Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 25 maja 2020
w Esensji w Esensjopedii

Hubert Fryc
‹Oszołomek›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorHubert Fryc
TytułOszołomek
OpisUrodziłem się w 1990 roku, studiowałem filozofię (bez powodzenia), pracuję w Krakowie. Piszę, ile wlezie, publikuję mało, bo się troszkę wstydzę i uważam, że tylko niektóre moje teksty się nadają. Kilka lat temu debiutowałem w Nowej Fantastyce, w 2018 roku ukazała się moja pierwsza powieść pod tytułem „Szeptać”, a niedługo skończę prace nad drugą.
Gatunekobyczajowa

Oszołomek

1 2 3 »
Przecież przystojny jestem chłop, niestary i prawdomówny, bo dupy z gęby nie robię, i robotny jestem, mam pole i konia, i siłę w rękach, że mógłbym podkowy łamać, ale nie łamię, bo niby po co, przecież głupi nie jestem, żeby na pokaz odstawiać ceregiele. I mógłbym mieć każdą, nie ino Martę, ale też sołtysównę albo i jakąś miastową pannę, na przykład córkę ministra albo i samego sekretarza.

Hubert Fryc

Oszołomek

Przecież przystojny jestem chłop, niestary i prawdomówny, bo dupy z gęby nie robię, i robotny jestem, mam pole i konia, i siłę w rękach, że mógłbym podkowy łamać, ale nie łamię, bo niby po co, przecież głupi nie jestem, żeby na pokaz odstawiać ceregiele. I mógłbym mieć każdą, nie ino Martę, ale też sołtysównę albo i jakąś miastową pannę, na przykład córkę ministra albo i samego sekretarza.

Hubert Fryc
‹Oszołomek›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorHubert Fryc
TytułOszołomek
OpisUrodziłem się w 1990 roku, studiowałem filozofię (bez powodzenia), pracuję w Krakowie. Piszę, ile wlezie, publikuję mało, bo się troszkę wstydzę i uważam, że tylko niektóre moje teksty się nadają. Kilka lat temu debiutowałem w Nowej Fantastyce, w 2018 roku ukazała się moja pierwsza powieść pod tytułem „Szeptać”, a niedługo skończę prace nad drugą.
Gatunekobyczajowa
Skoro mnie, chłopy, pytacie, kto zabił, to ja odpowiem najsampierw, bo kto zabił jest pewne jak dwa a dwa cztery, jak amen w pacierzu, a zabił Antek Kobiela, co go wołają Oszołomek, bo od urodzenia opóźniony jest i niegramotny, a do tego niemota. Tak go pan Bóg ulepił, głupiego jak buta. Może nawet w niemowlęctwie mądrzejszy był trochu, bo przynajmniej niewiele głupszy od innych miglanców. A im starszy, tym było gorzej, tym mocniej cymbalstwo jego wyłaziło na wierzch, aż wylazło całkiem. Czy miał w tym cel – pan Bóg, znaczy się – że tak Oszołomka ulepił? A może bez powodu to się stało, że Antek cymbał, wbrew celowi nawet, na przekór naturze i Panu i przez przypadek? Tego ja nie wiem. Ja jestem prosty chłop i wiem, co widzę, a jak czego nie widzę, to nie wiem i takie puste gadanie to nie dla mnie. Znacie mnie zresztą, koledzy. Dupy z gęby nie robię.
Ale skorośmy są w barze, to ja wódeczkę, dla rozgrzania, zakupię. Co mówicie, chłopy? Że stawiacie? A, Bóg wam zapłać. Jakoś tak ciężko mi pić za cudze, ale przecież nie będziemy się o to wadzić.
• • •
Ta… tak duszkiem piję, bo mi w gębie pustynia, a pierwsza setka zawsze najlepsza, bo nie ino to, że przepłukuje gardło, ale i dodaje sił jakby i takiej światłości, co jej nie widać wcale, ale czuć ją we łbie. I od razu się lepiej myśli i wszystko się przypomina, każdy szczegół i szczególik, choćby na pozór zapomniany.
Ale to, co się w zeszłą sobotę stało, jak Antek Oszołomek własną siostrę siekierką zamordował – to tego wcale sobie przypominać nie muszę; pod powieki mi ten obraz wlazł jak drzazga za paznokieć i nijak nie idzie się tego pozbyć. Straszny to był widok, koledzy, straszny. Jakby sam diabeł zszedł na ziemię – i może zszedł i wstąpił w głupiego Oszołomka. Bo w głupiego wstąpić łatwiej, bo głupi nawet nie wie, czy co w niego wstąpiło czy nie wstąpiło; i podszepnął ten Lucyfer do złego, a szept jego jak krzyk i kazał głupiemu Antkowi palnąć w głowę swoją rodzoną siostrę, niewinną Martę Kobielę.
A było to tak, żem wracał w sobotę z baru i na świecie robiło się czarno, a robiło się czarno, bo od wschodu szła burza. Szłem, szłem, a do przejścia kawał, bo gdzie bar, a gdzie moja chałupa. No i nie całkiem po najkrótszej drodze szłem, bo sobie zawsze lubiałem pójść naokoło. Czemu, czemu, pytacie. Bo tak. Bo naokoło droga jakby prostsza, dłuższa ze dwa razy, ale prostsza. A nawet jak nie prostsza, to przynajmniej dzikie psy nie ganiają, ani żadne psy nie ganiają, a jakbym szedł przez las, krótszą drogą, na sagę, to ganiają i portki chcą potargać.
Tak żem se szedł naokoło z tego baru i myślał o różnych rzeczach, że żniwa, że dach w chałupie dziurawy, że jak deszcz leje, to moczy powałę, i że do dupy to wszystko. I co chwilę żem za ramię zerkał, czy mnie burza nie dościga, ale nie dościgała. I bałem się tej burzy jak nie wiem co, choć jestem chłop mało strachliwy i ino dwa razy się w życiu bałem: raz, jak przedwiośniem do przerębla żem wpadł, a drugi, jak mnie auto pod remizą trzepnęło i myślałem, że kaleką do końca życia zostanę. Ale jak żem do domu wracał tamtej soboty, a wracałem naokoło, to aż mnie ciarki przechodziły na myśl o burzy, co zbliżała się ku mnie, a największy mnie strach brał, że ta burza mnie dojedzie i mi krzywdę zrobi. Nawet nie piorunów się bałem i nie wichury, co zwykle z burzą idzie, i nie gradu – ale samej burzy, jakby burza sama mogła człowiekowi kulasy połamać albo w głowie popyrtać.
I tym sposobem żem se doszedł aż pod dom Kobielów, to znaczy Marty Kobieli i jej głupiego brata, Antka. Bo oni samiutcy mieszkali, bo im rodzice dawno temu pomarli i na głowie biednej Marty został ten brat jej, Antek Oszołomek, co go trza było karmić i rzyć mu podcierać. Wiecie, chłopy, on nawet mówić nie umie, ino tak mamle słowa w gębie, a wzrok ma pusty, nic nie widzący i gdy patrzy przed siebie, to jakby wcale świata nie widział, ino jakby we śnie ciągle żył – a paluchy u rąk to ma powykrzywiane jak gałęzie starych jabłonek i cały jest garbaty i nieforemny.
I tak żem se stanął przy chałupie Kobielów i burza też stanęła, może nawet odsunęła się troszkę, i mój strach zelżał trochu, a po chwili zniknął już całkiem. A w oknie chałupy Marty i Antka Kobielów zobaczyłem, jak Marta kuca przy piecu, żeby rozpalić, bo choć lato, to pewnie wodę na mycie głupiego brata chciała w garnkach wstawić – a ten jej głupi brat, Antek, podnosi wtedy siekierę pod sufit i jak nie trzaśnie siostry w głowę! A potem jeszcze raz i jeszcze! Tak było, chłopy, wiecie, że dupy z gęby nie robię i mówię, com widział, a czego żem nie widział, to nie mówię.
Aż mną telepie, taki to był straszny widok! Polejcie, ale tak do pełna!
• • •
Druga setka jest wcale nie gorsza niż pierwsza, a pod pewnymi względami to i nawet lepsza. Bo pierwsza przepłucze gardło i rozświetli głowę, a druga – na dobitkę, jeszcze poprawi, a w brzuchu się umości, jakby ten mój brzuch to było wódki najpierwsze przeznaczenie, taka dębowa beka.
Ta…
O co mnie, chłopy, pytacie? Ile żem wypił tamtej soboty, gdy to się stało? A co wy, nie wierzycie, żem prawdę powiedział? Ale skoroście tacy dociekliwi, to proszę bardzo: jedno albo dwa piwa żem wypił, albo trzy. Znacie mnie, ja jestem prosty chłop i dupy z gęby nie robię i wiem, co widzę, a jak czego nie widzę to nie wiem, więc jak żem wypił jedno, dwa albo trzy piwa, to tyle właśnie wypiłem.
Że co? Że szczegółów chcecie? Mało wam powiedziałem? Że głupi jak but Antek Oszołomek zabił siostrę swoją, piękną Martusię? No, ale skoro wódkę stawiacie…
Szczegóły są takie, że tamtej soboty, jak żem z baru wracał, a wypiłem w barze jedno piwo albo dwa albo trzy, to szła burza od wschodu i robiło się ciemno. I było gorąco, duszno tak jakoś, jak w samym piekle, lał się ze mnie pot, alem poszedł okrężną drogą, bo w lesie dzikie psy i koleiny, i jak się człowiek wykopyrtnie, to nogę może złamać.
I jeszcze żem szedł naokoło, nie przez las, z takiego powodu, bom sobie chciał popodglądać Martę Kobielę przez okno. Co mówicie? Żem za pierwszym razem o tym nie wspominał? Przecie ja zawsze mówię prawdę, słowny chłop jestem, dupy z gęby nie robię, więc skoro teraz twierdzę, żem szedł naokoło, żeby sobie Martę Kobielę popodglądać przez okno, to za pierwszym razem to samo mówić musiałem i basta!
Bo Marta, Martusia, panie Boże, święć nad jej duszą, piękna była, najpiękniejsza na świecie, i jak mi było źle, to sobie lubiałem chociaż popatrzeć, skoro dotknąć nie mogłem, posłuchać nie mogłem, powąchać nie mogłem, to patrzenie było wszystkim. I jak już skądś wracałem, a najczęściej wracałem z baru, to kryłem się przy jej chałupie, w krzakach po drugiej stronie drogi, gdzie mnie Martusia dostrzec nie mogła i gdzie mnie świat dostrzec nie mógł – i patrzałem, co się tam u chałupie dzieje. A zwykle działo się niewiele, nic zgoła. Krzątała się dziewczyna przy głupim bracie, prała mu gacie, robiła obiad i karmiła, bo on nawet nie umiał łyżki wziąć do ręki, kaleka jedna. Tak tylko siedział na krześle, bo nogi to miał powykrzywiane jak palce u rąk, a chude jak dwie wierzbowe witki.
A Marta, Martusia, była najładniejsza na świecie, nawet wtedy, gdy prała gacie i karmiła lanym ciastem albo grysikiem tego głupiego Antka Oszołomka, który niedługo miał się tak okrutnie swojej pięknej siostrze za jej dobro odwdzięczyć!
I tamtego wieczora, gdy żem się taił w krzakach po drugiej stronie drogi, a Martusia mnie nie widziała i świat mnie nie widział, a ja widziałem i ją i świat, bo ona była moim światem – wtenczas się stała ta straszliwa tragedia.
I tak było, że Antek Oszołomek siedział w izbie przy stole, zgarbiony, przygięty ku blatowi z ceratą i oto nagle dobył skądś siekierkę i tak przyglądał się narzędziu trochu, jakby nie wiedział, do czego służy, czy do ciupania drewna czy do czego innego – a on zawsze miał wzrok nic nie wiedzący. A Martusia kucała przy piecu, a Oszołomek patrzał na siekierkę, a ja widziałem ich przez okno, ukryty w krzakach po drugiej stronie drogi. Skąd siekierkę wziął? Pewnie Marta, Martusia do domu przyniosła, razem z patykami na podpałkę, bo czasem, jak jej rozpalanie nie szło, to musiała pociupać szczapki na jeszcze cieńsze i jeszcze, aż zostawały spałki cieniutkie jak zapałeczki. Tak było, chłopy, mówię co widziałem, a dupy z gęby nie robię!
I nagle jak się Oszołomek nie zamachnie, jak Martusi nie palnie w głowę!
Chłopy, polejcie, bo jak to sobie przypominam, to mnie chce od środka rozerwać!
• • •
O co się zaś dopytujecie? Czemu żem się w ogóle krył i podglądał? A co to, nie wolno? Ksiądz w kościele zakazał siedzenia w krzakach? Puknijcie się w łeb, chłopy. I polejcie, bo wam tego wszystkiego na trzeźwo nie wytłumaczę, a wytłumaczyć chcę dobrze, bo dupy z gęby nie robię.
1 2 3 »

Komentarze

27 IV 2020   15:58:45

Bardzo ładne i w gruncie rzeczy niegłupie opowiadanie — sprawiło mi dużą przyjemność.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Nocna parada stu demonów
Wiktor Orłowski

16 V 2020

Dzięki kosztownym podarkom dotarłam do młodego pomocnika doktora Kaname, który przyparty do muru (nie będę opowiadać Ci, jak nakłoniłam go do zwierzeń – dobrze to wiesz, wszak jestem gejszą) wyznał, że pewnej deszczowej nocy pomógł swemu zwierzchnikowi opatrzyć Biwako. Tę słodką, piękną dziewczynę okrutnie okaleczono, rozcinając nożem kąciki ust. Obrzydliwy „uśmiech” sięgnął ponoć aż do uszu, Biwako straciła tak dużo krwi, że obawiano się, czy zachowa życie.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Jeszcze jeden do normy
Marcin Orliński

7 III 2020

W odległym o kilkanaście metrów rowie ruszał się człowiek, czy może raczej to, co z niego zostało. Sławek wcześniej go nie zobaczył, bo przesłaniały mu okoliczne krzaki. Skórę miał bladą, niemal przezroczystą, tak, że można było idealnie zobaczyć jego nabrzmiałe żyły, a oczy niemal wychodziły mu na wierzch. Jeżeli to nie stanowiłoby wystarczającej wskazówki, ziejąca w szyi krwawa dziura i brak kawałka prawego obojczyka nie budziły wątpliwości. Ani chybi kolejny sztywny.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Punkt przywracania
Jarosław Księżyk

4 I 2020

Następnie opowiada coś, aby mi było miło. Coś o tym, że jestem fajnym facetem, inteligentnym, ciekawym, oraz że ze schizofrenią zaimplantowaną z całą pewnością można żyć. Robi ze mnie bohatera, pioniera nowej terapii, która siłą rzeczy musi mieć trudne początki. Dzięki mnie dokona się postęp.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Nasza klasa
— Hubert Fryc

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.