Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 13 sierpnia 2020
w Esensji w Esensjopedii

Marcin Orliński
‹Jeszcze jeden do normy›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorMarcin Orliński
TytułJeszcze jeden do normy
OpisFantastyką wszelakiej maści interesuje się od najmłodszych lat, ale pierwsze próby pisarskie podjął dopiero na studiach. Po kilku latach zadebiutował na łamach Esensji opowiadaniem „Jeszcze jeden do normy”. Pisanie traktuje bardziej jako hobby, pisze gdy akurat pozwolą mu na to inne obowiązki.
Gatunekgroteska

Jeszcze jeden do normy

Marcin Orliński
1 2 3 »
W odległym o kilkanaście metrów rowie ruszał się człowiek, czy może raczej to, co z niego zostało. Sławek wcześniej go nie zobaczył, bo przesłaniały mu okoliczne krzaki. Skórę miał bladą, niemal przezroczystą, tak, że można było idealnie zobaczyć jego nabrzmiałe żyły, a oczy niemal wychodziły mu na wierzch. Jeżeli to nie stanowiłoby wystarczającej wskazówki, ziejąca w szyi krwawa dziura i brak kawałka prawego obojczyka nie budziły wątpliwości. Ani chybi kolejny sztywny.

Marcin Orliński

Jeszcze jeden do normy

W odległym o kilkanaście metrów rowie ruszał się człowiek, czy może raczej to, co z niego zostało. Sławek wcześniej go nie zobaczył, bo przesłaniały mu okoliczne krzaki. Skórę miał bladą, niemal przezroczystą, tak, że można było idealnie zobaczyć jego nabrzmiałe żyły, a oczy niemal wychodziły mu na wierzch. Jeżeli to nie stanowiłoby wystarczającej wskazówki, ziejąca w szyi krwawa dziura i brak kawałka prawego obojczyka nie budziły wątpliwości. Ani chybi kolejny sztywny.

Marcin Orliński
‹Jeszcze jeden do normy›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorMarcin Orliński
TytułJeszcze jeden do normy
OpisFantastyką wszelakiej maści interesuje się od najmłodszych lat, ale pierwsze próby pisarskie podjął dopiero na studiach. Po kilku latach zadebiutował na łamach Esensji opowiadaniem „Jeszcze jeden do normy”. Pisanie traktuje bardziej jako hobby, pisze gdy akurat pozwolą mu na to inne obowiązki.
Gatunekgroteska
Auto podskakiwało, co chwila wpadając w jakąś większą dziurę. Sławek co prawda znał trasę niemal na pamięć, ale nie był w stanie ominąć każdej koleiny. Droga nie tyle była nimi poprzecinana, co raczej koleiny i dziury gdzieniegdzie ustępowały miejsca kawałkom jezdni. Tych zaś ubywało z roku na rok. Władza ludowa miała widać lepsze rzeczy do roboty, niż remont nawierzchni w Berdyszczach.
Aż żal mu się robiło wysłużonego żuka. Musiał ciułać latami na wszystkie opłaty, zarówno te oficjalne jak i te przekazywane w kopercie pod stołem. Normalnie może i wybrałby się na piechotę, ale dzisiaj jego kuzyn Łukasz przyjeżdżał z wizytą, więc trzeba było po niego wyjechać. Z dworca w Dorohusku był kawałek drogi, a nie wypadało kazać gościowi iść na piechotę tym bardziej, że miał pewnie sporo bagażu.
W myślach przeliczył jeszcze raz kartki na benzynę. Ostatnio wydawali je coraz rzadziej, ale na krótką podwózkę powinno starczyć. Jest szansa, że w przyszłym miesiącu dostanie nowe, a jak nie, najwyżej będzie z buta łaził po zakupy. W końcu krewniak przyjeżdżał na komunię jego syna, a w święto można trochę zaszaleć.
Włączył radio, żeby droga na dworzec się nie nudziła. Liczył, że puszczą jakąś muzykę, ale szczęście mu widać nie sprzyjało.
– …i dlatego powiadam wam, że zaraza ta przyszła z Zachodu, gdzie duch ludzki jest słabszy i mieszkańcy łatwiej ulegają wszelkim infekcjom. Patrzcie na nasz przykład. Na zdrowej polskiej wsi obywatele radzą sobie o wiele lepiej, niż w zatłoczonych miastach pełnych burżuazji. To wszystko dlatego, żeśmy zawczasu wykorzenili obszarników zamiast dać im uciskać biednych rolników. Dzięki temu wieś polska wolna jest od chorób kapitalizmu.
Sławek głośno westchnął. Monolog płynący z odbiornika znał aż za dobrze, media ludowe pełne były tego rodzaju gadek. Jak na złość radio, które zwykle albo nadawało ledwie słyszalnie albo trzeszczało, tym razem działało bez zarzutu, tak że czuł się, jakby prowadzący przemawiał doń z siedzenia pasażerskiego.
Szukanie innego pasma nie miało większego sensu. Tak daleko na wschodzie kraju dochodził tylko sygnał z jednej polskiej rozgłośni, pozostałe nadawały z bratniego Związku Radzieckiego, a tych tym bardziej nie chciało mu się słuchać.
Chciał już wyłączyć to ustrojstwo, ale machnął ręką.
– Może zaraz skończy i wrzucą coś innego, choćby prognozę pogody – mruknął do siebie.
– Powinnością każdego obywatela jest tępić wrogów władzy ludowej. Każdy, kto napotka jednego z nich, ma obowiązek zadbać, by nie szerzyli dalej tej przebrzydłej zarazy.
Sławkowi wydawało się nawet, że za oknem mignęło mu parę sylwetek – jak by to ujął prowadzący – „wrogów ludu pracującego miast i wsi”. Kręcili się koło drogi zataczając bezładnie i wyciągając przed siebie ręce, by zachować równowagę.
Zauważywszy samochód, ruszyli w jego stronę, ale Sławek wolał się nie zatrzymywać. Miał kuzyna do odebrania, a samotne spotkanie z „kapitalistami” nie należało do zbyt bezpiecznych.
Minął więc grupkę i kontynuował podróż w stronę stacji kolejowej. Gdy w końcu dotarł na miejsce, zgasił auto i przed wyjściem z niego rozejrzał się, czy gdzieś nie kręci się jakiś „wróg ludu”. Żadnego nie było w zasięgu wzroku, ale Sławek na wszelki wypadek wziął ze sobą siekierę. Nigdy nie wiadomo, czy jakiś nie czai się w krzakach. Nie zamykał pojazdu. I tak żaden z nich nie potrafił prowadzić, a gdyby zaszła konieczność ucieczki, zawsze będzie szybciej, jeśli nie trzeba się męczyć z zamkiem w drzwiach.
Miejscowych nie musiał się obawiać. Nawet, gdyby któryś gwizdnął mu auto, nie miałby gdzie go ukryć. W okolicy nie było zbyt wiele żuków czy w ogóle jakichkolwiek samochodów.
Pogwizdując cicho ruszył w stronę stacji. W okolicy nie było widać żadnego pociągu, więc pewnie przyjdzie mu jeszcze trochę poczekać. No trudno, kuzyn mówił, że powinien dojechać ze Szczecina około ósmej rano. Niby Sławek przyjechał punktualnie, ale przy tej odległości mogło się zawsze zdarzyć jakieś opóźnienie.
Już zaczynał żałować, że nie wziął ze sobą drugiego śniadania. Jeśli będzie musiał czekać kilka godzin, to żołądek nie da mu spokoju. Przeklinał się w duchu, że nie przygotował wcześniej prowiantu. Teraz głupio byłoby wracać do domu po kanapki. Niby nie było daleko, ale kartki na benzynę nie rosły na drzewach.
Już zamierzał się zdrzemnąć w aucie, gdy zobaczył jakiś ruch od strony peronów. Odruchowo sięgnął po siekierę, ale zobaczył, że przybysz macha do niego ręką. Gdy wytężył wzrok, rozpoznał kuzyna, który pod każdą pachą taszczył pokaźną torbę podróżną. Zza jego sylwetki wystawał jeszcze plecak ze stelażem. Mimo, że tamten nie należał do ułomków, ledwie się ruszał z tym całym bagażem. Widać pociąg przyjechał przed czasem. A może to Sławek się spóźnił?
Wybiegł kuzynowi na spotkanie, żeby go serdecznie uściskać, ale przypomniał sobie, że nadal trzyma w dłoni siekierę. Przez chwilę zastanawiał się, co z nią zrobić. Jako, że nie miał gdzie jej odłożyć, wybrał najprostsze rozwiązanie i po prostu objął krewniaka nadal nie wypuszczając narzędzia z dłoni.
– Kopę lat, Łukasz! A ty co taki obładowany. Daj, wezmę te torby – rzekł niemal wyrywając mu bagaż. Jedną torbę zawiesił sobie na ramieniu, a drugą wziął w wolną rękę.
– Inaczej się nie dało. Musiałem jakoś zapakować prezenty dla Maćka. W końcu jest moim chrześniakiem i w ogóle… Dla reszty dzieciarni też coś mam, bo jeszcze zalegam im za Boże Narodzenie.
Sławek nie miał na to żadnej riposty. Brat przyjechał specjalnie na komunię jego syna, więc normalne, że przywiózł jakieś pamiątki. On sam niespecjalnie przejmował się upominkami, ale wiedział, że dzieci będą zawiedzione, jeśli wujek z dużego miasta pojawi się z pustymi rękoma. Chwilę później zapakowali bagaże na tył auta i ruszyli w drogę powrotną.
Kierowca nieopatrznie włączył radio. Zrozumiał swój błąd dopiero, gdy z odbiornika popłynął znajomy głos:
– I dlatego obowiązkiem każdego obywatela Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej jest zwalczanie każdego zakażonego wirusem kapitalizmu.
Sławek zaczynał już mieć wrażenie déjà vu. Był pewien, że tamten zdąży sobie dać spokój i puszczą coś innego, ale radio albo nadawało w kółko tę samą audycję, albo prezenter miał zdecydowanie zbyt dużo wolnego czasu i lubił dźwięk własnego głosu.
– Niech więc każdy przedstawiciel klasy pracującej…
Prowadzący audycję nie miał okazji kontynuować swojej myśli, gdyż poirytowany kierowca wyłączył radio.
– A oni w kółko to samo – skomentował. – Spełnij swój obowiązek, wyrób normę, bo będzie źle. Ostatnio nam podnieśli wymóg, musimy załatwić przynajmniej tuzin na kwartał, zostały mi jeszcze trzy sztuki do końca miesiąca. U was pewnie gorzej, bo macie bliżej do Zachodu, skąd przyleźli ci cali kapitaliści.
– My na nich mówimy zombie.
– Czemu zomby? – zdziwił się Sławek. – Niby gryzą, ale z zębami nic nie mają. To znaczy, wszystko im gnije i zębiska też mają brudne, ale nie bardziej niż resztę ciała.
– Nie zomby, tylko zombie. A nazwa jest chyba z wierzeń voodoo czy czegoś podobnego.
Sławkowi wyjaśnienie nic nie pomogło. Nie miał pojęcia, czym jest to całe voodoo, ale wolał nie pytać, bo kuzyn pewnie wyjaśniłby to innym nieznanym mu terminem. Tak to już było z miastowymi.
– My w każdym razie nazywamy ich sztywnymi – odchrząknął. – To ile wynosi u was w Szczecinie norma tych całych… zombie?
– Nie jest tak źle, u nas to jeden na miesiąc.
– Tak łatwo? – zdziwił się Sławek. – No to pewnie masz niezłe nadwyżki.
– Nie aż tak. Swój przydział już wyrobiłem, ale w mieście ciężko ich znaleźć. Jak się jakiś pojawi, to wszyscy się rzucają, by go załatwić. Bywało, że trzeba było się nieźle naszukać, by na jakiegoś trafić.
– Pewnie sobie jaja robisz! Przecież wszyscy wiedzą, że ta zaraza się szerzy w największych miastach, bo tam za dużo inteligencji, a na zachodzie kraju to już w ogóle.
– Bzdury wam wciskają. To zwykły wirus, który przechodzi przez ślinę i inne płyny ustrojowe. Wszystko mu jedno, czy dopadnie socjalistę czy kapitalistę.
– A skąd wiesz takie rzeczy?
– Nadawali w Radiu Wolna Europa, a poza tym sam widziałem, że w mieście nie ma za wielu zarażonych.
Sławek skomentował słowa krewniaka prychnięciem, po czym dodał:
– I właśnie przez takie gadki musiałeś zwiewać ze wsi na drugi koniec kraju. Zawsze za bardzo się mądrzyłeś. Trza było uprawiać żyto i ziemniaki, a nie za książki jakieś się brać. W ogóle masz szczęście. Wasyl chciał cię ścigać, ale zdarzył się stan wojenny i miał za dużo na głowie, a potem widać mu się tak nie chciało.
1 2 3 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Tuaranga
Piotr Zawada, Magdalena „Majik Czar” Czarnecka

4 VII 2020

Ostrzeżenie: opowiadanie tylko dla czytelników dorosłych!

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Zerwany kwiat
Marcin Pindel

21 VI 2020

Zostawiwszy za sobą bacówkę, przy której wygrzewał się na słońcu piękny owczarek, minąłem kierdel owiec, a pięć minut później dotarłem na szczyt. Kapliczka stała niedaleko charakterystycznego pasa drzew porastającego niemal łysy wierzchołek. Już na miejscu odwróciłem się w kierunku, z którego przyszedłem. Szczyty Tatr wciąż pobłyskiwały bielą, ale Babia Góra zdążyła się już pozbyć swojej śnieżnej czapy.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Nocna parada stu demonów
Wiktor Orłowski

16 V 2020

Dzięki kosztownym podarkom dotarłam do młodego pomocnika doktora Kaname, który przyparty do muru (nie będę opowiadać Ci, jak nakłoniłam go do zwierzeń – dobrze to wiesz, wszak jestem gejszą) wyznał, że pewnej deszczowej nocy pomógł swemu zwierzchnikowi opatrzyć Biwako. Tę słodką, piękną dziewczynę okrutnie okaleczono, rozcinając nożem kąciki ust. Obrzydliwy „uśmiech” sięgnął ponoć aż do uszu, Biwako straciła tak dużo krwi, że obawiano się, czy zachowa życie.

więcej »
Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.