Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 11 lipca 2020
w Esensji w Esensjopedii

Wiktor Orłowski
‹Nocna parada stu demonów›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorWiktor Orłowski
TytułNocna parada stu demonów
OpisWiktor Orłowski – laureat konkursów „XI Pigmalion Fantastyki”, „IX Fantazje Zielonogórskie”, „Trójkąt Sudecki Heroiczny”, ”Umieranie to parszywa robota”, „Zatruty dźwięk”, „Niegrzeczni chłopcy”, „Retrowizje”, „Odzyskać twarz”, „Geofantastyka”, „Jak pies z kotem”, w opowiadaniach łączy wątki fantastyczne z kryminałem. Publikuje na łamach m. in. Histerii, Białego Kruka, Silmarisa, OkoLicy Strachu, Fantazmatów. Lubi pisać o ludziach, ale nie lubi pisać o sobie.
Gatunekgroza / horror

Nocna parada stu demonów

« 1 2 3 4 5 »

Wiktor Orłowski

Nocna parada stu demonów


Moja piękna Matko!
Jak wiele wschodów i zachodów Słońca nastało, jakże wiele wody w nurcie rzeki Shinano upłynęło, jakże wiele pokoleń suzumushi narodziło się i umarło, odkąd napisałam do Ciebie ostatni list? Było to jeszcze na jesieni szesnastego roku Showa – a może latem? Nie pamiętam, tamte listy spłonęły w pożarze naszego starego okiya. Choć każdemu z dawnych korespondentów mówiłam, że trudno mi było zdobyć listowy papier, Tobie muszę wyznać, że to nie reglamentacje zmusiły mnie do milczenia.
Przez długi czas brzydziłam się wziąć do ręki pędzel.
Jak mogłabym opisać ostatnie lata wojny? Chyba jedynie tym jednym słowem wyrytym na fasadach podupadłych domów, odciśniętym piętnem na zapadłych twarzach mijających mnie ludzi: przeżyliśmy. Przetrwaliśmy najmroźniejszą zimę tego kraju, a teraz budzimy się do wiosny – wciąż zalęknieni, wciąż nie wierząc w topniejące śniegi.
Kiedy spaceruję ulicami Gion, powstające z kolan Kioto przywodzi mi na myśl gejszę w noc swego mizuage. Podnosi się chwiejnie, z kimonem rozchełstanym na piersi, z nieprzystojnie obnażonymi nogami. W osłupieniu dotyka wilgotnego od krwi naga-juban. „To już?” – pyta ze zdziwieniem, szeroko rozwierając oczy. Czuje przerażenie i wstyd, ale przede wszystkim ogromną ulgę.
Miasto przeżyło najgorsze – pojmuje, a wiedza ta napełnia je siłą.
百鬼夜行
Akiko trafia do klasy pierwsza. Siedzi sztywno wyprostowana, oczy utkwiwszy w pustce, dłonie składa na podołku. Będzie tak czekać, aż koleżanki zmienią buty i dotrą do sali przed zajęciami z historii Azji.
Nagłe zamieszanie przy drzwiach nie wytrąca jej z równowagi. Na słowa powitania jedynie lekko pochyla głowę. Pomiędzy nią a tymi roześmianymi, niewinnymi dziewczętami zieje pustka, przepaść, której nie zdoła przeskoczyć kurtuazyjne „konnichiwa”.
Nie wie, jak z nimi rozmawiać. Nie miała koleżanek w Osace, nie ma ich też w Kioto. Może jedynie siedzieć, nieruchoma jak posążek jizō, słuchając ich podnieconych szeptów. Z trudem odróżnia poszczególne słowa.
Kuchisake-onna”, kobieta z rozciętymi ustami. Akiko przymyka oczy, mętne wspomnienia wracają do niej: jest późna wiosna 1978 roku, ciepły wiatr potrząsa dzwonkami koshi. Spiker radiowy mówi wysokim, piskliwym głosem, gorączkowo przekazuje rewelacje o upiorze krążącym ponoć po ulicach japońskich miast. Miał ukazywać się jako młoda, szczupła kobieta o pięknych włosach, z twarzą zasłoniętą chirurgiczną maską. Zaczepiony przez nią przechodzień słyszy pytanie „Czy jestem piękna?”. Jeśli odpowie „Tak”, potworzyca zdejmuje maskę, ukazując koszmarne oblicze o ustach, których kąciki rozcięto aż do uszu.
„Teraz też?” – pyta, nim okaleczy go i zabije.
Ale to było prawie pół roku temu. Nie odnotowano żadnej „ofiary” kuchisake-onna, prasa dawno znudziła się plotkami o miejskim yōkai. Dlaczego dziewczęta w Kioto teraz o niej rozmawiały?
Akiko myśli o tym przez całą lekcję historii. Młoda kobieta o rozciętych kącikach ust nie opuszcza jej aż do końca zajęć; wydaje jej się, że widzi jej odbicie w witrynach mijanych w drodze powrotnej sklepów.
Tym razem sprząta szybciej niż zwykle. Bezpiecznie ukryta we własnym pokoju, ze starego pudełka po butach wyjmuje listy gejszy i wraca do przerwanej lektury.
百鬼夜行
… Jeżeli chodzi o Mamę (wybacz, że tak Ją nazywam, ale tradycja okiya zakazuje nam zwracać się do właścicielki w sposób inny niż wspomniany. Podobnie błagałam o wybaczenie Yukiko, która należnym jej mianem starszej siostry musiała podzielić się z moją mentorką Hisatsuru-san), po wojnie odnalazłam ją w dobrym zdrowiu i nieodmiennym harcie jadowitego ducha. W pożarze okiya utraciłyśmy wszystko, jednak towarzystwo ubezpieczeniowe, po licznych upomnieniach z naszej strony (oraz naszych wysoko postawionych danna), zgodziło się wypłacić część polisy. Pieniądze wystarczyły, aby zakupić podupadłe okiya, gdyż wiele domów porzucono, nie planując powrotu.
Stanięcie na nogi zajęło nam przeszło rok. Przez ten czas ciężko pracowałam, dzieląc obowiązki pomiędzy reperacjami w domu (umiejętności dokonywania drobnych napraw nabyłam w zakładach grupy Mitsubishi, w których litościwy pan Gōtō załatwił mi pracę. Nadzorujący mnie zwierzchnik z kwaśnym uśmiechem kpił, że „teraz musi przyznać, że gejsze to doprawdy kobiety wielu talentów”), odzyskiwaniem urody a przyjęciami, które rozkwitały w Gion nieśmiało, wyłaniając się niczym pierwsze przebiśniegi spod czapy puchu skrywającego świat podczas mutsuki.
Muszę wyznać, z jakim niepokojem patrzyłam na moje spracowane ręce, jakże niepodobne do tych wiotkich kwiatów białej kamelii, którymi niegdyś nalewałam gościom herbaty! Z lustra spoglądała na mnie yamauba o zapadłych policzkach, z dziąsłami krwawiącymi od szkorbutu (na szczęście udało mi się nie utracić zębów i dość szybko uporządkować problemy ze zdrowiem). Nocami płakałam, przerażona kołaczącym w mej biednej głowie pytaniem: Czy ktoś mnie jeszcze w Gion pamięta? Och, moja piękna Matko, jakże trudno wtedy było mi śpiewać! Czy ktokolwiek pragnie usłyszeć mój głos? – pytałam w pustkę, szeroko rozwartymi oczami mierząc ciemność. Czy ktokolwiek znów nazwie mnie Słowikiem?
Czy wciąż jestem piękna? – pytałam, drżąc o moją przyszłość.
Ach, nie będę Cię zadręczać dłużej moim narzekaniem. Starczy powiedzieć, że szybko odzyskałam nadszarpnięte zdrowie i dawną urodę. Zaproszenia na przyjęcia zaczęły spływać do okiya skromnym, ale stabilnym strumieniem, co wyprostowało przygarbione plecy Matki i roziskrzyło jej oczy blaskiem, który wówczas brałam za chciwość. Dopiero później zrozumiałam, że na swój sposób troszczyła się o nas wszystkie, dbała, by zapewnić nam byt, jak umiała najlepiej – a zatem pieniędzmi, które musiałyśmy zarobić.
W owym czasie w okiya mieszkało nas trzy: ja, Sanae-san i młodziutka praktykantka imieniem Fumichiyo. Jeśli pamiętasz, że wspominałam o pomocy naszych wpływowych danna, muszę dokonać wstydliwego sprostowania. Choć pan Minamoto udzielał nam, w miarę swych możliwości, każdego niezbędnego wsparcia, pod opieką danna pozostawała jedynie Sanae-san (jej opiekun, dyrektor banku, którego nazwy z dyskrecji wolę nie wymieniać, znacząco przyczynił się do kupna okiya). Fumichiyo-chan była zbyt młoda, by cieszyć się przywilejami trwałego związku z mężczyzną, jeśli zaś chodzi o mnie i pana Minamoto – niestety, los nie był nam przychylny. Mój dobry i troskliwy przyjaciel na wojnie utracił ogromną część swojego niegdyś imponującego majątku. Choć wciąż odwiedzał znane herbaciarnie, nie było go już stać na to, by znów zostać moim danna.
Choć dziś myślę o tym ze spokojem, wówczas serce pękało mi z żalu. Pana Minamoto darzyłam – i wciąż darzę – głębokim szacunkiem i przyjaźnią. Sądzę, moja piękna Matko, że jeśli którykolwiek z mężczyzn był bliski zdobycia mej miłości, tej zarezerwowanej jedynie dla męża, był nim dobry i słodki Minamoto Takeru.
W nieszczęściu myślałam nawet, by porozmawiać z Mamą, paść jej do stóp i błagać, by pozwoliła mu zostać mym danna, nawet jeśli oznaczałoby to znacznie skromniejszy dochód. Byłoby to wręcz niebywałe, ponieważ moja bliskość, moje ciało, śpiew, taniec i towarzystwo – wszystkie one są na sprzedaż, dla tych, którzy mają czym płacić.
Powstrzymałam się zatem i nie wyrzekłam ani słowa, choć zdawało mi się, że Mama o wszystkim wie. Jej zasuszone wargi wykrzywiał gorzki uśmiech, gdy wracałam z przechadzki.
Gejsza nie zabawia dobrych ludzi – powiedziała mi pewnego razu. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, w jakich okolicznościach przyjdzie mi wspomnieć…

– Uczysz się?
Akiko podskakuje jak oparzona. Unosi wzrok; wuj stoi w drzwiach, zakładając ramiona na piersi. Marynarka napina się lekko na jego chudych łokciach. Dziewczyna zbyt się zaczytała, by usłyszeć, jak odsuwa ściankę shōji.
– Tak, Kenjirō-ojisan. Od nauczyciela literatury dostałam dodatkowe materiały, wczesny okres Showa… – mamrocze szybko, uciekając wzrokiem. Dłonie spotniały jej momentalnie; pergamin wchłonął wilgoć, marszcząc się lekko niczym tafla wody, gdy cisnąć w nią niewielki kamień.
Wuj cicho zasuwa za sobą drzwi.
– Dodatkowe materiały? – mruczy. – Imponuje mi, że jesteś tak pracowita w tak młodym wieku. Spójrz na mnie, Akiko.
Akiko patrzy.
Jego uśmiech paraliżuje ją niczym obrazy nadciągającej wichury, niczym reflektory szybko nadjeżdżającego samochodu, zbyt straszne, by odwrócić od nich wzrok.
« 1 2 3 4 5 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Tuaranga
Piotr Zawada, Magdalena „Majik Czar” Czarnecka

4 VII 2020

Ostrzeżenie: opowiadanie tylko dla czytelników dorosłych!

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Zerwany kwiat
Marcin Pindel

21 VI 2020

Zostawiwszy za sobą bacówkę, przy której wygrzewał się na słońcu piękny owczarek, minąłem kierdel owiec, a pięć minut później dotarłem na szczyt. Kapliczka stała niedaleko charakterystycznego pasa drzew porastającego niemal łysy wierzchołek. Już na miejscu odwróciłem się w kierunku, z którego przyszedłem. Szczyty Tatr wciąż pobłyskiwały bielą, ale Babia Góra zdążyła się już pozbyć swojej śnieżnej czapy.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Oszołomek
Hubert Fryc

25 IV 2020

Przecież przystojny jestem chłop, niestary i prawdomówny, bo dupy z gęby nie robię, i robotny jestem, mam pole i konia, i siłę w rękach, że mógłbym podkowy łamać, ale nie łamię, bo niby po co, przecież głupi nie jestem, żeby na pokaz odstawiać ceregiele. I mógłbym mieć każdą, nie ino Martę, ale też sołtysównę albo i jakąś miastową pannę, na przykład córkę ministra albo i samego sekretarza.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.