Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 18 października 2019
w Esensji w Esensjopedii

Iwona Michałowska
‹Chleb›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorIwona Michałowska
TytułChleb
OpisJako nastolatka marzyła o zostaniu wielką poetką. Ostatecznie opublikowała tylko jeden wiersz – w „Świecie Młodych” – choć wciąż czasem pisuje do szuflady. Jej prozatorskie portfolio również jest skromne, acz nieco grubsze – składają się na nie powieść „Arkadia” oraz kilkanaście opowiadań zamieszczonych m.in. w „Nowej Fantastyce” czy „Feniksie”. Na studiach postanowiła zostać tłumaczką literatury i pomimo początkowych trudności udało jej się to marzenie zrealizować. Dziś ma spory dorobek przekładowy, z którego niezmiernie się cieszy, choć dostrzega skutki uboczne takiej pracy: w wolnych chwilach woli fotografować ptaki niż czytać książki.
Gatunekrealizm magiczny

Chleb

1 2 3 »
Pożyczam bułkę ze straganu Kodiego. Jutro i tak nikt jej nie kupi. Żuję. Rozalia mówi, że jego pieczywo ma smak. Kogo obchodzi smak? Chleb ma wypełnić żołądek. Bułka trochę cierpka, jakby dodał do niej jakiejś goryczki. Wieje coraz mocniej, na wszelki wypadek zwijam daszki straganów. Siostra Kodiego jest dość odporna, a jednak już poszła. On pewnie też byłby odporny, gdyby nie ta blizna. Zranił go brat, nim odszedł z wiatrem. Tym samym, który zabrał moją matkę.

Iwona Michałowska

Chleb

Pożyczam bułkę ze straganu Kodiego. Jutro i tak nikt jej nie kupi. Żuję. Rozalia mówi, że jego pieczywo ma smak. Kogo obchodzi smak? Chleb ma wypełnić żołądek. Bułka trochę cierpka, jakby dodał do niej jakiejś goryczki. Wieje coraz mocniej, na wszelki wypadek zwijam daszki straganów. Siostra Kodiego jest dość odporna, a jednak już poszła. On pewnie też byłby odporny, gdyby nie ta blizna. Zranił go brat, nim odszedł z wiatrem. Tym samym, który zabrał moją matkę.

Iwona Michałowska
‹Chleb›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorIwona Michałowska
TytułChleb
OpisJako nastolatka marzyła o zostaniu wielką poetką. Ostatecznie opublikowała tylko jeden wiersz – w „Świecie Młodych” – choć wciąż czasem pisuje do szuflady. Jej prozatorskie portfolio również jest skromne, acz nieco grubsze – składają się na nie powieść „Arkadia” oraz kilkanaście opowiadań zamieszczonych m.in. w „Nowej Fantastyce” czy „Feniksie”. Na studiach postanowiła zostać tłumaczką literatury i pomimo początkowych trudności udało jej się to marzenie zrealizować. Dziś ma spory dorobek przekładowy, z którego niezmiernie się cieszy, choć dostrzega skutki uboczne takiej pracy: w wolnych chwilach woli fotografować ptaki niż czytać książki.
Gatunekrealizm magiczny
Kodi zawsze wie, kiedy zbliża się wiatr.
Mówi, że swędzi go blizna na szyi, czasem czuje się tak źle, że idzie do bunkra kilka dni wcześniej. Tym razem jest, kupuję u niego chleb jak zwykle. Elżbieta patrzy na mnie z wyrzutem. Gdyby to ode mnie zależało, kupowałabym tylko u niej. Ma tańszy towar i jest dla mnie milsza.
Obrus spodobał się Lenie, choć pokazywałam go z duszą na ramieniu. Wciąż powtarzam Rozalii, żeby haftowała prościej. Ludzie nie chcą patrzeć na jakieś abstrakcje. Czasem boję się, że uznają mnie za wariatkę albo pomyślą, że ukradłam komuś te prace. Wystarczy, żeby mnie zapytali, co na nich jest.
Sama trochę próbowałam haftować, póki nie pogorszył mi się wzrok. Na szczęście mogę jeszcze robić na drutach. Tyle że mało kto kupuje moje swetry. Pewnie czują się winni z powodu przeszłości.
– Bredzisz jak potłuczona – powiedziała Rozalia, gdy podzieliłam się z nią tą myślą. – Przecież nie wiedzą, że obrusy nie twoje. Jest lato, więc nie kupują swetrów.
Nie rozumiem tej mody, by latem chodzić lekko ubranym, ale niech jej będzie.
– Lena długo się zastanawiała, czy wziąć obrus – mówię, gdy już wsunęłam jej przez szczelinę chleb i kawę. – Przyhamuj z tą fantazją, bo w końcu na tym stracimy.
Wcale się nie zastanawiała. Powiedziała nawet, że obrus jest śliczny. Pewnie też czuje się winna, a ja muszę to wykorzystać, póki hafty Rozalii nie staną się całkiem nie do przyjęcia.
– Uderzy za jakieś dwa, trzy dni – bełkocze z pełnymi ustami moja siostra. Ona też zawsze wcześnie wyczuwa wiatr.
To dobrze, zarobimy trochę. Gdy wieje, ludzie chowają się w bunkrze. Pilnuję wtedy gospodarstw i straganów. Czasem wichura trwa kilka dni. Trzeba ogarnąć targ, podlać ogródki, nakarmić kury. Potem można zjeść jajecznicę. Wszyscy płacą w naturze, to ziemniakami, to kożuchem, bo wiedzą, jak zimno na tej naszej górce. Jeśli wieje dłużej niż dzień, zostaję w miasteczku. Myślę o Rozalii przez cały czas, ale co zrobić. Nauczyłam się nie zostawiać jej nic do jedzenia, bo i tak nie ruszy. Tylko wodę.
Los tak sobie z nas zażartował – a może pobłogosławił? – że mnie obdarzył odpornością na wiatr, a ją największą wrażliwością spośród wszystkich na wyspie. W każdym razie większości: co jakiś czas ktoś odchodził z wiatrem, jak brat Kodiego, chodziły też słuchy o ludziach zamykanych w piwnicach jak moja siostra, ale nikt nie mówił kto ani w czyim domu.
Gdybym się dowiedziała, może powiedziałabym im o Rozalii i znaleźlibyśmy sposób, by ją wypuścić. Tak przynajmniej myślałam kiedyś. Teraz przestałam szukać, bo po tylu latach życia w piwnicy, nawet w bezwietrzny dzień mogłaby popełnić jakieś szaleństwo.
– Czego właściwie się boisz? – zapytała mnie kiedyś. – Myślisz, że cię zabiję?
Zabicie wydawało się śmiesznie niegroźne.
• • •
Niektórzy targają się na swoje życie, inni na cudze. Jeszcze inni tracą przyzwoitość. Wiatr odurza niczym narkotyk, to wywołując euforię, to panikę. Jedno i drugie zwykle źle się kończy.
Niektórzy sami są sobie winni. Pamiętam dzieciaki, które kąpały się się na dzikiej plaży. Nie ma tam skarpy, która by osłaniała przed wiatrem. Zimno jak w psiarni, a jednak niektórzy wolą plażować właśnie tam. Kiedy rodzice przyszli, by je zabrać do bunkra, nikogo nie znaleźli.
Woda w morzu w ogóle jest nieznośnie zimna. Najlepiej do niej nie wchodzić, a nic się nie stanie.
• • •
Następnego dnia stragan Kodiego obsługuje jego siostra, chuda kobieta o matowych oczach. Nie lubię jej, choć ubiera się tak grubo jak ja. Odwracam wzrok i odchodzę do sąsiedniego straganu.
W domu Rozalia spluwa.
– Ohyda. Mówiłam ci, że tylko chleb Kodiego ma smak.
– Nie było go. Kupiłam u Elżbiety.
Nie skłamałam, a ona zachowuje się, jakbym to zrobiła. Po wietrze będziemy bogate. Przyniosę jej dwa bochny i niech sobie tu z nimi siedzi.
– Będzie hardkor – odzywa się w końcu. – Słyszę matkę na wietrze.
Nienawidzę, kiedy to mówi.
– Matkę zostaw w spokoju. Nie jej wina, że jesteś tu zamknięta. Skąd mogła wiedzieć, że nie wróci?
Prycha. Cóż. Mnie też byłoby trudno pogodzić się z uwięzieniem. Matka musiała ją zamknąć przed wiatrem, gdy byłyśmy zupełnie małe. Nigdy nie wróciła. Myślę, że wiatr ją zabrał, gdy ratowała komuś życie. Te spojrzenia na targu, jakby coś wiedzieli, jakby czuli się winni… Dlatego nie chcą się ze mną zadawać. Akceptują mnie tylko, gdy jestem im potrzebna. Nie wyobrażam sobie, co by się stało, gdybym im powiedziała o Rozalii.
Nie myślcie, że nie próbowałam jej uwolnić. Marzyłyśmy o tym, że będziemy spały w jednym łóżku i na przemian to jedna, to druga będzie je ścielić; że pewnego dnia pójdziemy na targ razem. Ona będzie sprzedawać swoje makatki, ja swetry, szydełkowane obrusy i ubranka dla czajniczków. Zresztą, wtedy miałam jeszcze dobry wzrok, może nauczyłaby mnie porządnie haftować. Takie snułyśmy plany, ale nic z nich nie wyszło, bo nie umiałyśmy otworzyć piwnicy. Przez szczelinę w drzwiach, tę samą, przez którą podaję jej jedzenie i picie, a ona mnie swoje rękodzieło, wsunęłam materac i pościel. Potem dokupiłam jeszcze dwa materace. Trochę to trwało, bo nie chciałam wzbudzić podejrzeń na targu, ale teraz śpi sobie jak królowa.
– Hardkor będzie – powtarza Rozalia i podaje mi wszystko, czym mogłaby się zranić. – Przynieś mi dużo zielonej herbaty w plastiku i dziecko.
Za pierwszym razem nie chciałam jej go dać, ale strasznie wyło, gdy przyszedł wiatr. Bałam się, że ktoś usłyszy. Poza tym musiałam iść do miasta na zarobek. Zbiegłam więc na dół i wsunęłam je pod drzwiami. Szybko się uspokoiło, a i ona poczuła się lepiej.
• • •
W dzieciństwie omal nie umarłam z głodu. Kiedy matka zniknęła, chodziłam na targ i sprzedawałam rzeczy, które po niej zostały, a ludzie dawali mi za nie chleb, mleko, jajka, czasem coś do ubrania. Po jakimś czasie wartościowe pamiątki się skończyły. Zbierałam w lesie jagody, póki nie przyszła zima. Potem włóczyłam się po targu i czekałam na wiatr, który nie chciał nadejść. Czasem ktoś chciał mi dać trochę chleba, ale wtedy słyszałam w głowie głos matki, żeby nic nie brać od obcych. Na pewno ich denerwowałam i chcieli mnie otruć. Tak osłabłam, że zaczęłam mieć halucynacje. Wydawało mi się, że blizna Kodiego do mnie mówi.
– Zejdź do piwnicy – powiedziała.
Gdy się otrząsnęłam, zobaczyłam, że Kodi porusza ustami i wskazuje na mój płaszcz.
– Fajne guziki. Dam ci za nie bochenek chleba, chcesz?
Później odsprzedał mi je za dwie makatki. Cwaniak.
W lesie ucięłam kilka witek, splotłam je i owinęłam się w pasie, żeby trzymały płaszcz. Gdy przyszłam do domu, z chleba nie została nawet połowa. Napiłam się wody ze studni i położyłam spać z nadzieją, że wkrótce przyjdzie wiatr i najem się do syta. We śnie znów odwiedziła mnie blizna Kodiego.
– Zejdź do piwnicy – mówiła.
Rano wciąż nie zanosiło się na wiatr. Zjadłam resztkę chleba. Tylko piętka została na czarną godzinę. Potem zeszłam do piwnicy.
Zasuwa trochę zardzewiała. Namęczyłam się, nim udało mi się ją odsunąć. Wzięłam świecę, ale na dole wcale nie było tak ciemno. Okazało się, że tuż pod sufitem znajdują się podłużne okienka, których z zewnątrz nigdy nie dostrzegłam.
Potem usłyszałam nucenie. Z duszą na ramieniu zbliżyłam się do drzwi, zza których dobiegało, i zajrzałam w szczelinę.
W pomieszczeniu siedziała dziewczynka w moim wieku. W jednej ręce trzymała igłę, w drugiej – serwetkę. Nie mam pojęcia, skąd wzięła materiały i nici. Pewnie matka je tam chowała. Nie wiem też, co dziewczynka jadła przez cały ten czas, zanim ją odkryłam.
Nie musiałam pytać, kim jest. Nawet z tymi potarganymi włosami, które co rusz musiała odgarniać z oczu, była do mnie bardzo podobna.
– Cześć – zagadnęłam, a ona przybiegła i chciała mnie schwycić za rękę. Cofnęłam dłoń. – Fajne hafty – powiedziałam, choć uważałam je za krzykliwe i abstrakcyjne. – Dasz mi jeden?
Dziecko leżało bez ruchu. Długo nie widziałam o jego istnieniu. Pokazała mi je dopiero, gdy miała pewność, że jesteśmy na siebie zdane.
Dała mi jeden haft, a ja zaniosłam go na targ. Myślałam, że nikomu się nie spodoba, a tymczasem kobiety się zbiegły i zaczęły wychwalać mój talent. Bo oczywiście nie mogłam im powiedzieć o Rozalii.
1 2 3 »

Komentarze

05 X 2019   11:58:10

Cudownie zamotane, nieoswojone to opowiadanie jest.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Sörensen
Bartek Szumowski

24 VIII 2019

A dla mnie to definicja życia. Tysiące poranków, kiedy powtarzamy sobie, że tym razem musi być dobrze. Setki przedmiotów, które teraz na pewno będą warte wydanych na nie pieniędzy. Książkowe ścierwo, które wystarczyło zareklamować jako literackie odkrycie, a je kupiliśmy. Pracodawcy, którzy mają nie wyjść na tych, co widzą w podwładnych niewolników, i pracownicy, którzy przecież nie mogą być przygłupami od A do Z. Przyjaźnie zawiązywane, bo niemożliwe, żeby wszyscy okazywali się na końcu (...)

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Wędrowiec
Jakub Sobalski

10 VIII 2019

Kiedy właściciel przybytku mnie zobaczył, pobladł cały. Chciał coś rzec, ale z rozdziawionych ust wyszło tylko „yhym”. Spojrzałem na niego z pogardą. Wskazałem mu palcem na tylne wyjście. Cofnął się, drążącymi rękoma odciągnął rygiel i wypadł na mróz w samej koszuli.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

O księżniczce i smokach
Agnieszka „Raven” Szmatoła

20 VII 2019

Z zapartym tchem czekała na odpowiedź. Ta nadeszła, choć niewerbalna. Wejście jaskini zalśniło ciepłym światłem, a ściany zadrżały lekko od głośnego mruczenia. Księżniczka weszła do jaskini.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.