Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 11 lipca 2020
w Esensji w Esensjopedii

Wiktor Orłowski
‹Nocna parada stu demonów›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorWiktor Orłowski
TytułNocna parada stu demonów
OpisWiktor Orłowski – laureat konkursów „XI Pigmalion Fantastyki”, „IX Fantazje Zielonogórskie”, „Trójkąt Sudecki Heroiczny”, ”Umieranie to parszywa robota”, „Zatruty dźwięk”, „Niegrzeczni chłopcy”, „Retrowizje”, „Odzyskać twarz”, „Geofantastyka”, „Jak pies z kotem”, w opowiadaniach łączy wątki fantastyczne z kryminałem. Publikuje na łamach m. in. Histerii, Białego Kruka, Silmarisa, OkoLicy Strachu, Fantazmatów. Lubi pisać o ludziach, ale nie lubi pisać o sobie.
Gatunekgroza / horror

Nocna parada stu demonów

« 1 3 4 5

Wiktor Orłowski

Nocna parada stu demonów

Listy pisano w czterdziestym ósmym, najpóźniej w czterdziestym dziewiątym. Potem urywały się raptownie; Akiko do przeczytania zostało tylko kilka arkuszy. Jeśli się nie myliła, gejsza mieszkała w okiya w chwili popełnienia tamtego morderstwa. Gazety nie podawały imion ofiar. Ciekawe, czy Słowik była jedną z tych bezimiennych, zamordowanych kobiet?
Akiko nagle czuje mdłości.
– Muszę do toalety – rzuca półgłosem, w pośpiechu zbierając swoje rzeczy.
W łazience klęczy nad muszlą tak długo, aż akt zjedzenia bentō przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Zwróciła wszystko, teraz będzie głodna aż do kolacji, zakładając, że nerwy pozwolą jej przełknąć cokolwiek. Ostatnio ma problemy z apetytem. Schudła kilka kilogramów.
Wuj zauważył to i zdążył już skomentować.
Dziewczyna spuszcza wodę i siada na sedesie, ignorując dzwon wzywający na lekcję. Trzęsącymi się dłońmi z torby wyciąga plik listów zwanej Słowikiem Akiko z Gion.
百鬼夜行
Moja piękna Matko!
Popełniłam dziś błąd. Wstyd mi, kiedy myślę o desperacji, która popchnęła mnie do tego kroku, jednak nie posiadam się z przerażenia, które zawładnęło moją duszą.
Kilka ostatnich dni pracowałam bez wytchnienia, szukając cienia wieści o Biwako. Rozmówiłam się z jej starszą siostrą i właścicielką okiya, w którym mieszkała. Porozmawiałam także z właścicielkami wszystkich liczących się herbaciarni, które podejmują Amerykanów. Dzięki kosztownym podarkom dotarłam do młodego pomocnika doktora Kaname, który przyparty do muru (nie będę opowiadać Ci, jak nakłoniłam go do zwierzeń – dobrze to wiesz, wszak jestem gejszą) wyznał, że pewnej deszczowej nocy pomógł swemu zwierzchnikowi opatrzyć Biwako. Tę słodką, piękną dziewczynę okrutnie okaleczono, rozcinając nożem kąciki ust. Obrzydliwy „uśmiech” sięgnął ponoć aż do uszu, Biwako straciła tak dużo krwi, że obawiano się, czy zachowa życie.
Pytałam, kto jej to uczynił, ale młodzieniec nie powiedział ani słowa.
Tymczasem wczoraj nadeszła wieść, która zwaliła mnie z nóg. Porucznik Holland wyraził chęć, aby kandydować na mojego danna. Jest to rzecz doprawdy niebywała, by obcokrajowiec otaczał gejszę opieką. Niegdyś byłoby to nie do pomyślenia, ale dziś Japonia korzy się przed Ameryką niczym mysz u łap tygrysa. Nie zdziwi mnie, jeżeli pan Holland uzyska zgodę, a wiem, że jest to człowiek niezwykle majętny.
W szoku i przerażeniu wyznałam panu Minamoto, jak bardzo obawiam się tego mężczyzny. Zareagował wzburzeniem i wstał, by natychmiast pójść i zerwać wszelkie pertraktacje. Wówczas zrobiłam jedyną rzecz, która wydała mi się słuszna: padłam na twarz i błagałam go, by zapomniał, że cokolwiek powiedziałam. Nie zachowałabym honoru, gdyby ktokolwiek usłyszał, że plotkuję i oczerniam moimi insynuacjami szlachetnego gościa.
Gejsza nie zabawia ludzi dobrych – mówiła mi Mama, a ja czułam, że przyszedł czas, bym w pełni pojęła tę lekcję.
百鬼夜行
Akiko wychodzi ze szkoły, ignorując trzy kolejne lekcje i szofera wuja, który miał czekać na nią po zakończeniu zajęć. Opuszcza ją frontowymi drzwiami, mijając zdumionego taką bezczelnością woźnego.
Twarz ma rozpaloną. Trzęsie się jak w gorączce, jej ciałem wstrząsają zimne i gorące dreszcze.
Wychodzi w deszcz, nie otwierając parasolki. Lodowate strugi leją się za kołnierz, wichura szarpie jej rozpuszczone włosy. Ulice pustoszeją jak w czasach zarazy. Ludzie kryją się pod daszkami, usiłując umknąć burzy.
Zza ściany deszczu czerwone światła drogowe błyszczą jak lampiony chōchin.
Akiko wydaje się, że jest jedyną istotą na świecie, ale w tym momencie dostrzega samotną sylwetkę, prostą jak struna koto, niepoddającą się szaleństwom wiatru. Kobieta. Na twarzy nosi maseczkę chirurgiczną.
– Jestem piękna? – pyta, przekrzykując wichurę. – Jestem piękna, Akiko?!
Dziewczyna zrywa się do biegu, pędzi, porzuciwszy zamkniętą parasolkę. Gubi szkolną torbę. Płuca palą od gorączki i wysiłku, umysł zalewają wspomnienia, a ona wie, że nie należą do niej, nie należą do jej czasu, tkwią gdzieś pomiędzy, w porze zmierzchu, tasogare, gdy na ulicę wychodzą demony.
百鬼夜行
W porze tasogare, w dniu wypłaty żołdu nocny pochód stu rozochoconych demonów rzuca się na herbaciarnie. Są głośni i władczy, są przy szeleszczącej potędze tego świata, są mężczyznami. Wolno im wszystko, więc zaczepiają spieszące za sprawunkami dziewczęta i narzucają się kryjącym podenerwowanie gejszom.
Są pijani i chętni, są złaknieni zabawy. Niebo zasnuwa się chmurami ciemnymi jak węgielki do czernienia brwi. Nadchodzi tasogare, pora zmierzchu, w której wykluwają się skryte w myślach i pragnieniach demony.
– Jesteś piękna – mówi porucznik Holland i uśmiecha się, dotykając policzka Akiko.
Dłoń jest zimna, ale nóż zimniejszy.
Przytakuje mu chór raptem kilku głosów, choć gejszy wydaje się, że mężczyzn jest stu.
– Tylko trochę ponura – odpowiada ktoś półgłosem.
– Prawda, te japońskie dziwki w ogóle się nie potrafią uśmiechać.
Setka demonów oni rży ze śmiechu. Błyska nóż. W uliczce rozlega się wrzask, błękitne kimono chciwie chłonie krew.
– Teraz lepiej – szepcze porucznik Holland wprost do jej ucha, nim zliże strużkę krwi wprost z rozciętego policzka. – Taka podobasz mi się bardziej. Trzymajcie ją, panowie. Ktoś wie, jak rozwiązać to kurestwo?
W szczęku klamry rozpinanego paska rodzą się demony.
百鬼夜行
Akiko nie wie, gdzie jest; przytomnieje dopiero na widok wuja Kenjirō. Z urywanych zdań pospiesznie składa obraz wydarzeń. Podobno wybiegła ze szkoły prosto w burzę, bez płaszcza, w szaleńczym pędzie gubiąc rzeczy. Krzyczała i płakała, jak gdyby za kimś goniąc. Bez wytchnienia pędziła przez Gion, aż zaniepokojony właściciel salonu pachinko wezwał policję.
Dano jej zastrzyk uspokajający i, po długich próbach, ustalono nazwisko oraz adres. Posterunkowy z Higashiyama-Matsubara dyskretnie zadzwonił do firmy wuja. Pan Tachibana przyjechał natychmiast.
Lekarz bada Akiko i stwierdza lekką gorączkę, wynikającą najprawdopodobniej z przemęczenia. Zaleca odpoczynek.
Wuj słucha, a jego usta, wąskie niczym bliźniacze miecze samuraja i potrafiące miotać równie ostre słowa, zaciskają się z każdą chwilą coraz bardziej.
Tego dnia nie odzywa się w trakcie podróży do niegdysiejszego okiya.
Tego dnia po raz pierwszy chwyta ją za włosy i ciągnie do domu, a milczący jak głaz kierowca nawet nie mruga, choć Akiko wrzaskiem błaga go o pomoc. Tego dnia wuj po raz pierwszy gwałci ją tak brutalnie, że po wszystkim dziewczyna może jedynie zwinąć się w kłębek. Futon nasiąka czerwienią.
O zmierzchu Akiko nie schodzi na kolację i nie odzywa się, kiedy wuj ją woła. Kenjirō, już chłodny i zaniepokojony wybuchem gniewu, z lękiem myśli o jej krwawieniu. W myślach bezwiednie, gorączkowo układa słowa wytłumaczenia, jakie należałoby przedstawić w szpitalu.
Tego dnia, w porze tasogare, w godzinie przejścia dwóch światów, z krwi i bólu rozdartego ciała rodzi się demon.
百鬼夜行
Upiór stoi w mrocznej uliczce, opuszkami palców badając twarz. Jest godzina wołu, a gęste chmury przysłaniają księżyc tak, że yōkai nawet w kałuży świeżej krwi nie widzi swojego oblicza. Obmacuje je niespiesznie, dotyka pokaleczonych ust.
Zabij go! – szepczą skryte w ciemnościach ayakashi. Zemścij się! Zabij go, bo ci to zrobił, zabij pana Minamoto, bo cię nie ocalił, zabij Mamę, która chciała pozwolić, by to monstrum zostało twoim danna, zabij gejsze, które wykpią cię, ucieszone z utraty rywalki!
– Czy jestem piękna? – pyta yōkai, zakrywając twarz rękawem kimona.
– Tak! – odpowiadają demony.
Potwór opuszcza rękę.
– A teraz?
Ayakashi pierzchają w mrok. Z pobliskiej herbaciarni dobiegają śmiechy. Yōkai schyla się wolno i podnosi nóż.
百鬼夜行
Papierowa ścianka shōji odsuwa się z szelestem. Wuj nie budzi się, jego twarz we śnie jest spokojna i łagodna, jak zawsze wtedy, gdy dotykał jej, mówiąc, że jest taka podobna do matki.
Akiko zbliża się. Płynie w powietrzu, jej stopy nie sięgają tatami.
Oji-san – szepcze. Kenjirō budzi się, gwałtownie podnosi do siadu. – Watashi kirei?
– A-aki… Akiko! – Jego oczy błyszczą przerażeniem, ale tylko przez moment.
Kuchisake-onna uśmiecha się raną krwawiących ust.
Kore demo? – pyta.
Ręka dzierżąca nóż unosi się i opada.
koniec
« 1 3 4 5
16 maja 2020
1) Michael Dylan Foster, Yōkai. Tajemnicze stwory w kulturze japońskiej, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2017

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Tuaranga
Piotr Zawada, Magdalena „Majik Czar” Czarnecka

4 VII 2020

Ostrzeżenie: opowiadanie tylko dla czytelników dorosłych!

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Zerwany kwiat
Marcin Pindel

21 VI 2020

Zostawiwszy za sobą bacówkę, przy której wygrzewał się na słońcu piękny owczarek, minąłem kierdel owiec, a pięć minut później dotarłem na szczyt. Kapliczka stała niedaleko charakterystycznego pasa drzew porastającego niemal łysy wierzchołek. Już na miejscu odwróciłem się w kierunku, z którego przyszedłem. Szczyty Tatr wciąż pobłyskiwały bielą, ale Babia Góra zdążyła się już pozbyć swojej śnieżnej czapy.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Oszołomek
Hubert Fryc

25 IV 2020

Przecież przystojny jestem chłop, niestary i prawdomówny, bo dupy z gęby nie robię, i robotny jestem, mam pole i konia, i siłę w rękach, że mógłbym podkowy łamać, ale nie łamię, bo niby po co, przecież głupi nie jestem, żeby na pokaz odstawiać ceregiele. I mógłbym mieć każdą, nie ino Martę, ale też sołtysównę albo i jakąś miastową pannę, na przykład córkę ministra albo i samego sekretarza.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.