Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 14 lipca 2020
w Esensji w Esensjopedii

Marcin Orliński
‹Jeszcze jeden do normy›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorMarcin Orliński
TytułJeszcze jeden do normy
OpisFantastyką wszelakiej maści interesuje się od najmłodszych lat, ale pierwsze próby pisarskie podjął dopiero na studiach. Po kilku latach zadebiutował na łamach Esensji opowiadaniem „Jeszcze jeden do normy”. Pisanie traktuje bardziej jako hobby, pisze gdy akurat pozwolą mu na to inne obowiązki.
Gatunekgroteska

Jeszcze jeden do normy

Marcin Orliński
« 1 2 3

Marcin Orliński

Jeszcze jeden do normy

Sławek nieraz słuchał wykładów specjalistów, których władza rozesłała po kraju dla szkolenia lokalnej ludności w walce z zarażonymi. Większość tego stanowiły gadki o tym, że zarazę przynieśli Amerykanie, podobnie jak stonkę ziemniaczaną i imperialistyczną propagandę podsumowane przypomnieniem, że obywatele wolni od pokus kapitalizmu nie muszą się bać zarażenia duchową zgnilizną. Sam nigdy nie widział, żeby którykolwiek z ugryzionych przez jednego z sztywnych kiedykolwiek wyzdrowiał, więc albo nie mieli w sobie dość marksistowskiego ducha albo rzeczywiście rację miał Łukasz mówiąc, że chorobie było wszystko jedno.
Dwóch rzeczy był jednak pewien. Należało walić w łeb i nie dać się ugryźć.
Powolnym, miarowym krokiem ruszył w stronę przeciwników. Zastanawiał się, kim byli przed przemianą, ale znajdowali się w tak zaawansowanym stadium rozkładu, że nie dało się ich rozpoznać. Gdy zataczający się stwór znalazł się bliżej, Sławka doszedł mokry odór stęchlizny. Po pierwszych paru spotkaniach z truposzami był co prawda przyzwyczajony do ich zapachu, ale ci śmierdzieli wyjątkowo paskudnie. Zupełnie, jakby wypełzli z jakiegoś bagna. Nawet ociekali wodą.
Pamiętając swoje poprzednie doświadczenia rozstawił szeroko nogi i wziął porządny zamach. Trupy nie ruszały się zbyt szybko i zawsze szły najkrótszą drogą ku żywym, więc jeśli człowiek nie dał się zaskoczyć i zachował zimną krew, nie powinien mieć z nimi problemu.
Sztywni nie używali broni, więc Sławek miał przewagę zasięgu. Poczekał chwilę, aż tamten podejdzie i, gdy znalazł się odpowiednio blisko, opuścił siekierę na jego łeb. Ot, zwykłe pionowe uderzenie w dół, zupełnie jak przy rąbaniu drewna. Ostrze bez problemu weszło w nadgniły łeb przeciwnika, który momentalnie zwiotczał i zwalił się na ściółkę.
Cios był trochę za mocny, bo siekiera utknęła głęboko w czaszce, tak że Sławek omal nie stracił równowagi i nie zwalił się na – teraz już zupełnie martwego – trupa. Przez chwilę siłował się z narzędziem, próbując je wyswobodzić. Żałował, że nie wziął z samochodu zapasowej broni. Wtedy mógłby od razu jej dobyć i wziąć się za następnego przeciwnika.
Pomimo obrzydzenia musiał oprzeć but o rozkładający się zezwłok, by uwolnić broń. Gdy ta wyszła z ciała przy akompaniamencie mokrego plaśnięcia, rozejrzał się za kolejnym celem.
Było jednak po wszystkim. Koło drogi leżało pięć rozkładających się trucheł. Łukasz stał nad jednym z trupów z zakrwawionym kijem bejsbolowym w ręku, a Jędrzejczakowie pilnowali pozostałych trzech, niczym charty chcące zaznaczyć, że to ich zdobycz.
– No to pozamiatane – podsumował Sławek. – Jeszcze dwa sztywniaki do końca miesiąca i norma będzie wyrobiona. Jak wy stoicie w tym kwartale?
Jędrzejczakowie jedynie pokręcili głowami, jakby na znak, że trochę im jeszcze brakuje.
– Ja tam swój przydział mam wyrobiony – odezwał się Łukasz. – Jak chcesz, możemy powiedzieć, że ten, którego ubiłem, był twój. I tak nie wiem, czy załatwienie któregoś poza swoją gminą się liczy.
Sławek spojrzał na Jędrzejczaków i zapytał:
– Poświadczycie, że tak było?
– Poświadczymy – odpowiedzieli obaj niemal jednocześnie wzruszając ramionami.
– To co? Zwłoki zostawiamy do sprzątnięcia grabarzowi i w drogę. Podwieźć was gdzieś?
– Do chałupy mamy niedaleko, to sobie sami poradzimy. A może jeszcze trafimy na kolejnych do drodze – odezwał się Grzesiek i po chwili namysłu dodał: – A tak w ogóle, to ten twój kuzyn nieźle wywija tym kijaszkiem. Jak na miastowego, rzecz jasna. Skąd masz takie cuś? – zapytał Łukasza.
– W peweksie nabyłem. Miał być na prezent dla Maćka. Szkoda tylko, że się pobrudził.
– No to teraz będzie miał ochrzczony, to nawet lepszy – zaśmiał się Tadek, po czym wszyscy dołączyli do jego rechotu. Żart nie był może zbyt wyszukany, ale wesołość Jędrzejczaków okazała się bardziej zaraźliwa niż wirus roznoszony przez zombie.
Śmiali się, aż niefortunny podmuch wiatru posłał w ich stronę woń zgnilizny biegnącą od zwłok. Smród był tak niemożebny, że Sławek aż zgiął się wpół. Poczuł, jak posiłek podchodzi mu do gardła. Co prawda, życie na wsi nie oszczędzało mu przykrych zapachów, a nawet do smrodu zwłok był już przyzwyczajony, ale otaczający tych konkretnych sztywnych odór topielca był nawet ponad jego siły. Przez chwilę walczył z potrzebą zwrócenia śniadania. W końcu udało mu się zapanować nad odruchem wymiotnym. Sądząc po minach pozostałych, oni też mieli podobne problemy.
Przezornie podeszli do samochodu oddalając się od trucheł. Nikt nie skomentował całego zajścia. W ramach milczącego porozumienia udawali, że żaden nie widział chwili słabości pozostałych.
– Ależ śmierdzą – skwitował Tadziu strzykając na glebę gęstą flegmą. – Zupełnie jak topielce. Ostatnio tylko takie się nam zdarzają. Jakby normalnych już nie było. Skąd one się biorą? Ostatnio się nie słyszało, żeby w okolicy kogoś pogryzło, a na drzewach przecież nie rosną.
Łukasz spojrzał na kierunek, z którego przyczłapali sztywni.
– Na moje to od strony Bugu. To by tłumaczyło, czemu tacy mokrzy.
– Znaczy się sowiety – skomentował Tadziu. – Nie dość, że wtrącają się nam w politykę, to nawet po śmierci gnębią.
Jeszcze przez chwilę wszyscy czterej ponarzekali na to i owo, ale w końcu nadeszła pora, by się rozejść. Sławek na wszelki wypadek ponowił pytanie, czy podwieźć braci Jędrzejczaków, a oni ponownie odmówili. Wsiadł więc za kierownicę i razem z kuzynem ruszyli do domu.
Tym razem przezornie nie włączali radia, żeby nie nadziać się na kolejną audycję państwową. Obawiał się nawet, że nadal może lecieć ta sama. Gdy podskakujący na wertepach pojazd był już niemal na miejscu, zobaczyli pasącego się na skraju drogi popielatego konia.
– To chyba Łysek – rozpoznał konia Sławek. – Tylko co on tu robi? Zwiał od Krupy?
– Może zobaczymy? – zaproponował Łukasz.
– I jeszcze władujemy się w jakieś kłopoty?
Jednak wbrew swoim narzekaniom Sławek zatrzymał auto i zgasił silnik. Ostrożność ostrożnością, ale ciekawiło go, co też się wydarzyło, że zwierzę samotnie kręci się po okolicy.
Koń jakby nigdy nic drobił koło rozwalonego płotka i skubał sobie trawę. Z bliska dało się potwierdzić, że rzeczywiście był to Łysek. We wsi nie było drugiego konia takiej maści, a poza tym zdradzało go znamię w kształcie podkowy na ciemieniu.
Pamiętał, jak stary Jurek zawsze chwalił się, jaki jego koń jest piękny i zadbany. Teraz jednak jego sierść była skołtuniona, a gdzieniegdzie widać było pręgi, jakby ktoś mocno konia wychłostał. Do tego był strasznie wychudzony, pewnie od dawna nic nie jadł. Widać, że nowy właściciel w ogóle o niego nie dbał. Sławek w pamięci dodał to do długiej listy powodów, dla których nie lubił działacza partyjnego. Nawet najgorszemu wrogowi nie życzył, żeby wpadł w ręce Krupy. No dobrze, paru osobom może rzeczywiście życzył takiego losu, ale była to bardzo krótka lista osób pokroju samego Krupy czy jego poprzednika.
Koń był osiodłany, więc raczej nie wyrwał się ze stajni. Sławek zastanawiał się nawet, czy nie rozkulbaczyć zwierzęcia i nie puścić wolno. Przy odrobinie szczęścia trafiłoby na lepszego pana. Sztywnych nie miał się co bać, atakowali tylko ludzi, zwierzęta zostawiali w spokoju. Trzeba tylko upewnić się, że gdzieś w pobliżu nie kręci się właściciel…
Z rozważań wyrwał go krzyk kuzyna, który wskazywał coś w krzakach.
– A ty co tak drzesz japę? – chciał dorzucić jakąś uwagę, ale się powstrzymał, gdy spojrzał w kierunku, gdzie wskazywał Łukasz.
W odległym o kilkanaście metrów rowie ruszał się człowiek, czy może raczej to, co z niego zostało. Sławek wcześniej go nie zobaczył, bo przesłaniały mu okoliczne krzaki. Skórę miał bladą, niemal przezroczystą, tak, że można było idealnie zobaczyć jego nabrzmiałe żyły, a oczy niemal wychodziły mu na wierzch. Jeżeli to nie stanowiłoby wystarczającej wskazówki, ziejąca w szyi krwawa dziura i brak kawałka prawego obojczyka nie budziły wątpliwości. Ani chybi kolejny sztywny. Rzęził niczym astmatyk i niemrawo ruszał rękami nie mogąc się wydostać z wykopu.
– Widziałeś kiedyś Krupę? – spytał kuzyna, po czym nie czekając na odpowiedź dodał: – To teraz już widzisz. Za bardzo się nie zmienił od ostatniego spotkania. Nadal jest z niego zgniła gadzina.
Jakby w odpowiedzi nieboszczyk wycharczał coś niezrozumiale, po czym znowu osunął się na dno rowu.
Trzymając bezpieczny dystans obaj zbliżyli się do krawędzi wykopu, by przyjrzeć się trupowi z bliska. Ten nadal rzężąc próbował ich sięgnąć, ale nie potrafił wydostać się z rowu. Teraz mogli zobaczyć, dlaczego.
Lewą nogę miał skręconą pod nienaturalnym kątem. Dół był dość głęboki, nawet zdrowy człowiek musiałby się trochę namęczyć, żeby z niego wyjść. Z tymi obrażeniami nie było mowy, żeby niezdarny żywy trup mógł się stamtąd wyczołgać.
– Pewnie koń go zrzucił, a ze złamaną nogą nie miał jak uciekać. Potem dopadli go sztywni, może nawet ci sami, co ich załatwiliśmy – zgadywał Łukasz. – Ciekawe czy wpadł tu zanim go pogryźli, czy już po przemianie?
Tego już pewnie nigdy się nie dowiedzą. Jedyny żyjący świadek zdarzenia był z gatunku nieparzystokopytnych, więc raczej nie mógł im za wiele powiedzieć.
– Czyli te gadki, że komunistyczny duch chroni przed przemianą to jednak bujda. Ten tu – wskazał Sławek, spluwając – to był istny partyjny beton. Drugiego takiego próżno by szukać w całym powiecie.
Pomny ich wcześniejszej rozmowy Łukasz spojrzał na niego z tryumfalnym uśmiechem, jakby chciał powiedzieć „a nie mówiłem”, ale powstrzymał się. Nie chciał psuć krewniakowi humoru. Zamiast tego stwierdził:
– Widać szczęście się do ciebie uśmiechnęło. Masz do ubicia jeszcze jednego truposza, a tu Krupa pośmiertnie zrobił ci prezent. Wystarczy tylko, że znajdziemy jakichś świadków i bierzemy się do roboty.
– Szkoda czasu. Jak będziemy ich szukać, przyjdzie ktoś inny i zgarnie nam okazję sprzed nosa. Tą mendę to załatwię bez doliczania do normy, tak dla czystej satysfakcji. Nie pozwolę, żeby ominęła mnie ta przyjemność.
Jeszcze w trakcie rozmowy podszedł do pobliskiego płotka odrywając od niego dwie sztachety. Jedną z nich rzucił kuzynowi, a drugą zamachnął się dla próby. Wydawała się trochę miękka od wieloletniego stania na deszczu, ale to nawet i lepiej. Nie chciał, żeby zabawa w obijanie komucha minęła mu zbyt szybko, bo załatwił go jednym ciosem.
Kuzynowi nie musiał tłumaczyć, co robić. Po chwili w powietrzu rozległ się stukot uderzeń drewna o gnijące zwłoki.
koniec
« 1 2 3
7 marca 2020

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Tuaranga
Piotr Zawada, Magdalena „Majik Czar” Czarnecka

4 VII 2020

Ostrzeżenie: opowiadanie tylko dla czytelników dorosłych!

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Zerwany kwiat
Marcin Pindel

21 VI 2020

Zostawiwszy za sobą bacówkę, przy której wygrzewał się na słońcu piękny owczarek, minąłem kierdel owiec, a pięć minut później dotarłem na szczyt. Kapliczka stała niedaleko charakterystycznego pasa drzew porastającego niemal łysy wierzchołek. Już na miejscu odwróciłem się w kierunku, z którego przyszedłem. Szczyty Tatr wciąż pobłyskiwały bielą, ale Babia Góra zdążyła się już pozbyć swojej śnieżnej czapy.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Nocna parada stu demonów
Wiktor Orłowski

16 V 2020

Dzięki kosztownym podarkom dotarłam do młodego pomocnika doktora Kaname, który przyparty do muru (nie będę opowiadać Ci, jak nakłoniłam go do zwierzeń – dobrze to wiesz, wszak jestem gejszą) wyznał, że pewnej deszczowej nocy pomógł swemu zwierzchnikowi opatrzyć Biwako. Tę słodką, piękną dziewczynę okrutnie okaleczono, rozcinając nożem kąciki ust. Obrzydliwy „uśmiech” sięgnął ponoć aż do uszu, Biwako straciła tak dużo krwi, że obawiano się, czy zachowa życie.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.