Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 6 grudnia 2020
w Esensji w Esensjopedii

Szymon Bokota
‹Płyń›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorSzymon Bokota
TytułPłyń
OpisAutor na co dzień zajmuje się tak odległymi światami jak prawo podatkowe i doktorat poświęcony bioetyce. Po godzinach miłośnik muzyki raczej hałaśliwej, sportów walki (świetnie blokuje ciosy twarzą) i przede wszystkim literatury, od reportaży po ostatnio ulubione weird fiction. „Płyń” to jego pierwszy opublikowany tekst.
Gatunekobyczajowa

Płyń

1 2 3 »
Nie miałem już siły walczyć z nurtem, który uparcie miotał mną od lewa do prawa. Za każdym razem, gdy zdawało mi się, że lada chwila zostanę wyrzucony na brzeg niczym odpad, prąd jakby złośliwie, zrzucał mnie ponownie ku centrum. Trzeba było zaprzestać oporu, rozluźnić wątłe mięśnie i czekać na nieuniknione.

Szymon Bokota

Płyń

Nie miałem już siły walczyć z nurtem, który uparcie miotał mną od lewa do prawa. Za każdym razem, gdy zdawało mi się, że lada chwila zostanę wyrzucony na brzeg niczym odpad, prąd jakby złośliwie, zrzucał mnie ponownie ku centrum. Trzeba było zaprzestać oporu, rozluźnić wątłe mięśnie i czekać na nieuniknione.

Szymon Bokota
‹Płyń›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorSzymon Bokota
TytułPłyń
OpisAutor na co dzień zajmuje się tak odległymi światami jak prawo podatkowe i doktorat poświęcony bioetyce. Po godzinach miłośnik muzyki raczej hałaśliwej, sportów walki (świetnie blokuje ciosy twarzą) i przede wszystkim literatury, od reportaży po ostatnio ulubione weird fiction. „Płyń” to jego pierwszy opublikowany tekst.
Gatunekobyczajowa
Według niektórych fizyków istnieje multiwersum, gdzie nieskończona ilość światów różni się mniejszymi lub większymi detalami. W jednym z nich Adolf Hitler rozpoczął karierę malarską zamiast światowej kaźni. W kolejnym kryzys kubański nie skończył się deeskalacją konfliktu, a nuklearnym oczyszczeniem. W następnym Beatlesi nagrali o jedną płytę więcej. W innym jakiś zupełnie przeciętny człowiek w zupełnie przeciętnym kraju podrapał się lewą, a nie prawą ręką. Nie sądzę jednak, aby istniała rzeczywistość, w której nie robiłem za worek na ciosy i szmatę na ślinę.
Tego ciepłego wieczora moje nieco zbyt ociężałe, zwłaszcza jak na ledwie szesnasty rok życia, cielsko powoli wtłaczało się na kładkę nad jedyną w mieście rzeką. Wracałem z krótkiego spaceru, żeby przynieść matce prezent urodzinowy. Kolejna głupia, niepotrzebna książka z poradami o byciu kochaną i kochającą oraz pełną energii albo jakiś inny syf różniący się od ezoteryki jeszcze mniejszą zawartością sensu. Wszystkie inne się zgadzało – nieuzasadnione przekonania, dziwne terminy, siła płynąca z ducha.
Tam właśnie spotkałem swoich oprawców. Sylwetki rozpoznałem z daleka. Czterech, jeden patyczak, jeden świniak mojego pokroju i dwóch szaraków. W pierwszej kolejności chciałem rzucić się do panicznej ucieczki, ale było już za późno, zobaczyli mnie i pozdrawiali radosnymi bluzgami. Grupowym śmieszkiem był Pucio, ten wysoki. Raczył mnie więc wyrafinowanymi obelgami pokroju „świnki spierdolinki”, które to budziły u pozostałych ekstazę śmiechu, zdolną niemalże zadławić człowieka. Przypomniałem sobie wszystkie te mądre słowa o postawie, sylwetce, pewności siebie w ruchach, które podobno deprymują napastników. Głowa wysoko, spojrzenie przed siebie, przejście pewnym krokiem.
Oczywiście skuliłem się i spuściłem wzrok.
– Jak tam, grubas?
– Co tam widzisz na ziemi?
– Z której ręki ci jebnąć?
Najchętniej zostawiłbym im portfel, telefon i pognał na oślep w siną dal. Tylko że to nic by nie zmieniło. Bo tak się składa, że czterech idiotów było zarazem bananami z prestiżowego – wprawdzie z nazwy i zamożności rodziców uczniów, a nie poziomu – liceum w tym przeklętym, bezdusznym molochu, jakim było to miasto. Tego samego liceum, do którego uczęszczałem, a właściwie po którym przemykałem pod ścianami również ja. Licea dla dzieci z dobrych domów nie różnią się aż tak bardzo od sebiksiarni w zakazanej dzielnicy. Muszą być pupile, muszą być dręczyciele, muszą być i ofiary. Takie jak ja.
Nie wiem, od czego to się właściwie zaczęło. W gimnazjum byłem szarakiem z tła. Jasne, że czasem ktoś rzucił coś o mojej tuszy, ale to nie było nic szczególnie bolesnego. Miałem paru kolegów, z niektórymi utrzymałem kontakt nawet później. Dało się żyć. Liceum wszystko zmieniło. Już w pierwszym tygodniu jeden z moich oprawców wypłacił mi bombę w ucho w szatni po wuefie, bo nadepnąłem mu na plecak. Nie postawiłem się, bo nigdy nie musiałem. A potem spirala się rozkręciła. Rzygałem i rzygałem od kolejnych obrotów, ale kurewstwo jeszcze przyśpieszało.
– Co to za spacerki? – gardłował jeden z nich głosem uwięzionym w czyśćcu mutacji.
Próbowałem zejść im całkiem z linii i jakoś się przepchać.
– Po polsku nie rozumiesz? Co, z nami nie gadasz? – Napędzał zabawę inny.
– Śpieszę się, dajcie mi spokój.
Nie dali.
– Co to za książka, świnio? Co se tam czytasz, o wpierdalaniu żarcia?
Nie wiedziałem już zupełnie, jak się zachować. Chciałem przestać istnieć, a przynajmniej wycofać się, ale zanim zbiegłbym z kładki, to przegoniliby mnie trzy razy, w międzyczasie jeszcze rzucając we mnie kamieniami. Jeśli próbowałbym się przepchać, to zaraz obskoczyłbym od nich ciosy. Przy odrobinie szczęścia tylko od jednego, przy mniejszym farcie – wracałbym do domu przekopany. Wybrałem więc milczenie, nieświadomie kuląc się coraz bardziej.
Gwałtowne szarpnięcie pozbawiło mnie książki. Okładka wzbudziła radość i kolejne komentarze. Ucieszył ich zwłaszcza tytuł: „Jak zostać szczęśliwą dzięki diecie”. Pod nim umieszczono zdjęcie komputerowo poprawionej i analogowo bezdusznej modelki z gatunku „trochę nie wyszło mi w życiu, więc dorabiam jako stockowa fotka”. I tak była lepsza niż ja. Między fałdami skóry na jej brzuchu nie zmieściłby się model MS Bismarcka.
– Ej, nie dość, że się odchudza, to jeszcze trans – zawołał szyderczo Pacio.
– A my z tym jebanym pedałem dzielimy szatnię na wuefie – dodał kolejny z bandy czworga.
Jeden z nich zastygł w bezruchu, jakby szczątkowe procesy myślowe wymagały pełnego przekierowania mocy. Jakby wyartykułowanie kolejnego zdania zawieszało cały system. Pewnie tak było. Ale po co mu więcej? To Stasikowski, przemęczy jakieś prawo w Pcimiu Dolnym, a potem dostanie robotę w kancelarii ojca. Niech się tylko nauczy poprawnie podpisywać imieniem i nazwiskiem.
– Dobra chłopaki, teraz wam pokażę, co się na muay thai wczoraj nauczyłem.
I stanął przede mną, w całym swym pryszczatym majestacie, w bluzie z markowym logo i z frustracją kundla, któremu właściciel w osobie pana mecenasa nie okazuje uwagi. Prężył się, ustawiał w jakiejś pokracznej pozycji i niby mnie strasząc, kopnął tuż przede mną, omal się przy tym nie wywracając. Drugim kopnięciem już trafił mnie w udo, ale to nie zabolało aż tak mocno. Może się przyzwyczaiłem.
Tak właściwie to Stasikowski był chuchrem. Trochę niższy ode mnie, chudy, w życiu się pewnie z nikim nie bił jeden na jeden. Mógłbym szaleńczo wpaść w niego całym swym obrzmiałym cielskiem i szanse byłyby przynajmniej wyrównane, bo obaj nie mamy nic wspólnego z walką. On się tylko popisywał przed tymi pajacami, ja tylko pokornie czekałem. Mógłbym zaszarżować. Nie zrobiłem tego. Nie umiałem wyjść z roli szmaciarza, którego każdy może sponiewierać.
– A może ty po prostu potrzebujesz więcej ruchu? Zrzuciłbyś trochę cielska! – radośnie oznajmił Pucio, a reszta podchwyciła to pełnym aprobaty wyciem.
Zanim zdążyłem zareagować, co ja gadam, ja nigdy nie reagowałem, już jeden z nich przyciskał mnie do barierki. To Pawlacz, kolejna łachudra. Waliło od niego tanimi papierosami, z którymi zawsze kitrał się po kiblach. Za chwilę dołączyli i następni. Chcą mi tylko napuścić stracha, upokorzyć, czekają aż zleję się pod siebie albo zacznę ich błagać o litość, tak sobie wtedy myślałem. Nie doszło jednak do tej żałobno-żałosnej scenki. Barierka po prostu pękła, a ja wyleciałem za kładkę.
Płyń.
• • •
Parucha nie jest szczególnie potężną rzeką, ale jej nurt biegnie w gwałtowny sposób. Jednak nie tylko dlatego jest wolna od ludzi i w zasadzie każdego innego życia. Ona jest po prostu strasznie zanieczyszczona. Zaraz utopię się w ścieku, do którego szczają menele, a nastolatkowie wyrzucają zużyte prezerwatywy.
Płyń.
• • •
Uderzyłem w powierzchnię, która pomimo ciepła na zewnątrz powitała mnie lodowatym ciosem. Woda wlewała mi się w usta, nos, oczy. Nie czułem pod nogami dna, a szarpnięcie natychmiast zaczęło pchać mnie w dół Paruchy. Desperacko machałem rękami, próbując się o coś zaczepić. Nie pomagało, dalej byłem tylko wyjątkowo ciężkim śmieciem targanym przez prądy. W tych ułamkach sekund godziłem się z tym, że tutaj zakończy się moja wędrówka.
Tu utopił się Janek. W miejscu, które z powietrza wygląda jak smuga rozwodnionego gówna.
Tak właściwie, to co doprowadziło mnie do tego punktu? W tych ostatnich chwilach zacząłem robić najszybsze możliwe podsumowanie swoich szesnastu lat na tej planecie. Wszystko wychodzi od rodziny. To była kolorowa, choć niekoniecznie szczęśliwa gromada. Nie wiem, czy w ogóle pasowało słowo „rodzina”. Kiedyś policzyłem datę ślubu rodziców i moich narodzin. Sześć miesięcy. Chyba nie byłem w pełni przemyślaną decyzją. Kolejne sześć miesięcy dzieli moje pierwsze kwilenie w szpitalu i rozwód rodziców. Ojciec za długo nie wytrzymał z matką. Nie dziwiłem mu się.
Judyta, bo tak dostała na chrzcie od swej ekscentrycznej rodzicielki, a mojej babci, to cudowne dziecię-kwiat spóźnione o dobre trzy dekady. Mania na punkcie zdrowej żywności, jogi i przede wszystkim POZYTYWNEGO myślenia. Co miesiąc nowy guru, nowa wolta i nowe próby uszczęśliwienia siebie i świata. Często drażniące, gdy poczuwała się nagle do bycia odpowiedzialną matką, często nijakie, czasem frustrujące. Jak na przykład wtedy, gdy z dnia na dzień wywaliła z lodówki całe mięso, bo aktem jego konsumpcji sprowadzamy na siebie karmiczny gniew wszechświata. Ciekaw jestem, czym tak podkurwiłem karmiczny gniew wszechświata, że spotkał mnie tak żałosny los.
1 2 3 »

Komentarze

14 XI 2020   12:59:52

Tekst bardzo dobry, zionie swego rodzaju ponutym wyrachowaniem, charakterystycznym dla psychopatów, którzy są zwykle przecież bardzo inteligentnymi ludźmi. Oby więcej panie Szymonie!

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Kolaż: <a href='mailto:halas.agn@gmail.com'>Agnieszka ‘Ignite’ Hałas</a>

W oczach gwiazd
Adrianna Filimonowicz

12 X 2020

Czy miałem prawo stawać między nią a losem, który wskazały jej duchy? Czy byłoby to w istocie dobre? Tyyine dają nam wiele, lecz nie ma w tym szczodrości. Za każdy dar płacimy. Zmęczeniem, krwią, czasem życiem czy szaleństwem. Isirre miała dokonać czegoś wielkiego. Dla swego ludu i dla siebie. Za cenę jednak czegoś więcej niż życie, czego nawet nie umiałem nazwać. I na co się nie godziła…

więcej »
Ilustracja: Katarzyna Szymonik

Luka w pamięci
Marianna Szygoń

12 IX 2020

Przecież batyskaf ma dwa miejsca, dla bezpieczeństwa człowiek zabierał robota. Zwłaszcza wybierając się w miejsce na granicy zasięgu łodzi. Wtedy tak naprawdę do niej dotarło, że szuka nie jednego, a dwóch naukowców. Kim był android, który zaginął wraz z nim? Dlaczego nikt o nim nie wspomniał?

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Tuaranga
Piotr Zawada, Magdalena „Majik Czar” Czarnecka

4 VII 2020

Ostrzeżenie: opowiadanie tylko dla czytelników dorosłych!

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.