Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 5 kwietnia 2020
w Esensji w Esensjopedii

Agnieszka Hałas
‹Kto się śmieje ostatni›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAgnieszka Hałas
TytułKto się śmieje ostatni
OpisOpowieści o Brune Keare zwanym Krzyczącym w Ciemności są już właściwie klasyką polskiej fantasy. Z dumą prezentujemy kolejne przygody żmija.
Gatunekfantasy

Kto się śmieje ostatni

« 1 2 3 4 5 9 »

Agnieszka Hałas

Kto się śmieje ostatni

– Nie narażę, masz moje słowo.
– A Bel Zoora, gdy już odpracuje dług, zabierzesz ze świata ludzi.
– Zabiorę. I mogę ci go nawet odstąpić, kuzynie, jeśli będziesz chciał.
– To się zobaczy. Nie dzielmy skóry na niedźwiedziu.
Podmuch wiatru obsypał ich oboje kwieciem.
– W porządku, rozumiem, że umowa stoi. – Jaharilah uśmiechnęła się najbardziej czarującym ze swoim uśmiechów, otrząsając z włosów czerwone płatki.
Spalony Władca skłonił się na znak potwierdzenia.
• • •
W Tay nad Zatoką Snów zachwianie objawiło się jedynie jako kilka świetlistych smug, które o zmierzchu zapaliły się nad horyzontem po to tylko, by zaraz skryć się za chmurami. Potem lunął uczciwy, porządny deszcz, nie mający nic wspólnego z żadną magią.
Tego wieczoru Misti nie miała szczęścia. Chodziła tam i z powrotem po bulwarach, nie dbając o to, że moknie, ale każdy mężczyzna, jakiego zaczepiła, odganiał ją przekleństwami. Nie mogła ich winić, tyle w końcu było ładniejszych dziewczyn, jeszcze nie zniszczonych przez narkotyki i dżin. W końcu niechętnie skierowała kroki z powrotem do najstarszej dzielnicy. Przyjazna mgiełka, jaką opium zaciąga nad rzeczywistością, rozwiewała się; coraz bardziej doskwierał chłód, przemoczona odzież, stopy zziębnięte na kość. Kusiło ją, żeby wrócić do izdebki, ogrzać się i przespać trochę, ale za kilka godzin zacznie ją dopadać głód, a wtedy będzie już naprawdę źle. Nie zostało jej nic, co mogłaby sprzedać, nawet koc poszedł.
Przeklęte opium, przeklęta brunatna trucizna. Spaliło wszystko, co miała i spaliło jej duszę…
Wystraszona przywarła do ściany, bo nagle w sąsiednim domu otwarły się drzwi i na progu zamajaczyły dwie sylwetki. Barczysty typ klnąc szamotał się z kimś drobniejszym, kto odgryzał się ciszej, ale równie szpetnie, aż w końcu wyrwał się i zbiegł po schodkach na ulicę. Ten drugi cisnął jeszcze w ślad za nim kilka wyzwisk, po czym drzwi zatrzasnęły się i zapadła cisza.
Ten, który wylądował na ulicy, ruszył przed siebie, mamrocząc gniewnie, jednak już po paru krokach zatoczył się, oparł ciężko o mur.
Serce Misti zabiło szybciej. Nietrzeźwy, odurzony albo chory… Stawiała na to pierwsze.
Zbliżyła się, stąpając najciszej jak umiała. Gdy była już prawie przy nim, mężczyzna poderwał głowę, skurcz – nie wiadomo, wściekłości czy przerażenia – wykrzywił mu twarz.
– To wy? To znowu wy?!
Zrobił gwałtowny ruch, jakby chciał się osłonić przed czymś niewidzialnym, i zachwiał się; Misti podtrzymała go w porę, inaczej osunąłby się w błoto. Zamiast smrodu gorzałki, z bliska poczuła charakterystyczny gorzki zapach lucyferii.
Typ był ubrany na czarno, w stylu, który jednoznacznie kojarzył jej się z przestępcami, ale za porządnie na pospolitego rzezimieszka. Na jego policzku dostrzegła trzy blizny, biegnące od skroni aż do kącika ust. Wilk ulicy… Na pewno miał złoto. Tacy jak on, wprawieni w korzystaniu z niebezpiecznych uciech, rzadko spłukiwali się do ostatniego grosza.
– Chodź, nie możesz tu stać – poleciła, starając się brzmieć przekonująco. Ruszył za nią posłusznie w głąb najbliższej bramy, gdzie ziemia była w miarę sucha. Pomagając mu usiąść, niby to przypadkiem zręcznie sięgnęła do kieszeni kurtki, ale nie, wciąż jeszcze był za czujny, boleśnie trzepnął ją po palcach.
– Ręce przy sobie! – warknął tak trzeźwo, że cofnęła się zdumiona. No nic, pocieszyła się w duchu, jeszcze nie wszystko stracone. Sądząc z tego jak niezborne miał ruchy, to tylko kwestia czasu, zanim zmorzy go słabość.
Usiadła naprzeciw niego, opierając się plecami o mur, i cierpliwie czekała.
Musiał tej lucyferii zażyć naprawdę potężną dawkę. Skulił się i choć nie był przemoknięty, dygotał jeszcze bardziej niż ona. Niezgrabnie usiłował zapiąć kurtkę, ale musiał dać za wygraną, palce odmawiały posłuszeństwa. Mamrotał do siebie w nieznanym języku, potem zamilkł, ale gdy już miała nadzieję, że definitywnie stracił przytomność, niespodziewanie usiadł prosto i otworzył oczy.
Przeszedł ją dreszcz, gdy ujrzała, że jego źrenice fosforyzują po zwierzęcemu. Żmij… Mimo to nie poruszyła się. Nigdy nic nie wiadomo – a nuż uda się wysępić od niego parę monet. Nawet strach przed skażoną magią był niczym wobec widma zbliżającego się głodu.
– Coś ty za jedna? – spytał ochrypłym głosem.
– Nikt, panie… Biedna sierota…
– Właśnie widzę, że sierota. – Uśmiechnął się szyderczo. – Nawet kraść nie umiesz.
Przytomniał, cholera. Cholera, cholera. Wstał, otrzepał się, zapiął kurtkę.
– Pa- anie… – zajęczała, wyciągając rękę. – Miejcie serce, dajcie trochę drobnych na chleb…
– Łżesz – stwierdził ze znużeniem. – Wiem, na co potrzebujesz, przecież widzę, jakie masz oczy.
– Choć miedziaka, proszę…
– Mnie prosisz? – Nagle jego rysy stężały, spojrzenie stało się błędne. – Mnie? Och, głupie, głupie dziecko…
Ściszył głos do budzącego ciarki szeptu.
– Moja moc karmi się cierpieniem… Czy wiesz, ile siły dałby mi twój krzyk? Wolałabyś umierać szybko czy powoli? Mógłbym ci wypalić oczy samym spojrzeniem, zmienić twoją krew w truciznę albo rzucić klątwę schnięcia jak na rodzinę Karsentich…
Misti zamarła. Śmiał się cicho, strasznie.
– Zabijam dla demonów, a one wymazują mi potem pamięć, żebym nie oszalał… Ale lucifera przywraca wspomnienia. Tyle krwi! – Zerwał rękawiczki, wpatrywał się w swoje dłonie, jakby spodziewał się na nich ujrzeć czerwone plamy, potem z jękiem chwycił się za głowę. – Demony podążają za mną krok w krok, nie słyszysz, jak się cieszą? Im więcej dusz dostają, tym bardziej rosną w siłę. Aż w końcu pożrą nas i zamienią świat w popiół…
Ponownie zaniósł się tym cichym, upiornym śmiechem szaleńca, po czym uspokoił się, wyjął z rękawa chustkę, otarł twarz.
– Nic, czas na mnie – stwierdził ni z tego ni z owego zupełnie normalnym tonem. Jakby coś sobie przypominając, sięgnął w zanadrze i rzucił jej na kolana skórzany woreczek.
– Trzymaj. Tylko nie spal wszystkiego za jednym razem.
Misti trzęsącymi się palcami rozplątała rzemyk i krzyknęła z radości na widok ciemnych, lepkawych grudek. Opium, cała garść albo i dwie.
Zapominając o strachu, uniosła głowę, żeby dziękować, ale w tym momencie owionął ich chłodny, śmierdzący trupem powiew. W wylocie bramy pojawił się, szybując nad ziemią, skrzydlaty stwór o dwóch parach rąk, zakończonych szponami.
Misti tylko jęknęła cichutko, przywierając plecami do muru. Żmij wyszarpnął z cholewy sztylet, odwrócił się z przekleństwem, ale od strony podwórza już materializowała się druga postać – szara, jakby utkana z dymu, o kobiecej sylwetce, lecz głowie ptaka.
– Coś ty znowu ze sobą zrobił? – przemówił skrzydlaty. – Wyglądasz jak wrak. Schowaj to żelazo, schowaj, nie wygłupiaj się. Wiesz co, kolego, naprawdę mógłbyś w końcu zmienić swoje fatalne nastawienie. Skorzystalibyśmy na tym i my, i ty.
– Nie moralizuj go, to nie ma sensu – odezwała się ptasiogłowa. – Może później, gdy oprzytomnieje.
– Też prawda. W porządku, Brune, zbieraj się.
Misti skuliła się w nadziei, że na nią nie zwrócą uwagi.
– Do czego mnie potrzebujecie tym razem? – spytał z rezygnacją żmij. Demon wyszczerzył zęby.
– Nie doceniasz nas, chłopcze. Potrafimy iść na rękę. Skoro tak ci obrzydło zadawanie śmierci, władca nie ma nic przeciwko temu, żebyś się dla odmiany zajął czymś innym. Teraz pomóż mi otworzyć portal, szkoda czasu.
– Czekaj, Piru, nie tak szybko – wtrąciła ptasiogłowa. – On się ledwie trzyma na nogach. Musimy mu poszukać żyły.
– Po co szukać? – wzruszył ramionami skrzydlaty. – Jedna jest pod ręką.
– A, fakt.
Ptasiogłowa tylko pstryknęła palcami i Misti poczuła, że niewidzialne więzy krępują jej ciało, tak że nie mogła nawet drgnąć. Otwierała i zamykała usta, ale nie wydobywał się z nich żaden dźwięk.
– Czerp, na nic się nam nie przydasz w tym stanie – rozkazał Piru.
– Nie – szepnął żmij. Demon zacisnął pięści.
– Do mnie śmiesz mówić: nie? Czerp!
Uniósł wszystkie cztery ręce, powietrze zawibrowało mocą; mężczyzna z jękiem targnął głową, i nagle jego twarz stała się zupełnie spokojna, bez wyrazu. Sztywnym, nienaturalnym krokiem podszedł do dziewczyny, ukląkł.
Był tak wygłodniały, że gdy tylko dotknął jej skroni, puściły bariery. Nie musiał nawet wypowiadać zaklęcia, siła życiowa sama wnikała w jego ciało, lecząc szkody, które sobie wyrządził narkotykami.
« 1 2 3 4 5 9 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Jeszcze jeden do normy
Marcin Orliński

7 III 2020

W odległym o kilkanaście metrów rowie ruszał się człowiek, czy może raczej to, co z niego zostało. Sławek wcześniej go nie zobaczył, bo przesłaniały mu okoliczne krzaki. Skórę miał bladą, niemal przezroczystą, tak, że można było idealnie zobaczyć jego nabrzmiałe żyły, a oczy niemal wychodziły mu na wierzch. Jeżeli to nie stanowiłoby wystarczającej wskazówki, ziejąca w szyi krwawa dziura i brak kawałka prawego obojczyka nie budziły wątpliwości. Ani chybi kolejny sztywny.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Punkt przywracania
Jarosław Księżyk

4 I 2020

Następnie opowiada coś, aby mi było miło. Coś o tym, że jestem fajnym facetem, inteligentnym, ciekawym, oraz że ze schizofrenią zaimplantowaną z całą pewnością można żyć. Robi ze mnie bohatera, pioniera nowej terapii, która siłą rzeczy musi mieć trudne początki. Dzięki mnie dokona się postęp.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Welesówna i niezbyt żywi mieszkańcy Brzózki
Mika Modrzyńska

2 XI 2019

Przez chwilę nic się nie działo. Dopiero po kilku minutach grupka stworzeń takich jak wodnik, choć drobniejszych i… bledszych, wynurzyła się z wody i podeszła do brzegu, prowadząc między sobą wierzgającą na wszystkie strony Martynę.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Groza na rajskich wyspach
— Anna Nieznaj

Esensja czyta: Marzec 2017
— Dawid Kantor, Daniel Markiewicz, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Esensja czyta: Styczeń 2017
— Miłosz Cybowski, Dawid Kantor, Anna Kańtoch, Joanna Kapica-Curzytek, Beatrycze Nowicka, Marcin Osuch, Konrad Wągrowski

Osty kłują
— Magdalena Kubasiewicz

I potępieni mogą marzyć
— Marcin Mroziuk

Esensja czyta: Sierpień 2015
— Miłosz Cybowski, Jacek Jaciubek, Marcin Mroziuk, Agnieszka ‘Achika’ Szady

Esensja czyta: Kwiecień 2015
— Miłosz Cybowski, Jacek Jaciubek, Marcin Mroziuk, Joanna Słupek

Na smokach wojska latające i inne sarmackie historie
— Zofia Marduła

Wichry zmian
— Magdalena Kubasiewicz

Tropem węża
— Beatrycze Nowicka

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.