotarłam do młodego pomocnika doktora Kaname, który przyparty do muru (nie będę opowiadać Ci, jak nakłoniłam go do zwierzeń – dobrze to wiesz, wszak jestem gejszą) wyznał, że pewnej deszczowej nocy pomógł swemu zwierzchnikowi opatrzyć Biwako. Tę słodką, piękną dziewczynę okrutnie okaleczono, rozcinając nożem kąciki ust. Obrzydliwy „uśmiech” sięgnął ponoć aż do uszu, Biwako straciła tak dużo krwi, że obawiano się, czy zachowa życie.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Oszołomek
Hubert Fryc

25 IV 2020

Przecież przystojny jestem chłop, niestary i prawdomówny, bo dupy z gęby nie robię, i robotny jestem, mam pole i konia, i siłę w rękach, że mógłbym podkowy łamać, ale nie łamię, bo niby po co, przecież głupi nie jestem, żeby na pokaz odstawiać ceregiele. I mógłbym mieć każdą, nie ino Martę, ale też sołtysównę albo i jakąś miastową pannę, na przykład córkę ministra albo i samego sekretarza.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Jeszcze jeden do normy
Marcin Orliński

7 III 2020

W odległym o kilkanaście metrów rowie ruszał się człowiek, czy może raczej to, co z niego zostało. Sławek wcześniej go nie zobaczył, bo przesłaniały mu okoliczne krzaki. Skórę miał bladą, niemal przezroczystą, tak, że można było idealnie zobaczyć jego nabrzmiałe żyły, a oczy niemal wychodziły mu na wierzch. Jeżeli to nie stanowiłoby wystarczającej wskazówki, ziejąca w szyi krwawa dziura i brak kawałka prawego obojczyka nie budziły wątpliwości. Ani chybi kolejny sztywny.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Negatywy
— Marianna Szygoń

Wkrótce

zobacz na mapie »
Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.