Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 3 kwietnia 2020
w Esensji w Esensjopedii

Jarosław Księżyk
‹Punkt przywracania›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorJarosław Księżyk
TytułPunkt przywracania
OpisZ wykształcenia informatyk, z zawodu menadżer, z pasji literat i fotograf. Nie akceptuje podziału na ścisłowców i humanistów, który uważa za sztuczny. Według niego, prawdziwa siła tkwi na przecięciu tych dziedzin.
Mieszkaniec Gliwic o śląskich i warszawskich korzeniach. Zakochany w międzywojennej polskiej modernie. Może godzinami dyskutować o historii, futurologii i militariach. Miłośnik motoryzacji i sportów motorowych. Nie ma kota, ale ma żonę, która podziela jego pasje i dopinguje. Lubi ludzi niebanalnych, docenia odwagę i posiadanie własnego zdania. Używa muzyki jak narkotyku. Przy niej pisze, pracuje i odpoczywa. Uwielbia tę nietuzinkową i międzygatunkową.
Pisze prozę niedającą się zakwalifikować do jednego gatunku, na ogół nacechowaną science fiction. Uważa, że dzięki stosowaniu fantastycznego sztafażu łatwiej pokazywać naturę człowieka.
Autor kilkudziesięciu opowiadań. Część z nich ukazała się w ogólnopolskich periodykach oraz antologiach. Obecnie kończy prace nad debiutancką powieścią.
Strona autorska, profil autorski na Facebook.
Gatunekobyczajowa, SF

Punkt przywracania

1 2 3 5 »
Następnie opowiada coś, aby mi było miło. Coś o tym, że jestem fajnym facetem, inteligentnym, ciekawym, oraz że ze schizofrenią zaimplantowaną z całą pewnością można żyć. Robi ze mnie bohatera, pioniera nowej terapii, która siłą rzeczy musi mieć trudne początki. Dzięki mnie dokona się postęp.

Jarosław Księżyk

Punkt przywracania

Następnie opowiada coś, aby mi było miło. Coś o tym, że jestem fajnym facetem, inteligentnym, ciekawym, oraz że ze schizofrenią zaimplantowaną z całą pewnością można żyć. Robi ze mnie bohatera, pioniera nowej terapii, która siłą rzeczy musi mieć trudne początki. Dzięki mnie dokona się postęp.

Jarosław Księżyk
‹Punkt przywracania›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorJarosław Księżyk
TytułPunkt przywracania
OpisZ wykształcenia informatyk, z zawodu menadżer, z pasji literat i fotograf. Nie akceptuje podziału na ścisłowców i humanistów, który uważa za sztuczny. Według niego, prawdziwa siła tkwi na przecięciu tych dziedzin.
Mieszkaniec Gliwic o śląskich i warszawskich korzeniach. Zakochany w międzywojennej polskiej modernie. Może godzinami dyskutować o historii, futurologii i militariach. Miłośnik motoryzacji i sportów motorowych. Nie ma kota, ale ma żonę, która podziela jego pasje i dopinguje. Lubi ludzi niebanalnych, docenia odwagę i posiadanie własnego zdania. Używa muzyki jak narkotyku. Przy niej pisze, pracuje i odpoczywa. Uwielbia tę nietuzinkową i międzygatunkową.
Pisze prozę niedającą się zakwalifikować do jednego gatunku, na ogół nacechowaną science fiction. Uważa, że dzięki stosowaniu fantastycznego sztafażu łatwiej pokazywać naturę człowieka.
Autor kilkudziesięciu opowiadań. Część z nich ukazała się w ogólnopolskich periodykach oraz antologiach. Obecnie kończy prace nad debiutancką powieścią.
Strona autorska, profil autorski na Facebook.
Gatunekobyczajowa, SF
Postępowanie przygotowawcze
Na balkonie wisi szmata. W niedzielę! W dzień święty!
Dopiero co z oporem otworzyłem oczy, a już widzę żółtą ścierę na sznurze do suszenia bielizny. Jest mokra, pomięta, przypięta tylko jedną żabką. Wciąż w pozycji horyzontalnej, wpatruję się w skapujące z niej krople wody, uderzające o rozgrzane kafle na podłodze. Drażnią mnie do tego stopnia, że aż wstaję i siadam na skraju łóżka.
Kto ją tam powiesił? Kobieta? Nie, przecież w moim domu od lat nie mieszkała żadna kobieta. A tym bardziej taka, która przejmowałaby się czystością podłóg. No chyba, że matka, ale przecież ona mieszka w innym mieście. Miałaby przyjeżdżać specjalnie po to, by umyć mi podłogi? Nie w niedzielę.
No więc kto? Jakiś nieznajomy? Choć wiem, że ta hipoteza jest bzdurna, wstaję, a następnie człapię w kierunku drzwi wejściowych. Zawarte na zasuwę. Dla pewności kilkukrotnie naciskam klamkę. Nic. Wracając patrzę w przedpokojowe lustro. Oczy podkrążone, cera ziemista, z jakimiś plamami. Schudłem. Ale nie tak jakbym chciał, zdrowo, soczyście, fit, tylko tak jak chudną dziadki na starość, parchacie, zwiotczale i smutno. Renta mi nie służy.
Wychodzę na balkon, na gorąc. Zaglądam do sąsiadki. Ona chyba jakiś czas temu wyjechała. Okna pozamykane, kwiatków brak, gruba warstwa pyłu na podłodze. Cóż, to na pewno nie jej szmata. Drugiego sąsiada nie mam, uroki skrajnego mieszkania. Zatem spoglądam w dół, jakbym tam mógł odnaleźć coś zaskakującego. Nikt o zdrowych zmysłach nie wdrapywałby się tutaj, dobrze o tym wiem. A już na pewno nie po to, by wywiesić na moim sznurze to żółte paskudztwo! Z tego wszystkiego tylko kręci mi się w głowie.
Wracam na kanapę, ciężko wzdychając. Do zdenerwowania dochodzą niepokój, strach, a przede wszystkim zagubienie. Próbuję sobie przypomnieć, co robiłem przed drzemką? Co jadłem rano na śniadanie? Która jest zasadniczo godzina? Dawno się tak nie czułem, choć samo uczucie jest dziwnie znajome. Mam ochotę zwymiotować.
Siedzę tak bez celu, opanowując nudności. Brakuje tylko tykania zegara, który leniwie odmierzałby czas. Na szczęście takiego nie posiadam, inaczej kompletnie bym zwariował. No właśnie… czy zwariowałem? Ta myśl też jest dziwnie znajoma.
Nagle przed oczyma z szybkością błyskawicy przelatuje mi kilka obrazów. Tabletki, szpital, kamera.
– Właśnie! – wykrzykuję, podrywając się z łóżka. – Ty głupi, przecież masz rejestrator wideo.
Podekscytowany siadam na niewygodnym krześle. Wlepiam ślepia w mały monitor. Myszką cofam się o pół godziny. Na ekranie śpię. O godzinę… jest! Znaczy nie ma mnie na łóżku. Sprawdzam inne pomieszczenia… jestem w kuchni. Biorę do ręki czajnik, zalewam herbatę w ulubionym kubku, a potem trącam go łokciem. Ten spada, rozwalając się na dziesiątki małych kawałeczków. Wielka plama widnieje na środku pomieszczenia. Schylam się pod zlew, skąd wyciągam żółtą szmatę. Tę samą, która właśnie wywołuje zgorszenie u połowy osiedla.
Wściekły wyłączam monitor, domyślając się co było dalej. To ja sam ją tam powiesiłem, w dzień święty! Biegnę na balkon, zrywam powód wstydu ze sznura, ciskam go w róg, a potem siadam na kafelkach. Patrzę na swoje ręce, jak na ręce obcego człowieka. Nagły atak paniki wyciska mi łzy z oczu. Wiem jakby coraz mniej. Jeszcze chwila a zapomnę… ile właściwie pokoi ma moje mieszkanie? Szukam odpowiedzi niczym przysłowiowej brzytwy tonącego. Chyba ze trzy!
Biegnę, aby sprawdzić tę liczbę, zapisaną gdzieś w mojej pamięci. Zupełnie jakby jej potwierdzenie miało mieć cudowną, naprawczą moc. Jakby po odnalezieniu trzeciego pokoju wszystko miało wskoczyć na swoje miejsce.
W przedpokoju faktycznie są jeszcze jedne drzwi! Otwieram je z taką siłą, że aż uderzają o dużą szafę. Widzę deskę do prasowania, garderobę i kupę kartonowych pudeł z rupieciami. Przypominam sobie to wszystko. Jak prasuję tam, słuchając podcastów.
Cieszę się jak dziecko. Brakuje tylko, abym zaklaskał w ręce. Na nieszczęście euforia nie trwa zbyt długo. Mam em–cztery oraz głowę pełną niepokoju. Cały sztywnieję, chyba z nerwów.
Chcę uciec. Może pójdę spać? A jak wstanę, będzie już dobrze! Wcale nie – podpowiada mi coś w głowie.
Tym razem unikam spojrzenia w pionowe lustro przy wieszakach z kurtkami. Drepczę bez sensu, aż z pomocą przychodzi mi mój organizm. Doniosły alarm z żołądka nadaje mi chwilowy cel. Jeść!
Staję przed lodówką jak wryty. Z niedowierzaniem czytam czerwony napis, nakreślony tłustym markerem na białej kartce w kratkę, przyciśniętej do metalowych drzwi dwoma magnesami w kształcie uroczych rudych kociąt.
„Nie pamiętasz, kiedy ostatnio jadłeś?” – pytają kotki.
Pod spodem widnieje numer telefonu stacjonarnego.
Faktycznie, nie pamiętam. Podejrzewam, że jadłem śniadanie. Podejrzenie to graniczy z pewnością, jednak nie mogę powiedzieć, abym to pamiętał.
Przez następne kilka minut chodzę wokół komody, na której leży aparat telefoniczny. Wyczuwam przeciwnika niczym bokser na ringu. Zasadniczo nie mam ochoty z nikim mówić, lecz ciekawość jest silniejsza. A już na pewno jest chwilowo silniejsza od lęku. Chwytam za słuchawkę i czym prędzej wykręcam numer, zanim się rozmyślę.
Pierwszy, drugi, trzeci sygnał. Już mam zamiar odłożyć. Chcę odłożyć. Pragnę, by nikt się z drugiej strony nie odezwał! Wtedy jednak słyszę kobiecy głos.
– Dzień dobry. Z tej strony Agata. Czy coś się stało?
– Nie. Znaczy, trochę tak. Nazywam się Witold i…
– Wiem, jak się pan nazywa, panie Witku. Niech pan weźmie głęboki wdech, a potem powie wszystko od początku.
To nawet fajnie, jak ktoś mówi mi co mam robić. Biorę wdech, a nawet trzy, dla pewności.
– Pewnie wyda się to pani głupie, ale…
Przerywa mi znowu.
– Panie Witku. Jestem tutaj, żeby panu pomóc. Proszę bez skrępowania o wszystkim opowiedzieć – naciska, wciąż pozostając przychylną.
Ma przyjemny głos. Ciepły, delikatnie zmysłowy, choć z drugiej strony konkretny. Kobiecy, a jednocześnie pozbawiony częstej u płci pięknej piskliwej nuty, której osobiście nie znoszę.
Wyobrażam sobie Agatę, co pozwala mi choć na chwilę zapomnieć o strachu. Męskie odruchy dominują nad skołowanym umysłem. Zapewne jest brunetką, ma proste, równo przystrzyżone włosy i pełną, okrągłą, przyjemną twarz. Uśmiechnięte słoneczko. Imię Anna odbija się echem od moich myśli. Kim jest Anna?
– Panie Witku, jest pan tam?
– Tak, jestem.
– Tak więc, opowie mi pan o swoim problemie, czy nie?
A żeby wiedziała, że opowiem. Mam ochotę wydusić to z siebie, jakkolwiek absurdalnie nie wyglądałyby moje problemy. Niech się zmierzy z nimi, Agata, słoneczko, anonimowy powiernik. Niech pomyśli, że jestem wariatem. Wszystko mi jedno.
Agata reaguje ze zrozumieniem. Czuję, jak uśmiecha się do słuchawki.
– Dobrze – mówi ciepło i spokojnie.
– Dobrze? No nie wiem – podśmiewam się, rżnąc głupa. Nie ma to jak dobra mina do złej gry.
– Muszę zadać jeszcze kilka pytań – ciągnie kobieta.
– Ależ proszę – nie wyrażam sprzeciwu.
W jakiś sposób cieszy mnie ta konwersacja.
– Proszę powiedzieć, co pan pamięta? Co pan ostatnio robił?
„No i dup” – myślę sobie. Czar pryska niczym bańka mydlana.
Niepokój powraca ze zdwojoną siłą. Nie pamiętam ani śniadania, ani tej szmaty, ale co ostatnie zapadło mi w pamięć? Wizyta w łazience! Tylko że ona mogła być już dawno. Zupełnie nie potrafię umiejscowić jej w czasie. Chyba czytałem wtedy jakiś artykuł. Może mógłbym sprawdzić historię przeglądarki w telefonie? Nagle – objawienie! Głos mi się łamie, ale wreszcie mam co odpowiedzieć.
– Wczoraj w telewizji leciał Bond, chyba Golden Eye.
Wychodzę na głupka, myślę sobie. Nie dość, że wariat, to kretyn.
– Dobrze – przytakuje ona. – W takim razie już wszystko wiem. Proszę nigdzie nie wychodzić. Przyjadę w ciągu godziny.
– Przyjedzie pani? – mówię zaskoczony.
– Takie są procedury.
– Procedury?
– Nie traćmy czasu na zbędne wyjaśnienia – mówi jakby ostrzej. Wyczuwam w niej kobietę konkretną, twardo stąpającą po ziemi.
Nie mogę się nie zgodzić. Odkładam słuchawkę, głośno konstatując, że teraz to już, kurwa, dopiero nic nie rozumiem.
Robię sobie herbatę oraz kanapkę z żółtym serem. Żółtym jak ta szmata, którą wytarłem poprzednią herbatę, a która leży obecnie na balkonie. Idę na ten balkon, piję gorący napój na słonecznym gorącu. Zajadam kanapkę, patrząc na szmatę jak na obciążający dowód w sprawie sądowej. W głowie mam mętlik. Coś jakby mi się rozjechało.
1 2 3 5 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Jeszcze jeden do normy
Marcin Orliński

7 III 2020

W odległym o kilkanaście metrów rowie ruszał się człowiek, czy może raczej to, co z niego zostało. Sławek wcześniej go nie zobaczył, bo przesłaniały mu okoliczne krzaki. Skórę miał bladą, niemal przezroczystą, tak, że można było idealnie zobaczyć jego nabrzmiałe żyły, a oczy niemal wychodziły mu na wierzch. Jeżeli to nie stanowiłoby wystarczającej wskazówki, ziejąca w szyi krwawa dziura i brak kawałka prawego obojczyka nie budziły wątpliwości. Ani chybi kolejny sztywny.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Welesówna i niezbyt żywi mieszkańcy Brzózki
Mika Modrzyńska

2 XI 2019

Przez chwilę nic się nie działo. Dopiero po kilku minutach grupka stworzeń takich jak wodnik, choć drobniejszych i… bledszych, wynurzyła się z wody i podeszła do brzegu, prowadząc między sobą wierzgającą na wszystkie strony Martynę.

więcej »
Ilustracja: Katarzyna Szymonik

Dobry glina
Marianna Szygoń

19 X 2019

Gość nie wyglądał na przejętego cudownym ocaleniem. Ogólnie rzecz biorąc, wyglądał na kogoś, komu bycie martwym nie zrobiłoby wielkiej różnicy. Blady, z woskową cerą i mętnym spojrzeniem, przypominał raczej żywego trupa niż poborcę zaległych czynszów.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Suicide Blonde
— Jarosław Księżyk

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.