Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 27 listopada 2020
w Esensji w Esensjopedii

Marianna Szygoń
‹Luka w pamięci›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorMarianna Szygoń
TytułLuka w pamięci
OpisNie jest zawodową pisarką. Od kilkunastu lat uprawia amatorską literaturę wieczorowo-weekendową. Pomimo okazjonalnych wycieczek w okolice kryminału i grozy, pozostaje niezmiennie wierna klasycznemu sci-fi, które darzy platonicznym, lecz nieodwzajemnionym uwielbieniem.
GatunekSF

Luka w pamięci

1 2 3 7 »
Przecież batyskaf ma dwa miejsca, dla bezpieczeństwa człowiek zabierał robota. Zwłaszcza wybierając się w miejsce na granicy zasięgu łodzi. Wtedy tak naprawdę do niej dotarło, że szuka nie jednego, a dwóch naukowców. Kim był android, który zaginął wraz z nim? Dlaczego nikt o nim nie wspomniał?

Marianna Szygoń

Luka w pamięci

Przecież batyskaf ma dwa miejsca, dla bezpieczeństwa człowiek zabierał robota. Zwłaszcza wybierając się w miejsce na granicy zasięgu łodzi. Wtedy tak naprawdę do niej dotarło, że szuka nie jednego, a dwóch naukowców. Kim był android, który zaginął wraz z nim? Dlaczego nikt o nim nie wspomniał?

Marianna Szygoń
‹Luka w pamięci›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorMarianna Szygoń
TytułLuka w pamięci
OpisNie jest zawodową pisarką. Od kilkunastu lat uprawia amatorską literaturę wieczorowo-weekendową. Pomimo okazjonalnych wycieczek w okolice kryminału i grozy, pozostaje niezmiennie wierna klasycznemu sci-fi, które darzy platonicznym, lecz nieodwzajemnionym uwielbieniem.
GatunekSF
Drżenie, w które wprawiały bazę silniki startującego promu, wreszcie ustało. Wahadłowce z zaopatrzeniem rzadko tu trafiały. Pomarańczowy karzeł o wdzięcznym imieniu Solaris leżał daleko od uczęszczanych międzygwiezdnych szlaków, a księżyce Tichego, drugiego z obiegających go jowiszowych gigantów, nie należały do tak skolonizowanych, jak satelity Pirxa. Na Vliperdiusie, ósmym z piętnastu księżyców Tichego, diabeł mówił dobranoc.
Posegregowali ładunek zgodnie z przeznaczeniem, sprawdzili każdy element dostawy, po czym ślamazarnie, ale bez jednego zbędnego słowa roznieśli wszystko w odpowiednie miejsca. Małgorzata, okrywając się wysłużonym pledem, śledziła ich otoczona olbrzymim ekranem w sali konferencyjnej. Podzieliła go na mniejsze kwadraty, z których każdy przeznaczyła na jedno pomieszczenie, by nic jej nie umknęło. Zawsze lubiła porządek i kontrolę, a na jesieni życia ceniła je bardziej niż kiedyś.
– Dostarczyliśmy gościa do ambulatorium. – Z głośników popłynął głos Kazika. – Rozpakować, Gosiu?
– Tak – odparła. – Sprawdźcie też stopień naładowania ogniw. Jeśli trzeba, podłączcie do uzupełnienia, ale nie inicjujcie wybudzenia. Zaraz tam przyjdę. Ach, i jeszcze jedno, Kaziu – dodała, z satysfakcją cedząc każde słowo: – Posprzątaj mi ten burdel po rozładunku, żeby Tomek znowu nie przewracał się o puste skrzynie, jak ostatnim razem!
„Zaraz” w jej wieku nie oznaczało szybkiego przybycia. Najpierw kilkoma ruchami drżących dłoni powiększyła tę komórkę ekranu, na której widniało ambulatorium bazy. Kuśtykając po korytarzach, straciłaby ten widok, a tak mogła być świadkiem, jak podopieczni rozszczelniają skrzynię, zdejmują wieko, demontują zabezpieczenia chroniące zawartość przed przemieszczaniem się w transporcie, a potem ostrożnie przenoszą na stół operacyjny postać, zwiniętą w kłębek niczym młode kocię.
Kogoś, kogo Małgorzata będzie mogła ukształtować od podstaw.
• • •
– Naładowana? To ją odłącz. – Zmęczona drogą do ambulatorium, z ulgą zajęła miejsce w lekarskim fotelu, który specjalnie dla niej przynieśli z gabinetu i skinęła głową, gdy Kazik okrył jej nogi kocem. – Podaj mi kość rozruchową. A wy się wynoście. Wystraszycie ją. Wyglądacie jak… chodzące trupy. Bo przecież nie żywe, do tego trzeba mieć w sobie trochę ikry!
Machnęła laską na dwa automaty sterczące za przejrzystą taflą ściany. Nie wykonały polecenia, jakby go nie usłyszały, choć przejście do gabinetu pozostawało otwarte. Wygląd Tomasza zdradzał, że poskładano go z części różnych maszyn: jego głowa, pozbawiona imitacji twarzy, przypominała czaszkę kościotrupa, a metalowy kościec oplatały niczym nie osłonięte przewody. Bardziej zaawansowana Marta przypominała raczej ruchomego sklepowego manekina niż kobietę.
– Czy ona jest człowiekiem? – spytała.
Małgorzata w odpowiedzi przewróciła oczami. Nawet Kazik stał jak słup soli i gapił się na gościa. Czasy, kiedy należał do nowoczesnych modeli, dawno minęły. Serwisowała go sumiennie, póki zdrowie jej pozwalało. Czasem tylko wyrzucała sobie, że przesadziła z serwisowaniem jego umysłu. Podniosła laskę i szturchnęła go końcówką. Dopiero wtedy Kazik się ożywił. Odwrócił się i spojrzał na Małgorzatę wyblakłymi oczami zramolałego androida.
– Woda dziś zimna, proszę pani – powiedział. – Mam podgrzać zupę?
– Nie. Odłącz zasilanie i podepnij bazę. – Znów uniosła laskę i, celując w brzuch, pchnęła go w stronę dawnego stołu operacyjnego z leżącą postacią. Obserwowała, jak odpinał z portu za prawym uchem gościa jeden z kabli zwisających z sufitu. Wypuszczony z jego dłoni przewód cofnął się z sykiem w górę, pozostając na wyciągnięcie ręki. – Bazę! – podniosła głos widząc, jak Kazik chwyta nie ten przewód co trzeba, a potem poleciła: – Wynoście się wszyscy. Idźcie sprzątać. Tylko dokładnie, bo sprawdzę!
Gdy mieszkańcy bazy opuścili ambulatorium, sięgnęła do kieszeni kamizelki po małą, czarną płytkę palmboxa i wpięła do niej kość rozruchową przesyłki. Nad urządzeniem wykwitł wirtualny ekran, trząsł się jednak mocno w drżącej dłoni, więc staruszka położyła płytkę na kolanach.
Ustanowiła bezprzewodowe połączenie z komputerem androida. Odebrała dane identyfikacyjne, raport zgodności i raport stanu. Wygasiła program kształtujący, prowadzący mniej obeznanych użytkowników przez konfigurację osobowości; tym zajmie się później. Przeszła do ustawień zaawansowanych, szukając języka. Nie znalazła polskiego w standardzie. To nic, zostały jej pliki po poprzednich androidach. Dodała najpóźniejszy, choć wcale nie najnowszy, a po nim wgrała gościowi starannie wyselekcjonowaną bazę danych. Gdy program instalował i dopasowywał engramy przetworzone na elektroniczny zapis, ucięła sobie drzemkę. Zbudził ją pisk, sygnalizujący powodzenie procesu.
Zerknęła na wielki, analogowy zegar pod sufitem: pakiet wyselekcjonowanych wspomnień, wiedza i doświadczenia wybrane specjalnie dla gościa skurczyły się do trzech godzin transmisji danych. Nadeszła pora na pliki z konfiguracją osobowości; fakt, że od tak dawna czekały na nowego właściciela, przepełnił Małgorzatę smutkiem.
Dopiero gdy wgrała wszystkie ustawienia charakterologiczne, unikalnym kodem, dołączonym do przesyłki, zainicjowała rozruch maszyny i zmianę trybu zasilania z ogniw na biologiczne. Z początku nic się nie działo. Długo czekała cierpliwie, ale w końcu znowu zmorzył ją sen, tym razem głęboki i pełen majaków. Śniła ten sam koszmar, który nawiedzał ją od lat.
Umierała w oceanie. Światło pomarańczowego karła nie przenikało przez grubą lodową skorupę powierzchni księżyca, ale jeśli uruchomiło się odpowiednią aplikację, nakładka na wizjer symulowała w oddali kontury trzech szczytów Trójkąta Vliperdiańskiego. Batyskaf opadał w głębiny, choć zmuszała maszynę do coraz większego wysiłku. To nic, że to nie było jej wspomnienie. Nie przeszkadzało to Małgorzacie przeżywać we śnie przerażenia, gdy cichł szum wentylatorów, gasły lampki kontrolek, a z pradawnego oceanu zaczął sączyć się mróz. I każdy oddech wywoływał ból.
– Zimno! – jęk wybudzonego androida wyrwał Małgorzatę z koszmaru. – Jak zimno!
Zatrzęsło nią, jakby upadła z wysokości. Palmbox z wygaszonym już ekranem zsunął się z kolan na podłogę. Uniosła powieki: dygocąca androidka najnowszej generacji, nieodróżnialna od człowieka, siedziała na stole operacyjnym, przyciągając nogi do piersi i próbując rozgrzać dłońmi bose stopy. Cienki materiał ochronny, którym było powleczone jej ciało, nie dawał żadnego ciepła. Wciskając brodę w szczelinę między kolanami, wpatrywała się w staruszkę szeroko otwartymi szarymi oczami. Małgorzata pochyliła się, z wysiłkiem wymacała leżącą na podłodze laskę i podniosła się z fotela, by narzucić koc na plecy gościa.
– Witaj w „Hermaszewskim”, Margaret – powiedziała.
• • •
– …Instytut wycofał się z projektu i wystawił stację na sprzedaż. Kupiły ją te pazerne dranie z Harris Life Support Systems. Chyba myśleli, że zrobią z tego jakąś zasraną atrakcję turystyczną. Że niby ta dziupla to świadectwo i pamiątka pionierskich lat eksploracji Vliperdiusa, trzeba ją zachować dla przyszłych pokoleń, takie pieprzenie. – Małgorzata, stukając laską, powoli pokonywała główny korytarz bazy, a Margaret wlokła się za nią. Staruszka wskazała ruchem głowy na popękaną okładzinę ścian. – Ale jak widzisz, nawet nie zaczęli inwestować w swój nabytek, o wszystko trzeba się wykłócać. Na kogoś takiego jak ty czekałam dziesięć tichiańskich lat.
Androidka skinęła głową. Dostała w spadku ludzkie wspomnienia, ale nie wszystko z nich zrozumiała. W końcu były to migawki z cudzego życia i nie wiedziała nawet, z czyjego. Im bardziej starała się je uporządkować, tym mniej do siebie pasowały. Właściwie nie było nawet pewne, czy pochodziły od jednej, czy wielu osób.
– Dokąd idziemy? – spytała.
– Zjedziemy pod powierzchnię. – Małgorzata oparła się na przedramieniu podopiecznej i wskazała laską na windę w centrum bazy.
„Hermaszewski” składał się z dwóch poziomów: górnego, rozlokowanego na powierzchni księżyca i dolnego, zanurzonego w wewnętrznym oceanie. Łączył je szyb, biegnący przez kilometry lodu. Gdy tylko Margaret rozsunęła zabezpieczającą kratę i otworzyła drzwi, ujrzała stare krzesło, pozostawione w rogu wagonika.
– Kazałam Kazikowi postawić je dla mnie. – Małgorzata wgramoliła się do windy, niemal potykając się na progu, i od razu usiadła. – Strasznie tym starym pudłem trzęsie. Zawsze trzęsło.
Margaret skinęła głową, zasunęła kratę i zamknęła drzwi. Potem, machinalnie sięgając dłonią, nacisnęła odpowiedni przycisk i winda z hurkotem pomknęła na dół.
1 2 3 7 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Płyń
Szymon Bokota

14 XI 2020

Nie miałem już siły walczyć z nurtem, który uparcie miotał mną od lewa do prawa. Za każdym razem, gdy zdawało mi się, że lada chwila zostanę wyrzucony na brzeg niczym odpad, prąd jakby złośliwie, zrzucał mnie ponownie ku centrum. Trzeba było zaprzestać oporu, rozluźnić wątłe mięśnie i czekać na nieuniknione.

więcej »
Kolaż: <a href='mailto:halas.agn@gmail.com'>Agnieszka ‘Ignite’ Hałas</a>

W oczach gwiazd
Adrianna Filimonowicz

12 X 2020

Czy miałem prawo stawać między nią a losem, który wskazały jej duchy? Czy byłoby to w istocie dobre? Tyyine dają nam wiele, lecz nie ma w tym szczodrości. Za każdy dar płacimy. Zmęczeniem, krwią, czasem życiem czy szaleństwem. Isirre miała dokonać czegoś wielkiego. Dla swego ludu i dla siebie. Za cenę jednak czegoś więcej niż życie, czego nawet nie umiałem nazwać. I na co się nie godziła…

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Tuaranga
Piotr Zawada, Magdalena „Majik Czar” Czarnecka

4 VII 2020

Ostrzeżenie: opowiadanie tylko dla czytelników dorosłych!

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Dobry glina
— Marianna Szygoń

Negatywy
— Marianna Szygoń

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.