Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 28 października 2021
w Esensji w Esensjopedii

Anna Kańtoch
‹Czwarta nad ranem›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAnna Kańtoch
TytułCzwarta nad ranem
OpisTekst „Czwarta nad ranem” to jedno z dwóch opowiadań (drugie to „Szarość” Jakuba Ćwieka) powstałych pod wpływem sztuki „Arlekin i Walentynki” (na podstawie komiksu Neila Gaimana), wystawianej przez grupę teatralną ŚKF Słudzy Metatrona.
Gatunekrealizm magiczny

Czwarta nad ranem

John Bolton, Anna Kańtoch
« 1 2 3 4 6 »

John Bolton, Anna Kańtoch

Czwarta nad ranem

– Nic ci nie jest, kotku?
– Nnnie… – odparła niepewnie. – Co ze mną będzie?
– Jak to co? – Faun uśmiechnął się szeroko. Bardzo szeroko, niczym klaun. – Pójdziesz z nami na bal.
• • •
– Tu zawsze jest czwarta nad ranem, prawda? – zapytała, gdy szli wilgotną po deszczu ulicą. Wiatr to cichł, to znów wzmagał się, szarpiąc ich ubrania.
Mijali pozamykane sklepy, restauracje i stragany z pamiątkami. Z nielicznych czynnych barów dolatywały ciche śmiechy i dźwięki muzyki. Jakaś para tańczyła na chodniku przy dźwiękach Wonderful World Louisa Armstronga, nieco dalej dwie nimfy obejmowały się i chichotały jak pensjonarki, a przez pusty rynek kłusował centaur, niosąc na swym grzbiecie zielonego jak trawa sylena.
– Oczywiście – przyznał Cornelius.
Jako dziecko Paola lubiła wstawać o czwartej. Taka pobudka niosła w sobie zapowiedź jakiejś przygody, najczęściej dalekiej podróży. Lubiła oglądać niemal puste ulice, po których wiatr przeganiał śmieci, objuczonych srebrnymi bańkami mleczarzy, sennych dozorców i pijaczków, którzy wracali do domów po całonocnych libacjach. Nie widywała ich o późniejszej porze i pewnie dlatego godzina czwarta nad ranem miała dla niej posmak zaglądania za kulisy świata. Zupełnie jakby w teatrze weszła za scenę i zobaczyła poprawiające fryzury aktorki, rusztowanie, tył dekoracji z dykty i faceta, którzy przy pomocy liny ciągnie kurtynę do góry.
A teraz już naprawdę jestem za kulisami świata, pomyślała Paola. Podobało jej się to określenie: kulisy świata. Uwielbiała słowa, choć one ją nie bardzo, bo inaczej nie brzmiałyby tak głupio, gdy tylko wypowiedziała je na głos.
Czwarta nad ranem miała swój kolor, zapach i smak, a nawet ciężar. Była szara, pachniała świeżością i wilgotnym kurzem, miała smak kawy z automatu pitej w plastikowym kubku i była ciężka jak głowa, do której Piaskowy Dziadek nasypał pół kilograma piasku.
Zatrzymali się przy stacji benzynowej, gdzie Paola kupiła sobie colę i snickersa. Sprzedawcą był posiwiały faun, a za zakupy zapłaciła Amalea. Na pytanie skąd ma pieniądze, odparła beztrosko, że z fontanny, do której wczasowicze na pamiątkę wrzucają drobne monety.
Ilustracja: <a href='mailto:ortheza@wp.pl'>Łukasz Matuszek</a>
Ilustracja: Łukasz Matuszek
Dziewczyna odpakowała snickersa i ugryzła, uznając, że to całkiem niezły ekwiwalent amerykańskiego pączka. Poza tym rano należało jeść słodycze, by podnieść poziom cukru we krwi. Nie ma to jak cukier na depresję, a o czwartej nad ranem człowiek ma do niej szczególne skłonności. Wtedy zdarza się najwięcej samobójstw, a w szpitalach często umierają pacjenci. Paola czytała o tym w gazecie.
Wyszła na zewnątrz. Zostawiła otwarte drzwi i gdy jadła batonika, popijając go colą, dobiegała ją rozmowa Mony i Corneliusa, którzy zatrzymali się przy stoisku z prasą.
– Myślisz, że On tam będzie? – Ten śpiewny, łagodny głos to oczywiście czarnowłosa Mona. Nacisk na słowie „on"sprawił, że Paola od razu wyobraziła sobie Jego jako kogoś pisanego wielką literą.
– Chyba tak. – To Cornelius, najpewniej wzruszający teraz ramionami. – On przekracza granicę kiedy chce. Po co tu przychodzi? Niech się bawi z kobietami, niech tańczy i uwodzi. Ale takie łażenie w tę i z powrotem sprawia tylko, że mylimy się w rachunkach.
Nagły podmuch przywiał zmiętą gazetę, która u stóp Paoli wpadła w kałużę. Dziewczyna przydepnęła ją, zaczekała, aż ucichnie wiatr, a częściowo suchy jeszcze papier przestanie się szarpać. Potem odsunęła stopę i nachyliła się.
Spojrzała wprost w czarno-białą twarz Maurizia, jednego z wielbicieli Elettry, porzuconego przed kilkoma dniami dla bardziej atrakcyjnego kandydata.
Zamieszczony obok zdjęcia artykuł mówił, że mężczyzna zmarł wczorajszego ranka w szpitalu. Powodem śmierci były liczne obrażenia, jakich doznał, gdy jego samochód uderzył w barierkę i stoczył się do morza. Policja wstrzymała się na razie z wyjaśnieniem, jak doszło do wypadku. Sugerowano tylko, że przyczyną mogła być zła widoczność, bo poranki w Dajernie bywały mgliste.
Autor artykułu nie podał godziny, o której zdarzył się wypadek, lecz Paola mogłaby się założyć, że była wtedy czwarta nad ranem.
Kucnęła, by przeczytać ostatnie zdania. „Maurizio Rizzardi twierdził, że stracił panowanie nad kierownicą, ponieważ nagle w lusterku wstecznym ujrzał…”. W tym miejscu tekst przesłaniał ciemnobrązowy odcisk jej podeszwy. Błoto układało się w fantazyjne linie, tworząc zarysy zwierzęcych uszu, pysków i zębów. Zawiał wiatr, powierzchnia kałuży zafalowała, a uszy, pyski i zęby zakotłowały się, najpierw w rytm podmuchów, a potem coraz szybciej, zyskując barwy i wyrazistość lustrzanego odbicia.
– Paola?
Pisnęła i odskoczyła. Ale to tylko Cornelius podawał jej kurtkę przeciwdeszczową.
– Włóż to. Za chwilę znów może padać.
Jaki on miły, pomyślała Paola i z przyjemnością zanurkowała w ocieplany, pachnący gumą materiał.
– Kim jest ten On? – zapytała po chwili, walcząc z obszernym kapturem, który opadał jej na oczy. – Ten, który ma być na balu?
– Nikt ważny – zlekceważył jej pytanie faun. – Nie jest jednym z nas. Ma wiele imion albo nie ma żadnego, to zależy jak na to patrzeć. Poznasz go od razu, ale najlepiej nie odzywaj się do niego ani nie zwracaj na niego uwagi.
Paola pokiwała głową, choć odpowiedź niewiele jej mówiła. Myślała o balu, prawdziwym balu, na który została zaproszona, a także o biednym martwym Maurizio, który niegdyś chodził z jej siostrą, a potem został sam, bez pary, porzucony niczym niepotrzebny dodatek.
• • •
W holu czterogwiazdkowego hotelu „Giberti” kręciło się mnóstwo dziwnych postaci w jeszcze dziwniejszych strojach. Były tu nimfy w wyszywanych perłami sukniach, driady w skórzanych kurtkach i wściekle kolorowych wełnianych pończochach, faunowie w aksamitno-koronkowych kubrakach i sylenowie ubrani w futurystyczne srebrne kombinezony. Paola bez trudu domyśliła się, skąd pochodzą te stroje, bo kiedyś z nudów wybrała się na popołudniowe przedstawienie do miejscowego teatru. Czy bal już się rozpoczął? Sądząc po przebraniach i dobiegającej z głębi hotelu muzyce, chyba tak.
Przy recepcji siedział zielony i brodaty sylen. Jako jedyny w tym towarzystwie nosił po prostu dżinsy i koszulkę z napisem: I’m one of those bad things that happen to good people. Pochylony, stukał pracowicie w klawiaturę komputera.
– Co on robi? – szepnęła Paola, a Mona w odpowiedzi zbliżyła usta do jej ucha.
– To Renato, najważniejszy z nas wszystkich. On liczy.
– Co liczy? – Dziewczynie przypomniały się znajdowane w fontannie pieniążki. Może Renato był tu kimś w rodzaju księgowego?
– Ludzi – odparła czarnowłosa driada. – Tych, którzy przyjechali tu na wakacje. Oczywiście tylko dorosłych, nie dzieci. Pilnujemy, żeby wszystko było w porządku. Takie jest nasze zadanie. Jaki wynik, Renato? – zapytała głośno.
Sylen podniósł głowę. Jego oczy lśniły różowo, jakby nosił kolorowe szkła kontaktowe.
– Dwa tysiące czterysta czterdzieści dwa. Cudowna liczba. – Wyszczerzył do Paoli ostre zęby, a ona wzdrygnęła się lekko. – Parzysta. Bóg uwielbia parzyste liczby. To znaczy, że przynajmniej na razie nikt nie musi się niczego obawiać.
Stojąca obok Amalea roześmiała się perliście, a Mona z roztargnieniem poklepała Paolę po ramieniu.
– Zaczekaj tu, a my poszukamy dla ciebie jakiegoś stroju.
Nim dziewczyna zdążyła zaprotestować, driada odeszła wraz z Amaleą i Corneliusem. Renato wrócił do swojej pracy. Pomrukując pod nosem stukał w klawiaturę, a komputer w zamian wypluwał rzędy cyfr. Paola zauważyła, że na ścianie recepcji wisi zegar wskazujący godzinę dziesiątą, pamiętała też okrągły czasomierz, który widziała na stacji benzynowej. Oba niewątpliwie działały.
Po co zegary w świecie, w którym zawsze jest czwarta nad ranem?
Sięgnęła do okrągłego stojaka, na którym pocztówki pyszniły się wszystkimi barwami tęczy. Oglądała pary przytulone do siebie na tle malowniczych zachodów słońca, śmiejące się pod plażowymi parasolami i spacerujące bulwarem z dłońmi splecionymi i wyrazem rozmarzenia na twarzach. Tylko dwie pocztówki przedstawiały coś innego niż zakochanych i to one właśnie przyciągnęły jej uwagę. Na jednej z nich mężczyzna w tradycyjnym stroju wypoczywał pod drzewem pomarańczowym, a na drugiej uśmiechnięty stary rybak, stojąc w łódce, podnosił do góry sieci. Takie zdjęcia rodowitych mieszkańców można było znaleźć w każdej wczasowej miejscowości, ale te z Dajerny wyglądały na pozowane, a widoczni na nich mężczyźni byli odrobinę zbyt włochaci i szpiczastousi jak na zwyczajnych ludzi.
Możliwe, pomyślała Paola, że w Dajernie wcale nie ma już rodowitych mieszkańców, a tylko wczasowicze i właściciele hoteli czy sklepów, którzy zjeżdżają tu na lato. Oni pracują, ale tak naprawdę wszyscy przybywają do Dajerny po to, by posmakować romantycznej przygody.
« 1 2 3 4 6 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:edward.strun@gmail.com'>Edward Strun</a>

Sześć oktaw
Edward Strun

2 X 2021

Nerwowo zerkał na zegarek. Za chwilę Baron zadzwoni zaniepokojony brakiem wieści. Do obowiązków dilera należało zameldowanie szefowi o przebiegu każdej większej transakcji. A zlecenie opiewające na dwie bańki z pewnością do takich należało.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Nawet magia
Tomasz Grysztar

4 IX 2021

Po drugiej stronie tunelu zobaczyła Czarka oplątującego stworzenie całym pękiem korzeni. A potem w magicznym lesie zaczęło dziać się więcej, niż kiedykolwiek wcześniej, kiedy tam była. Drzewa kołysały się, jakby tańczyły. Z ziemi poderwało się mnóstwo liści i wszystkie zalśniły. Wzleciały setkami, może nawet tysiącami, ale i tak prawie ich nie ubyło na dole.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Opowieści starego nawigatora: Tylko nie z robotami!
Paweł Wolski

10 VII 2021

Na potrzeby zwiększonej grawitacji na HD 85512b naukowcy i farmerzy wypracowali miliardową populację nowych, trawożernych ras, muskularnych i niemal bezmózgich pięciotonowców na krótkich, silnych nogach. Poza rozlicznymi zaletami, miały jedną podstawową wadę: bez opamiętania żarły i rosły więc, no cóż… sami rozumiecie. Produkty ich przemiany materii trzeba było nieustannie z tej przemiłej planetki wywozić.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Inne recenzje

Szarość
— Jakub Ćwiek

Przerost formy nad treścią
— Sebastian Chosiński

Tegoż twórcy

Dwunastoletni czarodziej w okularach
— Sławomir Grabowski

Rodzinne tragedie
— Marcin Mroziuk

Przeszłość zawsze powraca
— Marcin Mroziuk

Z zegarmistrzowską precyzją
— Marcin Mroziuk

Śmierć na plaży
— Marcin Mroziuk

Upalne lato po Czarnobylu
— Anna Nieznaj

W białym domu
— Marcin Mroziuk

Zbrodnia w cieniu elektrowni atomowej
— Marcin Mroziuk

Esensja czyta: Październik 2016
— Miłosz Cybowski, Joanna Kapica-Curzytek, Jarosław Loretz, Marcin Mroziuk, Joanna Słupek, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Zabójczy ziemniak
— Jacek Jaciubek

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.