Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 18 listopada 2019
w Esensji w Esensjopedii

Mika Modrzyńska
‹Welesówna i niezbyt żywi mieszkańcy Brzózki›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorMika Modrzyńska
TytułWelesówna i niezbyt żywi mieszkańcy Brzózki
OpisMika Modrzyńska – mieszka czasem na Mazurach, ale zwykle włóczy się po świecie, a o swoich podróżach opowiada na facebook.com/mika.modrzynska. Debiutowała w antologii „Fantazje Zielonogórskie IV” (2014), można ją znaleźć w zinach Lost&Found #18 i #24, Histeria XVIII & XXX, Creatio Fantastica (54-55; 58), zajęła trzecie miejsce w konkursie Kryształowe Smoki. Związana ze społecznością portalu fantastyka.pl, gdzie otrzymała piórko za „Motyle siadają na łożach umarłych”.
W magazynie Silmaris #10 pojawiła się także z opowiadaniem ze świata Welesówny, tym razem opisującym początki Witka jako pogromcy demonów. Pierwszy tom trylogii o Ted, młodzieżówki osadzonej w świecie demonów słowiańskich, wychodzi na początku 2020 roku nakładem wydawnictwa Alegoria.
Gatunekurban fantasy

Welesówna i niezbyt żywi mieszkańcy Brzózki

1 2 3 6 »
Przez chwilę nic się nie działo. Dopiero po kilku minutach grupka stworzeń takich jak wodnik, choć drobniejszych i… bledszych, wynurzyła się z wody i podeszła do brzegu, prowadząc między sobą wierzgającą na wszystkie strony Martynę.

Mika Modrzyńska

Welesówna i niezbyt żywi mieszkańcy Brzózki

Przez chwilę nic się nie działo. Dopiero po kilku minutach grupka stworzeń takich jak wodnik, choć drobniejszych i… bledszych, wynurzyła się z wody i podeszła do brzegu, prowadząc między sobą wierzgającą na wszystkie strony Martynę.

Mika Modrzyńska
‹Welesówna i niezbyt żywi mieszkańcy Brzózki›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorMika Modrzyńska
TytułWelesówna i niezbyt żywi mieszkańcy Brzózki
OpisMika Modrzyńska – mieszka czasem na Mazurach, ale zwykle włóczy się po świecie, a o swoich podróżach opowiada na facebook.com/mika.modrzynska. Debiutowała w antologii „Fantazje Zielonogórskie IV” (2014), można ją znaleźć w zinach Lost&Found #18 i #24, Histeria XVIII & XXX, Creatio Fantastica (54-55; 58), zajęła trzecie miejsce w konkursie Kryształowe Smoki. Związana ze społecznością portalu fantastyka.pl, gdzie otrzymała piórko za „Motyle siadają na łożach umarłych”.
W magazynie Silmaris #10 pojawiła się także z opowiadaniem ze świata Welesówny, tym razem opisującym początki Witka jako pogromcy demonów. Pierwszy tom trylogii o Ted, młodzieżówki osadzonej w świecie demonów słowiańskich, wychodzi na początku 2020 roku nakładem wydawnictwa Alegoria.
Gatunekurban fantasy
Jak naprawdę zmarła Martyna, moja koleżanka z klasy, dowiedziałam się dopiero kilka dni po pogrzebie, rozmawiając z nią osobiście.
O tym, że nie żyje, usłyszałam dzień po jej śmierci od mojej przyjaciółki, Zuzi. Do niej z kolei napisała Patrycja, której powiedziała mama pani Kasi.
– Jak wracała z korków od Rusińskiej, to poszła się wykąpać w jeziorze – mówiła Zuzia. – Wieczorem. Sama.
– Obrzydliwe.
– Poślizgnęła się i rozbiła głowę na kamieniach. Śmierć na miejscu. Ale wiesz, co jest naprawdę obrzydliwe? Podobno ryby w jeziorze zdążyły ją częściowo… no wiesz. Wszamać.
Zwykle o głupich śmierciach słyszy się tylko w telewizji. Co kierowało Martyną, rozważała cała społeczność Brzózki tygodniami. My tu, na Mazurach, nie zachowujemy się jak warszawiacy i nie wskakujemy do jeziora, nawet jeśli już je zauważymy.
• • •
Na pogrzeb Martyny stawiła się cała Brzózka. Odbywał się o jedenastej, więc nawet mama zamknęła zakład, żeby razem z nami wziąć udział we mszy. I prawie jej się to udało. Spóźniliśmy się, bo Oskar, mój mądry młodszy brat, schował kluczyki od samochodu.
Przeszłam przez bramę cmentarza i przepchnęłam się do Zuzi, która stała w jednym z pierwszych rzędów. Ksiądz był skupiony na modlitwie, ale Maciejewska i jej teściowa nie. Wpiły we mnie wzrok, zadowolone, że zyskały temat do następnej herbatki.
– Wieczny odpoczynek – zaintonował ksiądz, a zgromadzeni wymruczeli „jejpanie”.
Trumna Martyny była prosta, z białego drewna, pozbawiona ozdób. Nasłuchiwałam, czy z głębi nie dobiega żaden stukot. Tyle się tych filmów o pogrzebanych żywcem ogląda.
Zuzia szturchnęła mnie w bok.
– Widzisz tego tam nowego, Ted? – szepnęła. – Stoi przy świerku.
Przy jedynym świerku odcinającym się na tle złotych dębów faktycznie stał jakiś mężczyzna. Wyglądał tak elegancko, że bez wahania mogłam stwierdzić, że nie jest stąd. Jego jasna głowa górowała nad innymi.
– Takiego gówniarza zatrudniać – usłyszałam głos pani Halinki niedaleko ode mnie. – Jeszcze mleko ma pod nosem, a chce uczyć innych!
– Ale wiesz, Halina, do tej matematyki to jednak trzeba mieć łeb – zauważyła jej sąsiadka.
Po zakłopotanej minie widziałam, że mężczyzna, świadomy atakujących go spojrzeń, próbował wmieszać się w tłum. Zbyteczny trud – nie dość, że przewyższał wszystkich o głowę, to jeszcze włosy miał za długie, by nie rzucać się w oczy.
Wśród brzózkowych chłopaków nadal panowała moda ścinania się na zapałkę i nikogo nie obchodziło, że jest to moda sprzed dekady, jeśli wierzyć serialom na Netflixie.
– To Witold Kościkiewicz. Jego babcia, pani Leonka, mieszka przy drodze na Dąbki, przeprowadził się do niej. Czy ty tam jak byłaś mała nie chodziłaś z ciocią Asią?
Dzieci cioci Asi były wszystkie ode mnie ładnych parę lat starsze i dogadywały się z Witkiem, złotowłosym przywódcą bandy łobuzów, doskonale. Ja tam byłam na doczepkę, w charakterze spowalniacza i beksy osiedlowej.
Zuzi nie zraził mój brak odpowiedzi; zdążyła się przyzwyczaić.
– Będzie uczył matmy w podstawówce… No wiesz, za panią Filipską. Ona idzie na macierzyński.
– Och.
– Podobno pani Leonka zmusiła dyrektora, by dał mu to stanowisko. Szantażem. – Zuzia sugestywnie uniosła brwi. – Wiesz, że ona ma chody. Uczyła w tej szkole chyba jeszcze w epoce lodowcowej.
Ledwo oderwałam wzrok od nauczyciela, by spojrzeć na Zuzę.
– Nook, dobra, może w starożytności – westchnęła. – Z drugiej strony, ona ma za dużo energii jak na swój wiek. Jak kiedyś przyszła do biura taty, to tak mu dała do wiwatu, że do kolacji nie mógł się pozbierać. Stara wiedźma.
– Moja mama ją uwielbia.
– I właśnie o tym chciałam z tobą porozmawiać, Ted – ciągnęła dalej Zuzia.
– O pani Leonce? – zdziwiłam się.
– Nie, o panu Kościkiewiczu. Ty odbierasz Nikę ze szkoły… we wtorki. Nie potrzebujesz czasem pomocy?
Mrugnęła do mnie. Nim zdążyłam odpowiedzieć, sorka od polskiego posłała nam karcące spojrzenie. Zamilkłyśmy.
Trumnę, przy akompaniamencie marsza żałobnego i szlochu kobiet, spuszczano do dołu, a ja niemal mogłam już odetchnąć spokojnie. Udało się! Martyna poszła do piachu, jak przystało na martwego człowieka, i nie będzie nigdy więcej zawracać mi głowy.
Właśnie wtedy coś w głębi dołu huknęło i mogłam tylko podejrzewać, że wieko trumny się zsunęło. Niewiele, tyle, by mężczyźni zasypujący dół nie zwrócili uwagi, ale zupełnie martwa Martyna skorzystała, wdrapała się po skarpie i wypełzła na powierzchnię. Stanęła obok księdza.
Nikt jej nie zauważył.
Nigdy ich nie widzieli.
– Tylko nie rób sceny – wymamrotałam do siebie. – Nie tutaj.
– Co? – Nie zrozumiała Zuzia.
Gdyby ludzie mogli teraz zobaczyć topielicę, uciekliby z krzykiem. Ociekała szlamem i wodą. I choć, jestem tego pewna, trumna była całkowicie sucha, jasnoróżowa sukienka Martyny, ta z falbanką, była mokra i zapaskudzona błotem. Długie włosy połyskiwały brudną zielenią. Pogłoski o tym, jakoby jej ciało na wpół zżarły szczupaki, okazały się przesadzone. Ale, prawdę mówiąc, jak na nieboszczkę trzymała się całkiem nieźle.
Powiodła wzrokiem po twarzach zebranych i zauważyła mnie. Oczy jej rozbłysły i wygięła w uśmiechu sine, napuchnięte wargi.
Natychmiast odwróciłam się i z zafascynowaniem wpatrywałam się w łysinę pana Leńkowskiego. Dla pewności skrupulatnie zaczęłam poprawiać dłonią grzywkę.
– Ted! – ryknęła Martyna, nie dając się oszukać. – Ted, nie udawaj!
Spojrzałam na nią, wzdychając. Nieboszczka przechyliła głowę. Starałam się do niej uśmiechnąć, ale skończyłam wysiłki na lekkim wygięciu zaciśniętych warg.
– Przyjdź dzisiaj do mnie – powiedziała. – Nad jezioro. Potrzebuję twojej pomocy. Przyjdziesz, prawda?
Potrząsnęłam głową. Nie, nie, nie. Nigdzie nie idę. Martyna, nie czekając na odpowiedź, czmychnęła w krzaki. Odprowadzałam ją wzrokiem przez cały cmentarz aż po skraj lasu, w którym zniknęła. Zacisnęłam dłoń w pięść. Odetchnęłam głęboko i rozluźniłam palce. Nie będę się przecież złościć, prawda? Po prostu zignoruję Martynę, tak jak ignorowałam wszystkie nieistniejące stworzenia, które, odkąd tylko mogłam sięgnąć pamięcią, domagały się ode mnie mnóstwa wszystkiego.
Poczułam na sobie czyjś wzrok i odruchowo zerknęłam, spodziewając się Maciejewskiej. Ale to nie była ona.
Nowy nauczyciel matmy przyglądał mi się ze zdziwieniem. Gdy ludzie stojący przed nim rozsunęli się na chwilę, dostrzegłam, że odchylił klapę marynarki i zaciskał dłoń na czymś przytroczonym do pasa. Z daleka widziałam tylko, że ciemny przedmiot błyszczał w słońcu, które właśnie przebiło się zza chmur.
Och. Będą z tego kłopoty.
• • •
Wybiła pierwsza w nocy, gdy wyprowadziłam rower przed garaż i ruszyłam przed siebie po nieoświetlonej drodze, sama nie wierząc, co robię.
Zwykle unikałam kontaktu z demonami. Były natrętne, złośliwe i trudno się z nimi dyskutowało. Nawet, gdy do mnie przychodziły, a najwyraźniej znajdowały mnie bez problemu, ignorowałam je, aż odpuszczały. Nie powiem, raz czy dwa próbowałam interweniować. Tylko jak dogadać się ze stworzeniami, których logika działa na opak?
Oprócz złośliwości demonów powstrzymywało mnie też to, że trudno było utrzymać całą sprawę w tajemnicy. Większość martwych stworzeń preferuje noc, rzecz jasna, a ja lubię w nocy spać. Lubię też moich znajomych, całą trójkę, i nie chcę, by odkryli, że nie jestem tak normalna, jak starałam się wszystkich przekonać.
Chyba chodziło o to, że z Martyną znałyśmy się od dziecka. Jeszcze nigdy nie umarł ktoś, kogo tak dobrze znałam. Dlatego też przyszłam tu następnego dnia po szkole, ale Martyna się nie pokazała. Będę musiała wrócić po zmroku.
Nad jeziorem panowała absolutna ciemność. We wrześniu wszystkie domki wczasowiczów stały już puste i nieoświetlone, a lampy uliczne zgasły dawno temu. Wójt, szukając oszczędności, skrócił im czas pracy do jedenastej. Mimo mroku życie wokół jeziora nie ustawało. W szuwarach coś szeleściło, pałki trzciny kołysały się na idącym od wody wietrze.
– Martyna – wyszeptałam, siadając na pomoście. Ściągnęłam plecak i na wszelki wypadek schowałam w kieszeni gaz pieprzowy.
1 2 3 6 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: Katarzyna Szymonik

Dobry glina
Marianna Szygoń

19 X 2019

Gość nie wyglądał na przejętego cudownym ocaleniem. Ogólnie rzecz biorąc, wyglądał na kogoś, komu bycie martwym nie zrobiłoby wielkiej różnicy. Blady, z woskową cerą i mętnym spojrzeniem, przypominał raczej żywego trupa niż poborcę zaległych czynszów.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Chleb
Iwona Michałowska

5 X 2019

Pożyczam bułkę ze straganu Kodiego. Jutro i tak nikt jej nie kupi. Żuję. Rozalia mówi, że jego pieczywo ma smak. Kogo obchodzi smak? Chleb ma wypełnić żołądek. Bułka trochę cierpka, jakby dodał do niej jakiejś goryczki. Wieje coraz mocniej, na wszelki wypadek zwijam daszki straganów. Siostra Kodiego jest dość odporna, a jednak już poszła. On pewnie też byłby odporny, gdyby nie ta blizna. Zranił go brat, nim odszedł z wiatrem. Tym samym, który zabrał moją matkę.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Sörensen
Bartek Szumowski

24 VIII 2019

A dla mnie to definicja życia. Tysiące poranków, kiedy powtarzamy sobie, że tym razem musi być dobrze. Setki przedmiotów, które teraz na pewno będą warte wydanych na nie pieniędzy. Książkowe ścierwo, które wystarczyło zareklamować jako literackie odkrycie, a je kupiliśmy. Pracodawcy, którzy mają nie wyjść na tych, co widzą w podwładnych niewolników, i pracownicy, którzy przecież nie mogą być przygłupami od A do Z. Przyjaźnie zawiązywane, bo niemożliwe, żeby wszyscy okazywali się na końcu (...)

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.