Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 17 października 2021
w Esensji w Esensjopedii

Anna Kańtoch
‹Czwarta nad ranem›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAnna Kańtoch
TytułCzwarta nad ranem
OpisTekst „Czwarta nad ranem” to jedno z dwóch opowiadań (drugie to „Szarość” Jakuba Ćwieka) powstałych pod wpływem sztuki „Arlekin i Walentynki” (na podstawie komiksu Neila Gaimana), wystawianej przez grupę teatralną ŚKF Słudzy Metatrona.
Gatunekrealizm magiczny

Czwarta nad ranem

John Bolton, Anna Kańtoch
« 1 2 3 4 5 6 »

John Bolton, Anna Kańtoch

Czwarta nad ranem

A także by być policzonymi przez sylena Renata.
Sięgnęła po leżący na ladzie recepcji folder. Dajerna nie straciła nic ze swego staroświeckiego uroku. To oaza spokoju, w której przed gwarem cywilizacji schronili się dawni mieszkańcy tych ziem: sylenowie, driady czy faunowie…
Odłożyła folder i spojrzała na Renata, który wciąż pochylał się nad klawiaturą komputera. Wyglądało na to, że ten akurat przedstawiciel dawnych mieszkańców z cywilizacją radzi sobie świetnie.
• • •
W łazience skorzystała z toalety i umyła ręce. Chciała poprawić włosy, ale nigdzie nie było lustra. Zirytowało ją to. Do licha, pomyślała, czy czterogwiazdkowego hotelu, choćby i tak małego jak „Giberti”, nie stać na lustro w każdej łazience?
Mieszkała w tym hotelu i mogłaby po prostu pójść do swojego pokoju, tyle że nie pamiętała jego numeru. Sto sześć? Szesnaście? Potrząsnęła głową. Nie chciała o tym myśleć i bała się, co zastanie w środku. A raczej kogo nie zastanie, bo rozsądek podpowiadał, że w rzeczywistości, gdzie zawsze jest czwarta nad ranem, nie ma miejsca dla jej siostry.
Kręciła się przez chwilę po holu, zbyt nieśmiała, by do kogoś zagadać. Osamotnienie nie było wcale przykre. Zbyt duża sukienka miękko układała się na jej szczupłym ciele, sprawiając, że czuła się jednocześnie dziecinnie i dorośle, jak dziewczynka zmuszona, aby wcześnie dojrzeć. Dziewczynka z książki albo filmu, bo przecież sukienka była pożyczona i dzięki niej Paola stała się kimś innym, a jej życie nabrało tempa i dramaturgii prawdziwej opowieści.
Przypomniała sobie, że w kącie hotelowego holu jest coś w rodzaju biblioteczki, nic specjalnego, ot, zamykana na zamek szafka, z której za zgodą recepcjonisty można było wziąć do pokoju paperbackowe wydanie jakiejś rozrywkowej powieści. Paola kilkakrotnie wypożyczała w ten sposób książki i wiedziała gdzie znaleźć kluczyk.
Wisiał w recepcji, niedaleko kluczy do pokoi.
Korzystając z nieuwagi Renata, zdjęła go z haczyka. Teraz, bezpiecznie ukryta za rosnącą w doniczce palmą, mogła otworzyć szafkę. Przejrzała znajdujące się wewnątrz książki. Romanse, tanie powieści sensacyjne, parę kryminałów Agathy Christie – same starocie, z których większość już czytała, a pozostałe miały wyjątkowo zniechęcające tytuły. Rozczarowana właśnie zamykała szklane drzwiczki, gdy dostrzegła małą książeczkę wciśniętą w głąb szafki. Sięgnęła po nią.
Na skraju rzeczywistości. Mity i legendy.
Strony były pożółkłe, a na kolana Paoli sypał się kurz, gdy przewracała kartki. Dostrzegła podkreślone długopisem zdania i dopiski na marginesach – ktoś z uwagą studiował tę książkę, choć biorąc pod uwagę jej stan, musiało to być dawno temu.
Brzegi rzek, jezior, dróg i ścieżek tworzą naturalną granicę pomiędzy naszym a ich światem. Łatwo w nim było zabłądzić, stając na takiej granicy w godzinie zmierzchu bądź świtu, gdy dzień zmienia się w noc lub odwrotnie.
Brzeg morza także jest granicą, prawda? – pomyślała Paola, patrząc na dwukrotnie podkreślone zdanie. W ustach jej zaschło, zadrżała. Najchętniej odłożyłaby książeczkę na półkę i zapomniała o tym, co przeczytała, ale nieodparty impuls – może desperackiej odwagi, a może po prostu ciekawości – kazał jej przewrócić stronę i poszukać wzrokiem kolejnych śladów po długopisie.
Wierzono też, że szczególnie narażeni na zabłądzenie w owym świecie są ludzie stojący na granicy dwóch etapów swego życia: przechodzący inicjację chłopcy czy kobiety w dzień zamążpójścia – już nie panny, lecz jeszcze nie mężatki. Zabłąkani śmiertelnicy rzadko wracali do swych domów…
Zamknęła książkę. Była wystraszona, ale jednocześnie w przyjemny sposób podniecona. Czuła się jak postać z powieści czy filmu. Postać, której grozi niebezpieczeństwo, lecz która jednocześnie wie, że wydostanie się cało z opałów, bo przecież jest główną bohaterką.
Wepchnęła Mity i legendy z powrotem w głąb szafki. Nie w to samo miejsce, z którego je wyjęła, lecz w inne, w zakurzony, ciemny kąt. Pusty, a przynajmniej prawie pusty.
Warknięcie, błysk małych ślepek. Paola odruchowo puściła książkę, cofając jednocześnie dłoń, a coś, co przypominało okrągły kłębek kurzu, skoczyło i ugryzło ją w palec. Krzyknęła, strzepnęła owo coś niczym zębatą piłkę tenisową, po czym zatrzasnęła szklane drzwiczki szafki.
Coś pozostało po drugiej stronie szyby, szczerząc do niej kiełki wielkości igieł jałowca.
Ilustracja: <a href='mailto:ortheza@wp.pl'>Łukasz Matuszek</a>
Ilustracja: Łukasz Matuszek
Dziewczyna zaczerpnęła powietrza. Palec pulsował bólem, ale ranka nie była głęboka, a krew sączyła się wolno. Miała ochotę zawołać kogoś i zapytać, co to u diabła jest. Nie zrobiła tego, bo prawdziwym bohaterom groziły prawdziwe niebezpieczeństwa, a nie warczące i gryzące kłębki kurzu. Czułaby się jak idiotka, skarżąc się na coś takiego.
Właściwie to już czuła się jak idiotka. Policzki wciąż płonęły jej wstydem, gdy przemywała rankę w łazience, a potem osuszała papierowym ręcznikiem. Krwi było bardzo mało, ledwo kilka kropel. Nic poważnego się nie stało.
Paola podskoczyła na dźwięk otwieranych drzwi.
– Mam dla ciebie suknię – oznajmiła Amalea radośnie.
Suknia była niewątpliwie balowa i równie niewątpliwie piękna: z bufiastymi rękawami, złoto-czerwona i obszyta czarną koronką, bez krynoliny, a więc wygodna.
Kasztanowłosa driada na widok Paoli w nowej kreacji klasnęła w ręce.
– Ślicznie wyglądasz.
Dziewczyna uśmiechnęła się.
– Chciałabyś jeszcze coś? – zapytała Amalea. – Może kolorowy balonik do zabawy? Albo kauczukową piłeczkę czy maskotkę z automatu?
Urażona Paola potrząsnęła głową. W skaleczonym palcu znów odezwał się ból, który niczym odłamek lustra w oku sprawił, że Amalea nagle wydała jej się pusta i głupia. Uśmiech driady był bezmyślny, a jej troskliwość bardzo powierzchowna. Przypominała jedną z tych kobiet, które w miejskim parku zagadywały matki z dziećmi, a potem, świergocząc radośnie, pochylały się nad wózkami, czochrały brzdącom włosy, a nawet próbowały całować, lecz gdy tylko malec zaczynał ryczeć, odchodziły pospiesznie.
– Nie chcę nic – powiedziała Paola, zaciskając usta i wbijając wzrok w podłogę.
Driada nie przejęła się ani trochę złym humorem dziewczyny.
– W takim razie zaprowadzę cię do reszty towarzystwa. Chodź.
• • •
Najpierw tańczyła z faunem ubranym w strój żołnierza z czasów Garibaldiego, a muzyka grała Waltzing Mathilda, potem z sylenem w tabaczkowym surducie i z monoklem, podczas gdy Cher śpiewała I Got You Babe. Później byli jeszcze inni, mniej lub bardziej włochaci bądź zieloni, ubrani w koronki i aksamity, hippisowskie koszule, berety z kolorowymi piórami, szkockie spódniczki czy czarne płaszcze a la Nosferatu. I love rock and roll. Muzyka zmieniała się z przytulankowo-nastrojowej na skoczno-dziką i odwrotnie, atmosfera w sali balowej zgęstniała od potu, śmiechów i błyszczących pożądaniem spojrzeń.
Paola tańczyła.
Było jej gorąco i była zmęczona, ale odzyskała już dobry humor. Jej partnerzy uśmiechali się do niej, szczerząc rzędy ostrych białych zębów. Obok wysmukłe jak topole driady i dziecięco drobne nimfy wystukiwały obcasami rytm Heavy metal hamsters.
Wtedy właśnie zobaczyła Jego. Tańczył pośrodku sali, tak inny od wszystkich pozostałych, że to właśnie o nim musiał mówić wtedy Cornelius. Twarz przesłonił czarną maską, a w jego stroju czerwień krwi wgryzała się ostrymi rombami w soczystą żółć. Był niezwykle zwinny, szybki i precyzyjny w najdrobniejszych ruchach, jak linoskoczek w cyrku albo mim na scenie.
Arlekin, wiecznie zakochany błazen.
Paola rozpoznała go mimo maski. Przysiadł się kiedyś do ich stolika, przedstawił jako Fabio jakiś tam i zaczął podrywać Elettrę, na młodszą siostrę w ogóle nie zwracając uwagi. Elettra była nim zauroczona, ale on odszedł po chwili, rzuciwszy na pożegnanie jakieś niezobowiązujące słowa. Paola widziała go później kilka razy. Flirtował, bezczelnie zaglądał kobietom w dekolty i zadzierał im spódnice, a raz nawet dostrzegła kątem oka jak wyrzucił w powietrze plik szkiców ulicznego rysownika. Śmiał się, gdy kartki spadały, unoszone łagodnym wiatrem, a jego koszula wydawała się wtedy bardziej żółta niż lipcowe słońce.
Nikt nie zwrócił mu uwagi. Czasami Paola myślała, że jako jedyna zauważyła go podczas tego incydentu.
Zatrzymała się, pozwalając, by spocony i rozdokazywany tłum popychał ją przez chwilę.
Była głodna, żołądek podpowiadał jej, że najwyższa pora na obiad. Albo śniadanio-obiad, zważywszy na to, która była godzina. Mniejsza z tym. Trzeba coś zjeść, i to najlepiej zaraz, zanim Arlekin zauważy ją i rozpozna.
Przemknęła do ustawionych pod ścianami stołów i jęknęła rozczarowana.
Do wyboru miała batoniki z automatów, chipsy, cukierki i trójkątne kanapki, jakie można kupić na stacji benzynowej.
« 1 2 3 4 5 6 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:edward.strun@gmail.com'>Edward Strun</a>

Sześć oktaw
Edward Strun

2 X 2021

Nerwowo zerkał na zegarek. Za chwilę Baron zadzwoni zaniepokojony brakiem wieści. Do obowiązków dilera należało zameldowanie szefowi o przebiegu każdej większej transakcji. A zlecenie opiewające na dwie bańki z pewnością do takich należało.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Nawet magia
Tomasz Grysztar

4 IX 2021

Po drugiej stronie tunelu zobaczyła Czarka oplątującego stworzenie całym pękiem korzeni. A potem w magicznym lesie zaczęło dziać się więcej, niż kiedykolwiek wcześniej, kiedy tam była. Drzewa kołysały się, jakby tańczyły. Z ziemi poderwało się mnóstwo liści i wszystkie zalśniły. Wzleciały setkami, może nawet tysiącami, ale i tak prawie ich nie ubyło na dole.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Opowieści starego nawigatora: Tylko nie z robotami!
Paweł Wolski

10 VII 2021

Na potrzeby zwiększonej grawitacji na HD 85512b naukowcy i farmerzy wypracowali miliardową populację nowych, trawożernych ras, muskularnych i niemal bezmózgich pięciotonowców na krótkich, silnych nogach. Poza rozlicznymi zaletami, miały jedną podstawową wadę: bez opamiętania żarły i rosły więc, no cóż… sami rozumiecie. Produkty ich przemiany materii trzeba było nieustannie z tej przemiłej planetki wywozić.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Inne recenzje

Szarość
— Jakub Ćwiek

Przerost formy nad treścią
— Sebastian Chosiński

Tegoż twórcy

Dwunastoletni czarodziej w okularach
— Sławomir Grabowski

Rodzinne tragedie
— Marcin Mroziuk

Przeszłość zawsze powraca
— Marcin Mroziuk

Z zegarmistrzowską precyzją
— Marcin Mroziuk

Śmierć na plaży
— Marcin Mroziuk

Upalne lato po Czarnobylu
— Anna Nieznaj

W białym domu
— Marcin Mroziuk

Zbrodnia w cieniu elektrowni atomowej
— Marcin Mroziuk

Esensja czyta: Październik 2016
— Miłosz Cybowski, Joanna Kapica-Curzytek, Jarosław Loretz, Marcin Mroziuk, Joanna Słupek, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Zabójczy ziemniak
— Jacek Jaciubek

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.