Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 25 maja 2020
w Esensji w Esensjopedii

Wiktor Orłowski
‹Nocna parada stu demonów›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorWiktor Orłowski
TytułNocna parada stu demonów
OpisWiktor Orłowski – laureat konkursów „XI Pigmalion Fantastyki”, „IX Fantazje Zielonogórskie”, „Trójkąt Sudecki Heroiczny”, ”Umieranie to parszywa robota”, „Zatruty dźwięk”, „Niegrzeczni chłopcy”, „Retrowizje”, „Odzyskać twarz”, „Geofantastyka”, „Jak pies z kotem”, w opowiadaniach łączy wątki fantastyczne z kryminałem. Publikuje na łamach m. in. Histerii, Białego Kruka, Silmarisa, OkoLicy Strachu, Fantazmatów. Lubi pisać o ludziach, ale nie lubi pisać o sobie.
Gatunekgroza / horror

Nocna parada stu demonów

1 2 3 5 »
Dzięki kosztownym podarkom dotarłam do młodego pomocnika doktora Kaname, który przyparty do muru (nie będę opowiadać Ci, jak nakłoniłam go do zwierzeń – dobrze to wiesz, wszak jestem gejszą) wyznał, że pewnej deszczowej nocy pomógł swemu zwierzchnikowi opatrzyć Biwako. Tę słodką, piękną dziewczynę okrutnie okaleczono, rozcinając nożem kąciki ust. Obrzydliwy „uśmiech” sięgnął ponoć aż do uszu, Biwako straciła tak dużo krwi, że obawiano się, czy zachowa życie.

Wiktor Orłowski

Nocna parada stu demonów

Dzięki kosztownym podarkom dotarłam do młodego pomocnika doktora Kaname, który przyparty do muru (nie będę opowiadać Ci, jak nakłoniłam go do zwierzeń – dobrze to wiesz, wszak jestem gejszą) wyznał, że pewnej deszczowej nocy pomógł swemu zwierzchnikowi opatrzyć Biwako. Tę słodką, piękną dziewczynę okrutnie okaleczono, rozcinając nożem kąciki ust. Obrzydliwy „uśmiech” sięgnął ponoć aż do uszu, Biwako straciła tak dużo krwi, że obawiano się, czy zachowa życie.

Wiktor Orłowski
‹Nocna parada stu demonów›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorWiktor Orłowski
TytułNocna parada stu demonów
OpisWiktor Orłowski – laureat konkursów „XI Pigmalion Fantastyki”, „IX Fantazje Zielonogórskie”, „Trójkąt Sudecki Heroiczny”, ”Umieranie to parszywa robota”, „Zatruty dźwięk”, „Niegrzeczni chłopcy”, „Retrowizje”, „Odzyskać twarz”, „Geofantastyka”, „Jak pies z kotem”, w opowiadaniach łączy wątki fantastyczne z kryminałem. Publikuje na łamach m. in. Histerii, Białego Kruka, Silmarisa, OkoLicy Strachu, Fantazmatów. Lubi pisać o ludziach, ale nie lubi pisać o sobie.
Gatunekgroza / horror
– Znasz tamten dom?
– Ten na rogu, z dachem z czerwonego łupka? Od lat stoi pusty.
– Nie sądzisz, że to dziwne? Nieruchomości w Gion kosztują majątek…
– Nikt go nie chce, klienci rozmyślają się w ostatniej chwili. Tam podobno straszy.
– Serio?
– Tuż po wojnie mieściło się tam okiya. W czterdziestym ósmym zamordowano jego właścicielkę, służące i mieszkające tam gejsze, a także wszystkich klientów pobliskiej herbaciarni.
– Nie gadaj!
– Ale to jeszcze nic. W latach siedemdziesiątych, czy jakoś tak, w ten sam sposób zabito właściciela domu. Facet mieszkał tam tylko z siostrzenicą, ale policja nie znalazła po niej żadnych śladów. Sprawę umorzono z braku dowodów. Dziewczyna podobno rozpłynęła się w powietrzu bez wieści, zupełnie jakby…
– Tak?
– Jakby stały za tym yōkai.
百鬼夜行
Kioto, 1979

Głuchy stukot fontanny sōzu budzi Akiko ze snu.
Dziewczyna przez chwilę leży nieruchomo, jej blade ręce spoczywają na pościeli niczym przywiędłe kwiaty lotosu. Mocno zaciska powieki, usiłując pochwycić odpływający powidok Tamtego Miejsca: Osaka w środku mroźnej zimy, czyste zaspy śniegu spiętrzone po obu stronach ulic niczym miniaturowe góry Fuji. Szczerbaty uśmiech Kentaro. Ciepło domowego kotatsu. Ręce matki pachnące jaśminem, jej ukochane zwoje pełne miniatur yōkai. Wiszący w tokonoma obraz, który napawał ją dreszczem: „Hyakki-yakō”, „Nocna parada stu demonów”.
Akiko gwałtownie otwiera oczy. Tutaj nie ma matki i Kentaro, nie ma cichego, wiecznie zapracowanego ojca, nie ma potworów wymalowanych czarnym tuszem. Jest tępy odgłos bambusa shishi-odoshi w domu, którego nauczyła się nienawidzić.
Wuj Kenjirō już nie śpi. Akiko słyszy jego kroki w korytarzu; stare drewno jęczy śpiewnie pod jego stopami, jakby się skarżyło. Aby przejść do łazienki, wuj musi minąć jej pokój. Przez chwilę są bardzo blisko, dzieli ich jedynie papierowe shōji. Dziewczyna sztywnieje; wydaje jej się, że słyszy jego oddech.
Rytuał dnia jest ustalony: Akiko wstaje i zwija futon, a potem ubiera się w marynarski mundurek i czesze włosy przed toaletką. Mebel jest stary – może pamiętać jeszcze okres Meiji – i bardzo piękny, blat ma inkrustowany szylkretem. Z lustra spogląda na nią istota pogranicza: już nie dziecko, ale jeszcze nie kobieta, kolaż dużych oczu i lekko zapadłych policzków, wysokiego czoła i kącików ust opuszczonych w wyrazie pełnego powagi smutku.
Akiko zakłada uśmiech, zanim zejdzie do jadalni. Trochę uwiera ją w usta, jak nowe, nierozchodzone jeszcze buty.
– Coś się stało? – Wuj spogląda na nią znad szkieł okularów.
Śniadanie jedzą przy odsuniętych shōji. Jest piękny jesienny poranek, słońce nieśmiało wspina się po czerwonych łupkach błyszczących od nocnego deszczu. Wiatr kołysze gałęziami smukłych miłorzębów – zdają się tańczyć w ogrodzie niczym gejsze, potrząsając złocistymi wachlarzami liści w skomplikowanych figurach tachikata.
Akiko nienawidzi ich tańca.
– Przepraszam, oji-san.
– Wydajesz się zamyślona. Coś cię trapi?
Spojrzenie Kenjirō łagodnie prześlizguje się po jej wysoko upiętych włosach, pociągłej twarzy, zarysie chudych obojczyków pod bluzką mundurka. Jego dotyk jest miękki jak skrzydło motyla.
– Nie, powtarzam w myślach materiał do dzisiejszej klasówki.
– Cieszy mnie, że jesteś tak sumienna, Akiko. Zależy mi na tym, byś zdobyła dobre wykształcenie.
Akiko opuszcza głowę. Spojrzenie wbija w płaski talerzyk z kawałkiem upieczonego łososia; nie może podnieść wzroku, słowa wuja – te, których nie wypowiedział – przytłaczają ją jak głaz.
Myśli o rodzicach i bracie. Myśli o niesprawnych hamulcach i śliskiej nawierzchni, z której ich rodzinna toyota wypadła wprost w zimne objęcia urwiska. Myśli o ceremonii pogrzebowej, swojej czarnej sukience, wiązankach kwiatów białych jak śnieg Osaki, sztywnych ukłonach, z którymi przyjmowała datki żałobników. „Biedne dziecko”. „Sierota”.
Myśli o mnichu, który czuwał nad obrządkiem, człowieku dobrym, łagodnym i miłym, pełnym współczucia, o człowieku, który chciał przynieść jej ulgę, więc podszedł i powiedział, że jej bliscy nie cierpieli.
Natura nie znosi pustki. Akiko wie o tym.
Natura nie znosi pustki, dlatego ból trzech zmiażdżonych ciał, jeśli nie odprowadził jej bliskich, musiał gdzieś znaleźć dla siebie miejsce. Teraz, po czterech miesiącach, Akiko rozumie, gdzie trafił.
Do niej. Teraz musi go unieść sama.
百鬼夜行
– Taachiibaanaa-saan?
To jej nowe nazwisko. Tachibana Akiko, jedyna siostrzenica prezesa Tachibana, głównego udziałowca olbrzymiego koncernu elektronicznego. Słowa brzmią obco, są kanciaste i ostre, uwierają w język i kaleczą uszy.
– Słyszałaś już o kuchisake-onna?
Dziewczyna, która opiera ręce o jej ławkę, ma mundurek przyciasny w piersiach i żuje gumę o intensywnym zapachu owoców. Imię wypływa z pamięci Akiko jak śnięta ryba: Mochizuki Kanae, córka właścicieli tradycyjnej restauracji ramen.
Nie odpowiada.
– Hej, słyszysz mnie? – pyta Kanae, marszcząc proste, rzadkie brwi.
– Zostaw ją. Ona jest zbyt ważna, żeby z tobą gadać.
Nagle pojawiają się, jest ich dużo – całe stado, jednolicie ciemne, granatowo-czarne, połyskujące białymi kołnierzami. Sfruwają z ławek i dziobią spojrzeniami zmrużonych, chłodnych oczu. Jak kruki.
Akiko zaciska palce na brzegu ławki. Ręce ma nagle spotniałe i zimne.
Jeden z kruków występuje do przodu, zakłada ręce na piersi.
– Uważasz się za lepszą od innych, bo mieszkasz w ogromnym domu? – pyta. – Słyszałam, że dawniej był tam burdel.
Nie burdel, tylko okiya. Dom gejsz.
– Słyszeliście?! Tachibana mieszka w burdelu!
Dziewczęta wybuchają jazgotliwym śmiechem. Brzmi to jak ochrypłe krakanie wron.
百鬼夜行
Po powrocie do domu Akiko jest sama. Najbardziej lubi ten moment dnia – kilka godzin, nim wuj wróci z pracy, podczas których jej obowiązkiem jest posprzątać dom.
Choć zadanie nie należy do prostych – posiadłość Tachibana jest olbrzymia, składa się z kilku tradycyjnych pawilonów spiętych zieloną klamrą starannie utrzymanego ogrodu – dziewczyna bardzo je lubi. Szoruje kuchnię i odkurza tatami, czyści wszystkie sedesy, zmiata z podwórza pyszniące się odcieniami purpury i złota liście. Wyciera kurze, z ulgą przyjmując chwilę wytchnienia od dręczących ją w szkole myśli. Robi to już od dziesięciu tygodni, odkąd wuj zwolnił gospodynię, panią Okazaki.
Tachibana Kenjirō nie jest skąpy. Przeciwnie, siostrzenica otrzymuje od niego bardzo wysokie kieszonkowe, a kiedy tylko potrzebuje czegoś, co przekracza jej finanse, dostaje to następnego dnia, schludnie opakowane w papier prezentowy.
Powody wuja stały się dla niej jasne niedługo po przeprowadzce do Kioto. Kenjirō jest po prostu szalenie ostrożny. Nie chce, by ktokolwiek pałętał się po domu i mu przeszkadzał.
Akiko przemierza długie korytarze, dzierżąc miotełkę do kurzu niczym bojowy wachlarz. Zgodnie z poleceniem starannie omija prywatne pokoje wuja i gabinet dawno zmarłej ciotki. Deski skrzypią pod jej drobnymi stopami; pamięta, jak bardzo lubiła ten dom, kiedy była mała. Lubiła wyobrażać sobie, że ten dźwięk to złorzeczenia maleńkich, mieszkających między panelami yōkai. Godzinami grzebała w szczelinach podłogi, usiłując wydostać je na zewnątrz.
Pamiętała, jak wuj przyglądał jej się z dobrotliwym pobłażaniem. Ciekawe, czy wtedy już…?
Akiko sprząta nieużywane pokoje gościnne. Gejsze, które mieszkały w nich przed laty, pozostawiły wiele pięknych przedmiotów. Niektóre z nich to zabytki. Dziewczyna pociąga nosem; wydaje jej się, że wciąż czuje mleczną woń ryżowego pudru.
Po raz setny, odkąd tu zamieszkała, wyciera stary sekretarzyk. Dolna szuflada jak zawsze jest zamknięta. Nagle tknięta przeczuciem Akiko sięga do swojego koka, wyjmuje wsuwkę. Walczy z zamkiem dobry kwadrans, nim ten ustępuje, ukazując szufladę pełną papierów.
Ostrożnie bierze je w dłonie. Pożółkłe ze starości pergaminy są kruche, ale znaki – subtelne, lekkie niczym ślady zanurzonych w tuszu dmuchawców – wciąż pozostają czytelne. To listy.
Akiko siada na podłodze i zaczyna czytać.
1 2 3 5 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Oszołomek
Hubert Fryc

25 IV 2020

Przecież przystojny jestem chłop, niestary i prawdomówny, bo dupy z gęby nie robię, i robotny jestem, mam pole i konia, i siłę w rękach, że mógłbym podkowy łamać, ale nie łamię, bo niby po co, przecież głupi nie jestem, żeby na pokaz odstawiać ceregiele. I mógłbym mieć każdą, nie ino Martę, ale też sołtysównę albo i jakąś miastową pannę, na przykład córkę ministra albo i samego sekretarza.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Jeszcze jeden do normy
Marcin Orliński

7 III 2020

W odległym o kilkanaście metrów rowie ruszał się człowiek, czy może raczej to, co z niego zostało. Sławek wcześniej go nie zobaczył, bo przesłaniały mu okoliczne krzaki. Skórę miał bladą, niemal przezroczystą, tak, że można było idealnie zobaczyć jego nabrzmiałe żyły, a oczy niemal wychodziły mu na wierzch. Jeżeli to nie stanowiłoby wystarczającej wskazówki, ziejąca w szyi krwawa dziura i brak kawałka prawego obojczyka nie budziły wątpliwości. Ani chybi kolejny sztywny.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Punkt przywracania
Jarosław Księżyk

4 I 2020

Następnie opowiada coś, aby mi było miło. Coś o tym, że jestem fajnym facetem, inteligentnym, ciekawym, oraz że ze schizofrenią zaimplantowaną z całą pewnością można żyć. Robi ze mnie bohatera, pioniera nowej terapii, która siłą rzeczy musi mieć trudne początki. Dzięki mnie dokona się postęp.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.