Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 9 grudnia 2021
w Esensji w Esensjopedii

Anna Kańtoch
‹Czwarta nad ranem›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAnna Kańtoch
TytułCzwarta nad ranem
OpisTekst „Czwarta nad ranem” to jedno z dwóch opowiadań (drugie to „Szarość” Jakuba Ćwieka) powstałych pod wpływem sztuki „Arlekin i Walentynki” (na podstawie komiksu Neila Gaimana), wystawianej przez grupę teatralną ŚKF Słudzy Metatrona.
Gatunekrealizm magiczny

Czwarta nad ranem

John Bolton, Anna Kańtoch
« 1 2 3 4 5 6 »

John Bolton, Anna Kańtoch

Czwarta nad ranem

– Czego się spodziewałaś? – Wysoki sylen poklepał ją współczująco po ramieniu. – Jest przecież czwarta nad ranem.
Liczyłam na gorącą pizzę albo moje ulubione spaghetti z owocami morza, pomyślała Paola, ale nie odezwała się. Wypiła ice-tea z puszki i zjadła kanapkę. Przeżuwała powoli, czując, jak w jej odsłonięty kark wwierca się czyjeś spojrzenie.
W zranionym palcu znów odezwał się ból, a ona żałowała, że jest już zbyt dorosła, by schować się pod stół.
– Znam cię, prawda?
– Uhm – mruknęła niewyraźnie i odwróciła się, zakładając splecione dłonie za plecy. Dopiero po chwili znalazła w sobie dość odwagi, by unieść wzrok.
Arlekin pod wąską maską miał twarz młodzieńca, ale jego oczy były bardzo stare, jakby oglądał początek świata i miał zobaczyć jego koniec. I jakby te wszystkie minione lata w ogóle go nie zmieniły.
– Zatańczyłbym z tobą – powiedział swobodnie – ale po pierwsze, jesteś chyba na to zbyt młoda, a po drugie, masz ręce czerwone od krwi.
Podniosła dłonie do oczu. Ranka na palcu znów krwawiła, i to o wiele mocniej niż dotychczas.
– Muszę iść… – powiedziała niepewnie. – Ja…
– Zaczekaj. – Zatrzymał ją. – Nie lubię, kiedy ładne dziewczęta odchodzą bez choćby drobnego upominku.
Zastanowiła się, co jej ofiaruje. Jakąś zabawkę albo paczkę cukierków? Miała tego dość. A może kwiaty? To byłoby lepsze. Nie mówiąc już o gorącej pizzy.
– Dostaniesz ode mnie dobrą radę. Nie patrz w szyby, a gdy znów przyjdzie deszcz, uważaj na kałuże.
Roześmiał się i zniknął w tłumie, pozostawiając ją samotną, obolałą i nieszczęśliwą.
• • •
– Ugryzł cię lemur. – powiedziała Mona. – Rana będzie goić się długo, a co gorsza, skoro jeden z lemures poznał smak twojej krwi, inne będą cię atakować.
Paola z trudem odnalazła driadę w tłumie, licząc, że ta łagodna istota okaże jej zrozumienie i troskę. Mona nie zawiodła przynajmniej pod tym względem, że odprowadziła dziewczynę do pokoju sto szesnaście – jej własnego pokoju, pustego teraz i pachnącego świeżo wykrochmaloną pościelą – a potem opatrzyła rankę kawałkiem płótna oddartego z prześcieradła. Ale na tym skończyła się jej opieka.
– Co mam zrobić?
Czarnowłosa driada wzruszyła ramionami.
– Nie chodź tam, gdzie są lemury.
– Czyli gdzie?
– Szczerze mówiąc, nie wiem. One mogą być wszędzie, mniejsze bądź większe. Czasem dorastają nawet do rozmiarów kul do kręgli, a zęby mają długie na pół palca i ostre jak igły. Ale nie martw się, będzie dobrze – dodała niefrasobliwie.
– Przepraszam na chwilę – szepnęła Paola.
W łazience zimną wodą opłukała twarz, czekając aż przejdą jej zawroty głowy. Podejrzewała, że jest bardzo blada. Tylko podejrzewała, bo nie mogła tego sprawdzić. W łazience nie było lustra. Pozostały po nim cztery dziurki w ścianie, w miejscach, gdzie niegdyś tkwiły śrubki.
Nie patrz w szyby, a gdy znów przyjdzie deszcz, uważaj na kałuże.
Daj na razie spokój szybom, kałużom i lustrom, nakazała sobie. Myśl. Przecież w szkole jesteś dobra z logiki. Po co tu potrzebne są zegary? Cornelius mówił, że Arlekin przekracza granicę, kiedy zechce. Gdyby inni w ogóle nie byli do tego zdolni, powiedziałby po prostu, że Arlekin umie przekraczać granicę. I tyle. Ale skoro Cornelius dodał „kiedy zechce”, to znaczy, że faunowie, sylenowie, driady i nimfy też to potrafią, ale są przy tym w jakiś sposób ograniczeni.
Na przykład przekraczają granicę tylko wtedy, gdy po obu stronach jest czwarta nad ranem. A zegary pokazują czas biegnący w tamtym świecie. Moim świecie.
Jeśli to prawda, dochodziłaby tam teraz szósta wieczorem, do czwartej rano jeszcze sporo czasu. Paola nie chciała czekać. Chciała wracać do domu. Teraz, natychmiast. Pragnęła tego tak bardzo, że poczuła, jak gardło ściska jej płacz, a w oczach zbierają się łzy.
– Jesteś tam? – Mona zapukała w drzwi.
– Tak! – odkrzyknęła dziewczyna.
Po czym otworzyła okno i wyskoczyła wprost na mokry od porannego deszczu trawnik.
• • •
– Gdzie jest Arlekin? Widział go ktoś?
– Ja na pewno nie – odparł faun ubrany w bufiaste spodnie do kolan i kusą kamizelkę. – Pilnuję własnych spraw.
– Przed chwilą z nim tańczyłam – pisnęła nimfa o rozmarzonym wyrazie twarzy. – Ach, jak on pięknie tańczy.
– Zdaje się, że musiał wyjść… – W głosie złotowłosej i błękitnookiej driady brzmiał smutek.
– Na szczęście – warknął sylen w cylindrze.
Paola wybiegła przed hotel. Arlekin właśnie znikał w jednej z uliczek. Krzyknęła, ale nawet się nie odwrócił.
Pędziła za nim, ignorując zmęczenie, które szarpało jej oddech i zaczynało już kłuć w boku, pędziła ile sił w nogach. Arlekin nie biegł, po prostu szedł, ale jakimś cudem wciąż ją wyprzedzał. Jego żółto-czerwony strój odcinał się od szarości świtu, a on sam chwilami zdawał się płynąć w powietrzu. Skręcał raz w jedną wąską uliczkę, raz w drugą, klucząc w labiryncie siedemnastowiecznego miasteczka, a Paola ścigała go.
Na rynku zatrzymała się zdyszana i oparła o jedną z kamieniczek. Zgubiła Arlekina. Znikł, jakby zapadł się pod ziemię. A może – dziewczyna uniosła z nadzieją głowę – po prostu wszedł do kościoła: barokowego, biało-złotego, z fasadą pełną splątanych krzywizn i czarnych gargulców.
Ostrożnie przekroczyła próg świątyni. W środku panował półmrok, tylko gdzieniegdzie mdło płonęły elektryczne lampy udające świece. Zapach kurzu zawiercił Paoli w nosie. Kichnęła. Rozejrzała się, ale kościół był pusty, cichy i chłodny.
Pomodliła się przed ołtarzem, prosząc Boga, by pozwolił jej odnaleźć Arlekina i wrócić do domu. Tylko tyle, mówiła, to nie jest przecież zbyt dużo?
Bóg na krzyżu milczał. Wstała z kolan i przeszła do prawej nawy, gdzie wisiało malowidło przedstawiające świętego Franciszka, który nauczał leśne istoty: faunów, sylenów, driady i nimfy. Lubiła ten obraz, święty był na nim tak łagodnie ojcowski, a leśne plemię uroczo rozmarzone i zasłuchane w jego mądre słowa.
Ale nie o czwartej nad ranem. O tej godzinie usta Franciszka z trudem układały się w nieporadny uśmiech, będący właściwie grymasem lęku. Święty jeszcze rozkładał ręce w geście błogosławieństwa, ale prawą nogę już cofnął, gotów w każdej chwili obrócić się na pięcie i uciec. A leśne istoty otaczały go kołem i uśmiechały się szeroko, ukazując ostre zęby.
– Boże… – szepnęła Paola, ale Bóg na krzyżu wciąż nie odpowiadał.
Wybiegła z kościoła.
Na progu potknęła się i przewróciła, omal nie odgryzając sobie języka. Zaniepokojone gwałtownym ruchem gargulce poderwały się i zaczęły krążyć nad rynkiem. Skrzeczały przy tym tak obrzydliwie, że Paola przycisnęła dłonie do uszu.
Podniosła się niezgrabnie, czując pieczenie zdartej z kolan i łokci skóry. Wciąż zasłaniając uszy, spojrzała w górę. Gargulce kołowały niczym sępy, ciemne i brzydkie. Miały błoniaste skrzydła, a także długie szpony. To harpie, pomyślała z przerażeniem. Tak naprawdę to są po prostu harpie.
Jedna z nich zniżyła lot i pęd powietrza wywołany łopotem skrzydeł uderzył dziewczynę w twarz. Pisnęła i schowała się za ciężkimi wrotami kościoła. Dopiero po chwili odważyła się wyjrzeć. Część harpii siedziała już na gzymsach kamieniczek, inne wciąż krążyły nad rynkiem.
Czego ja się boję? Przecież chyba nie zaatakują bez powodu? – pomyślała Paola.
A dlaczego nie? – podpowiedział jej rozsądek.
Na rynek wjechał autobus. Skulona przebiegła kilka metrów, które dzieliły ją od przystanku, i wskoczyła do środka. Chciała jak najszybciej wydostać się z tego miejsca.
– A kto zapłaci za bilet, hę? – warknął kierowca-sylen, po czym podniósł do ust dłoń, w której trzymał papierosa. Zaciągnął się łapczywie niczym skazaniec przed egzekucją.
– Nie mam pieniędzy – wyszeptała Paola, purpurowa ze wstydu. – Ale może wystarczy to. – Zdjęła z palca złoty pierścionek i podała go kierowcy.
Skinął głową i rzucił jej pomarańczowy kartonik.
– Możesz jeździć, jak długo sobie życzysz – powiedział łaskawie. – Trasa: kościół, stary port rybacki, aquapark, supermarket, znowu kościół i tak w kółko.
Mijając rzędy pustych siedzeń i zasłonięte okna, Paola przeszła na tył autobusu, na swoje ulubione miejsce. I natychmiast zawróciła, bo na ostatnich siedzeniach leżał, pochrapując, cuchnący przetrawionym alkoholem i wymiocinami faun.
Usiadła z przodu, za plecami kierowcy. Prowadził jedną ręką, pogwizdując pod nosem, a popiół z papierosa strzepywał wprost na podłogę. Paoli nie zdziwiło wcale, że w autobusie nie ma wstecznego lusterka, nie odważyła się też odsunąć zasłon przy oknach. Zerkała tylko przez szparę, wypatrując Arlekina.
« 1 2 3 4 5 6 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Części zamienne
Bohdan Waszkiewicz

30 X 2021

Na wybiegu dla lwów przebywał mój ulubiony kolega z pracy. Karmił z ręki ufnie podchodzące zwierzęta, coś cichutko do nich mówiąc i szczerząc w uśmiechu nienagannie białe zęby. Nawet pogłaskał po grzywie ogromnego samca, po czym z radością wręczył mu solidny kawał mięsa.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:edward.strun@gmail.com'>Edward Strun</a>

Sześć oktaw
Edward Strun

2 X 2021

Nerwowo zerkał na zegarek. Za chwilę Baron zadzwoni zaniepokojony brakiem wieści. Do obowiązków dilera należało zameldowanie szefowi o przebiegu każdej większej transakcji. A zlecenie opiewające na dwie bańki z pewnością do takich należało.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Nawet magia
Tomasz Grysztar

4 IX 2021

Po drugiej stronie tunelu zobaczyła Czarka oplątującego stworzenie całym pękiem korzeni. A potem w magicznym lesie zaczęło dziać się więcej, niż kiedykolwiek wcześniej, kiedy tam była. Drzewa kołysały się, jakby tańczyły. Z ziemi poderwało się mnóstwo liści i wszystkie zalśniły. Wzleciały setkami, może nawet tysiącami, ale i tak prawie ich nie ubyło na dole.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Inne recenzje

Szarość
— Jakub Ćwiek

Przerost formy nad treścią
— Sebastian Chosiński

Tegoż twórcy

Dwunastoletni czarodziej w okularach
— Sławomir Grabowski

Rodzinne tragedie
— Marcin Mroziuk

Przeszłość zawsze powraca
— Marcin Mroziuk

Z zegarmistrzowską precyzją
— Marcin Mroziuk

Śmierć na plaży
— Marcin Mroziuk

Upalne lato po Czarnobylu
— Anna Nieznaj

W białym domu
— Marcin Mroziuk

Zbrodnia w cieniu elektrowni atomowej
— Marcin Mroziuk

Esensja czyta: Październik 2016
— Miłosz Cybowski, Joanna Kapica-Curzytek, Jarosław Loretz, Marcin Mroziuk, Joanna Słupek, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Zabójczy ziemniak
— Jacek Jaciubek

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.