Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 11 lipca 2020
w Esensji w Esensjopedii

Hubert Fryc
‹Oszołomek›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorHubert Fryc
TytułOszołomek
OpisUrodziłem się w 1990 roku, studiowałem filozofię (bez powodzenia), pracuję w Krakowie. Piszę, ile wlezie, publikuję mało, bo się troszkę wstydzę i uważam, że tylko niektóre moje teksty się nadają. Kilka lat temu debiutowałem w Nowej Fantastyce, w 2018 roku ukazała się moja pierwsza powieść pod tytułem „Szeptać”, a niedługo skończę prace nad drugą.
Gatunekobyczajowa

Oszołomek

« 1 2 3 »

Hubert Fryc

Oszołomek

Teraz, skoro już wszystko przepadło, mogę wam, koledzy, zdradzić taki sekret, żem kochał Martę Kobielę najmocniej na świecie. I w snach mi się objawiała w tym swoim kwiecistym fartuszku, a czasami to nawet naga, nagusieńka, z włosami długimi, rozpuszczonymi, z oczami opuszczonymi skromnie, jakby się mojego wzroku bała i jakby ta nagość odsłaniała ją nie ino od zewnątrz, ale i od środka. I te sny, oprócz podglądania z krzaków, to były najlepsze chwile mojego życia. Bo moje życie nie jest dobre. Ino rola, koń, pług i bar, dużo baru, i picie, i do kościoła w niedzielę, a że do kościoła w niedzielę chodzić zaprzestałem, to ino ta rola, koń, pług i bar, i picie, i tak w koło Macieju, a poza tym pusty, zimny dom z dziurą w dachu, com jej nie załatał, bo dla kogo niby? Dla siebie samego? Dla Martusi bym załatał i cały dach szczerozłotą dachówką bym pokrył, ale dla siebie, to jak dla nikogo. I puste to moje życie jak mój dom i dziurawe jak mój dach.
Czy żem do Martusi cholewek nie smalił? Ano smaliłem. Ale ona we mnie widziała ino ochlaptusa, co siedzi w barze, co mieszka jak dziad, pod starym, dziurawym dachem. Nie chciała mnie, bo moje życie smutne i gówniane, i śmierdzące wódką, a ja bym chętnie to swoje życie odmienił, ale gdyby Martusia ze mną być chciała. I kółko się zamykało, bo żeby ona ze mną być chciała, to musiałbym zacząć żyć inaczej – ale żeby zacząć żyć inaczej, to ona musiałaby najpierw mnie chcieć. Dlatego ino sny mi zostawały i to podpatrywanie z krzaków.
I nie dziwię się Martusi, sam bym z sobą być nie chciał, gdybym ino miał wybór. Bo moje życie czarne i dziurawe, i śmierdzące, a ona potrzebowała kogoś, no, jak to się mówi, odpowiedzialnego. Kogoś, kto by miał siłę zaopiekować się jej głupim bratem i zabrać ich pod własny dach, ale nie dziurawy i nie szczerozłoty, co istnieje w marzeniach, ale normalny i prawdziwy, i załatany. Wiecie, chłopy, o czym mówię. Macie swoje chałupy i swoje baby, co je bijecie po pijaku albo to one was biją, boście są dupy wołowe, i miglance małe macie, co się pod nogami plątają i żreć wołają, i beczą, i do szkoły chodzą albo już przestały, bo urosły, i swoje domy budują, i swoim babom wpierdol spuszczają albo od swoich bab wpierdol dostają.
A ja w takiej pustce, gdzie się nie obrócić, to czarno, ciemno, stąd krzaki i podglądanie, i wódka, bo wódka to promyk jasności. I tamtej soboty, gdy to się stało, to też podglądałem. I widziałem przez okno, jak Martusia krząta się, jak usługuje swojemu bratu, bo ona jego niewolnikiem była, o czym on nie wiedział, bo głupi, a ona wiedzieć nie chciała, bo była za dobra i za mocno go kochała.
Polejcie, chłopy, ale polejcie tak zdrowo, od serca.
• • •
Wiecie, jak tak sobie chlapnę w sam raz, i oddech robi się spokojny, ręce nieroztrzęsione, w głowie mam światłość z tych najjaśniejszych, bo promyków bez liku, a w sercu czuję radość i pewność, że wszystko będzie dobrze – to wtedy myślę sobie, że Marta, Martusia, mogła być moja, tylko moja i niczyja więcej.
I teraz, skorom sobie chlapnął, to też tak myślę. Mogła być moja, ale nie była, bo ja zawsze miałem pecha, i to wina pecha. Nie dziurawego dachu mojego, nie dziurawego życia, i nie wódeczki, bo akurat wódeczka dodaje mi sił – ino pecha.
Przecież przystojny jestem chłop, niestary i prawdomówny, bo dupy z gęby nie robię, i robotny jestem, mam pole i konia, i siłę w rękach, że mógłbym podkowy łamać, ale nie łamię, bo niby po co, przecież głupi nie jestem, żeby na pokaz odstawiać ceregiele. I mógłbym mieć każdą, nie ino Martę, ale też sołtysównę albo i jakąś miastową pannę, na przykład córkę ministra albo i samego sekretarza. Więc mógłbym mieć każdą, ale chciałem Martusię, bo Martusia była na wyciągnięcie ręki, wystarczyło z baru pójść dłuższą drogą, nie przez las. Gdyby nie ten cholerny pech.
Już nie pamiętam, kiedy pierwszy raz poszłem w gości do Martusi. Musiało to być bardzo dawno temu, bo nawet światłość, co ją mam po wódce, nie pozwala mi sobie przypomnieć. Tyle ino pamiętam, że nazrywałem kwiatków z łąki, a skoro kwiaty, to musiała to być wiosna albo lato, i zrobiłem bukiecik, niezbyt foremny może, ale intencje miałem dobre, bo oprócz tego, żem jest przystojny i niegłupi, i robotny, i prawdomówny, bo dupy z gęby nie robię, to na dobitkę zawsze mam dobre intencje. I z tymi intencjami jak najlepszymi, i z sercem walącym jak młot, z duszą na ramieniu i z bukiecikiem nieforemnym – poszłem do Marty, Martusi. I zapukałem, a ona otworzyła. I myślałem, że się przewrócę, taka piękna była z bliska, jeszcze piękniejsza niż z daleka, rumiana, włosy związane w kucyk, ręce w mące, bo pewnie robiła ciasto na placek dla głupiego brata albo makaron do rosołu. I jeszcze w tym kwiecistym fartuszku, prawie jak we śnie. I słowa nie mogłem powiedzieć, bo mnie zatkało. Ino ten bukiecik trząsł się w rozedrganych rękach, Martusia patrzy to na mnie, to na bukiecik i mówi, że przyjąć nie może, bo jestem pijany. Ale gdybym sobie nie chlapnął, to bym się na odwagę nie zebrał i bym do niej nie zapukał, no to musiałem. I tłumaczę jej to, a ona się uśmiecha i tak mi radzi, żebym wrócił, ale trzeźwy, to kwiatuszki przyjmie. A ja klękam wtedy na oba kolana i pytam, czy zostanie moją żoną, bo strachałem się tak bardzo, że żem wypił trochę za dużo, i prawdę zacząłem gadać, bo ja jestem chłop nieprawdomówny i czasami zdarza mi się dupę z gęby robić, ale to tylko wtedy, gdy jestem trzeźwy, bo jak sobie chlapnę, to jakbym się świętym stawał, świętym od prawdomówności. A ona na to, że nie, że to raczej niemożliwe i żebym się nie wygłupiał, żebym wstawał, i żebym poszedł do domu i wytrzeźwiał. I wtedy, chłopy, zrozumiałem, że ona ze mną być nie chce przez tego swojego głupiego brata. Bo on był dla niej najważniejszy na świecie, a ja zawsze byłbym ten drugi. A może nawet czwarty, bo ten jej głupi brat był dla niej pierwszy, drugi i trzeci, i świata poza nim nie widziała, i prała mu, i gotowała, i rzyć mu obmywała…
Chłopy, polejcie, bo nie wytrzymam.
• • •
Chodziłem do Marty, Martusi, jeszcze nieraz. Nawet się nauczyłem ładne bukieciki robić, i kolorowe i takie, co jakby je do wody włożyć, to by i rok nie zwiędły. A potem przyszła zima i bukieciki się skończyły, ale to nie znaczy, żem Martę, Martusię, kochać zaprzestał. Chyba nawet jeszcze mocniej żem ją pokochał, bo zimno było na świecie, a moja dziura w moim dachu ino się powiększała, i dęło mi do domu, i mróz właził jak do siebie, i zimno mi było, bardzo zimno, nawet pod piernatami żem się trząsł jak osika, i gdybym miał Martę, Martusię dla siebie, to ja bym ten dach naprawił, a może bym i nowy dom wybudował, piętrowego murowańca bym postawił własnymi rękami. Albo i bym nic nie stawiał, dachu bym nie naprawiał, bo z Martą, Martusią gorąco by mi było – choćby i w zaspie śniegu i pod rozgwieżdżonym od mrozu niebem.
A potem skończyła się zima i zaś przyszło lato, a potem zaś zima. A Martusia najpierw otwierała drzwi, gdy pukałem, mówiła, żebym wytrzeźwiał, ale ja nie trzeźwiałem i znowu przychodziłem, jak lato to z bukiecikiem, a jak zima to bez. Ale Martusia już drzwi nie otwierała, a ja wiem, że gdyby sama była, gdyby nie ten jej głupi braciszek, to by otwarła, bo by nic do stracenia nie miała i by wolała mnie, pijanego – niż samotność, co jest najgorsza na świecie.
A ja chodziłem do Martusi i chodziłem, a ona nie otwierała, a ja waliłem pięścią po drzwiach i po oknach, aż wreszcie wyszła Marta, Martusia i powiedziała, żebym sobie lepiej poszedł, bo na milicje moje najścia zgłosi. A ja na to, że niech zgłasza, jak chce, bo wiecie, chłopy, ja mam brata, Edka, w milicji, i niczego żem się nie bał, ani że mnie pobiją ani nic, bo brat brata nie pobije. I nazajutrz zaś żem do Martusi przyszedł, zaś mi nie otworzyła, a wieczorem zajechał do mnie Edek nyską i powiedział, żebym się opamiętał i wódę odstawił, bo mnie do ciupy zamknie. I ja wiem, że nie żartował, bo Edek jest słowny chłop i dupy z gęby nie robi, a ja czasem robię, a nawet częściej niż czasem, chyba że się upiję, to wtedy prawda ze mnie wyłazi, choćbym nie chciał, żeby wyłaziła.
I wtedy żem się właśnie zaczął taić przy domu Martusi, po drugiej stronie drogi, w krzakach. Bo jakbym dalej ją nachodził, to ona by zaś poszła na milicję i by mnie mój rodzony brat do więzienia wsadził. Dlatego żem się kryć zaczął, żebym bezpiecznie mógł patrzeć na Martę, Martusię i żebym mógł marzyć o jej ciele pod kwiecistym fartuszkiem.
I zeszłej soboty, jak się ta tragedia stała, to też żem siedział w krzakach, a burza wcale nie szła od wschodu, ani nawet od zachodu, ani z innej strony, ino siedziała mi w głowie i waliła gromami, aż mnie skręcało. To sobie wyjąłem z kieszeni flaszkę i chlapnąłem, bo mnie na rzyganie od tej burzy brało.
« 1 2 3 »

Komentarze

27 IV 2020   15:58:45

Bardzo ładne i w gruncie rzeczy niegłupie opowiadanie — sprawiło mi dużą przyjemność.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Tuaranga
Piotr Zawada, Magdalena „Majik Czar” Czarnecka

4 VII 2020

Ostrzeżenie: opowiadanie tylko dla czytelników dorosłych!

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Zerwany kwiat
Marcin Pindel

21 VI 2020

Zostawiwszy za sobą bacówkę, przy której wygrzewał się na słońcu piękny owczarek, minąłem kierdel owiec, a pięć minut później dotarłem na szczyt. Kapliczka stała niedaleko charakterystycznego pasa drzew porastającego niemal łysy wierzchołek. Już na miejscu odwróciłem się w kierunku, z którego przyszedłem. Szczyty Tatr wciąż pobłyskiwały bielą, ale Babia Góra zdążyła się już pozbyć swojej śnieżnej czapy.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Nocna parada stu demonów
Wiktor Orłowski

16 V 2020

Dzięki kosztownym podarkom dotarłam do młodego pomocnika doktora Kaname, który przyparty do muru (nie będę opowiadać Ci, jak nakłoniłam go do zwierzeń – dobrze to wiesz, wszak jestem gejszą) wyznał, że pewnej deszczowej nocy pomógł swemu zwierzchnikowi opatrzyć Biwako. Tę słodką, piękną dziewczynę okrutnie okaleczono, rozcinając nożem kąciki ust. Obrzydliwy „uśmiech” sięgnął ponoć aż do uszu, Biwako straciła tak dużo krwi, że obawiano się, czy zachowa życie.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Nasza klasa
— Hubert Fryc

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.