Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 25 października 2021
w Esensji w Esensjopedii

Justyna Hankus
‹Wędrujące oko, smog i tramwaje›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorJustyna Hankus
TytułWędrujące oko, smog i tramwaje
OpisAbsolwentka Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, katowickiego Wydziału Grafiki. Artystka. Projektantka. Ilustratorka. Copywriterka. Matka, kucharka, nauczycielka, doktorka-amatorka, żona, tęczowa cyklistka. Od dwudziestu lat mieszka w Warszawie. Pracuje jako Art Director w agencji marketingu medycznego.
Konkursy, teksty, nagrody:
I miejsce – Małe Formy Literackie inspirowani Tyrmandem, 2020
Wyróżnienie w projekcie Pierwsza Książka Prozą – Stacja Literatura, 2020/Biuro Literackie
Główna nagroda – Bajka i Papier, 2019
II miejsce – Studium Literackie Uniwersytetu Jagiellońskiego, w konkursie „Pamiętam, że…” 2015
Teksty nagrodzone w małych konkursach RMF Classic, Twój Styl, portal kulturalny Dzika Banda.
Publikowała w Nowej Fantastyce, 2019, Helikopter, 2020.
Gatunekgroteska, post-apo

Wędrujące oko, smog i tramwaje

« 1 2 3 »

Justyna Hankus

Wędrujące oko, smog i tramwaje

Mama przeprowadziła się do mojego pokoju, bo myślała, że w tak małym pomieszczeniu zmieszczą się tylko dwie osoby i będziemy we dwie, same. Ale nie; doszła jeszcze Patronka i właśnie Ośliźnica, która teraz z każdym chrzęstem butów na schodach robiła się bardziej ciężka.
W październiku przyszli urzędnicy, rozłożyli się w kuchni i kazali Rządcy przyprowadzić wszystkie dziewczyny, lokatorki. Wchodziłyśmy kolejno, każda z czymś, ja z tym swoim okiem, Ośliźnica ze spływającą twarzą, Patronka żywiła się dojelitowo. Potem poszła moja mama, która wyglądała prawie całkiem dobrze, poza kolorem skóry, który był liliowy z drobnym wypryskiem.
Duży samiec, którego zapach roznosił się po całym domu wylał z kanistra trochę mętnej cieczy na szklany spodek, z segregatora wyjął pocięte, mięsiste papierki i zanurzając końcówki tych papierków w cieczy przykładał w trzy punkty na naszym ciele: czoło, mostek i lędźwie. Mój papierek stał się od tego niebieski, Ośliźnicy i Patronki zielonkawe, a mamy papierek zrobił się fioletowy. Żadna z nas nie wiedziała, co to znaczy i wtedy drugi urzędnik, śmierdzący łojem, spojrzawszy na fioletowy kolor papierka uniósł na mamę oczy i spytał:
– Pięćdziesiąt pięć?
– Co pięćdziesiąt pięć? – mama udawała głupią.
– Masz już pięćdziesiąt pięć lat. – stwierdził.
Mama milczała.
– Zostań tu – powiedział śmierdziel a mną targnął niepokój.
Podeszłam i złapałam mamę za rękę.
– Ty nie – rzekł mężczyzna.
– Ale to moja… – zaczęłam, ale mama wykręciła mi boleśnie palce i spojrzała tak, że oczy zrobiły się jeszcze bardziej liliowe i wypukłe niż były.
– Maniu – powiedziała.
Zamilkłam i dałam się wyprowadzić Patronce i Ośliźnicy z kuchni.
Mamy nie widziałam więcej; nie wiedziałyśmy, gdzie zabierają wszystkie starsze kobiety.
Zamiast mamy dokwaterowali nam Kenkę, która miała najwyżej czternaście lat i sikała do mamy łóżka.
– Cipa, świder, herbaciarnia – mówiła za każdym razem Ośliźnica, jak Kenka wstawała zmoczona.
W pozostałych naszych czterech pokojach gnieździło się po siedem dziewczyn. Różne były, małe, duże, różnoskóre, kolorowe; mijałyśmy się bez słowa, skurczone w sobie albo wściekłe.
Prawie nie wychodziłyśmy, po co? Nic tam nie było specjalnego, za to każdy zbyt długi kontakt ze skażonym powietrzem na zewnątrz skutkował pogorszeniem. Rządca był rozliczany z naszej wydajności, więc nas pilnował. Mimo to wymykałam się na tory, stawałam pod wiatą i czekałam; jak miałam szczęście mijał mnie tramwaj, jak nie miałam – słyszałam tylko dzwonki.
Ośliźnica wymykała się na nielegalne zebrania coraz to innej rewolucji, które kończyły się pijaństwem. Patronka wciąż się modliła i paliła świece ze sztucznego wosku, który trochę śmierdział rzygami; Kenka sikała pod siebie, kolorowa dziewczyna z pokoju taty robiła sobie blizny za pomocą gwoździ; Aniela sprzątała nieustająco; myła okna, podłogi, schody, ściany, meble i od początku; wszystko jedną ręką…
Tymczasem Bóg siedział w wieżowcach nad chmurami, obżarty ptysiami gluten free i budyniem wegańskim i nie miał pojęcia o rewolucji, tak jak, wbrew temu, co twierdziła Patronka, nie miał pojęcia o mnie, o Danym, o ostatnich zmianach klimatycznych, trującym mleku, kłopotach z wodą i z gównem ani w ogóle o niczym.
Raz tylko się przestraszyłam, bo Rządca znalazł na strychu taki obraz, który pamiętałam z dzieciństwa, na którym była postać w niebieskiej sukni, puszczająca lasery z wyciągniętej dłoni. Trochę to za bardzo przypominało obecną rzeczywistość. Rządcy też się tak najwyraźniej wydawało, bo wkrótce porąbał i spalił ten obraz.
Właśnie wtedy poznałam Dany’ego.
Rządca znalazł za obrazem szklaną, poskręcaną rurkę i bardzo się z tego ucieszył. Byłam przy tym, bo na strych i do piwnicy zabierał mnie zawsze; sam bał się tam chodzić, tchórz. A ja, co oczywista, znałam dom, choć już coraz mniej.
– Wiesz do czego to służy? – zapytał chytrze, obracając w brudnych, pokrytych łuską paluchach rurkę fermentacyjną.
Wiedziałam, ale na wszelki wypadek zaprzeczyłam.
– A widzisz, a ja wiem.
Na drugi dzień wręczył mi rurkę i powiedział, że mam ją zanieść do domu naprzeciwko i że wyjdzie w moją stronę dziewczyna. Sam nie lubił wychodzić na smog, jemu też szkodził.
Poszłam, co miałam nie pójść.
Rozglądałam się, czy zobaczę coś przez rudawą mgłę, ale nic nie zobaczyłam. Wkrótce nadeszła dziewczyna dziwacznie kiwając się z boku na bok i człapiąc nogami. Miała bliznę, biegnącą przez całą twarz, która wyglądała jak przylepiona glizda. Dałam jej rurkę.
Miałam dwóch braci. Umarli, tak jak wszyscy mężczyźni… No nie wszyscy, zostali nieliczni, ci, którzy byli odporni i ci, którzy mieli pieniądze na zastrzyk. Nie widziałam śmierci moich braci i ojca; myślę, że mama widziała, ale nie chciała mi powiedzieć.
Bogacze i żołnierze są w wieżowcach, do nas przychodzą urzędnicy; przynoszą prowiant, sprawdzają wydajność, nie odpowiadają na żadne pytania. Nie biją nas, nie gwałcą, boją się nas dotknąć. Nie wiem, gdzie mieszkają, gdzie chodzą nocować.
Po jakimś czasie Rządca znowu mnie posłał, tym razem miałam odebrać coś z domu naprzeciwko i też miał ktoś do mnie wyjść.
Było dość ciemno; szłam uważnie wzdłuż nici transmisyjnej. Nagle zobaczyłam z daleka coś dziwnego. Dziewczyna, która na mnie czekała podciągnęła do góry spódnice, pogmerała rękami poniżej pasa, jakby ją coś swędziało a potem wypchnęła biodra.
Spomiędzy fałd spódnicy lał się strumień moczu, parujący w zetknięciu z zimnym powietrzem. Jak wspomniałam, miałam dwóch braci, widziałam ich sikających nie raz. Pamiętam.
Podeszłam zaciekawiona.
Dziewczyna skończyła sikać i spuściła spódnicę. Wtedy mnie zauważyła i przestraszyła się nie na żarty. Patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami, które zrobiły się szkliste od wzbierających łez.
– Pokaż – zażądałam.
Wahała się chwilę. Potem podniosła spódnicę i odchyliła majtki. Sięgnęłam i wydobyłam na wierzch stulonego, śmierdzącego sikami, penisa. Potrzymałam go chwilę, zrobił się twardy.
Puściłam go, bo musiałam przytrzymać oko, które z emocji zjechało mi niżej.
– Nie powiem nikomu – zaproponowałam.
– Jestem Dany – powiedziała dziewczyna, która nie była dziewczyną.
– Mama mnie ukryła. Zabrali ją już – dodała, dodał.
– Moją też zabrali – odparłam. – Przyniosłaś coś?
– Nie. Mam powiedzieć, że niegotowe i potrzebujemy cukru.
– Cukru? Zwariowałaś, łeś.
Wzruszył ramionami.
– Powiedziałam, co miałam powiedzieć – rzekł. – Przyjdź tu jutro o tej samej porze i przynieś cukier.
Rozeszliśmy się w swoje strony. Przed zaśnięciem wciąż jeszcze obwąchiwałam rękę.
Ale nie poszłam na drugi dzień. Powietrze się pogorszyło i Rządca zamknął nas na klucz. To dlatego później wymyśliliśmy z Danym sygnał z piwnicznego okna.
Zawsze działało, ale teraz Dany nie odpowiadał…
Przeszłam z Ośliźnicą obok pokoju Rządcy, słyszałam, jak stęka, wiem, co robił. Przeszłyśmy przez hol na piętro i do naszego pokoju. Tu zwaliłam ją na łóżko.
Patronka podeszła do niej i poklepała po twarzy, która się lekko ugięła. Patronka wzięła się pod boki.
– Jak tak dalej pójdzie, to któregoś dnia nie da rady wrócić. W tej atmosferze twarz jej się rozpadnie i będzie koniec.
Wzruszyłam ramionami.
– I co z tego – powiedziałam. – Co ci przychodzi z siedzenia tutaj?
– Czekam na zbawienie – odparła Patronka z godnością.
– A – odparłam – zapomniałam.
– O co ci chodzi? – Patronka popatrzyła zdziwiona.
– O nic. Jak jesteś zadowolona, że tu siedzisz, że nie możesz nigdzie iść, że nie ma dokąd iść, to o nic.
– Każda z nas może iść, gdzie chce. Dwadzieścia cztery godziny później ciało ci odpadnie od kości albo się udusisz – powiedziała spokojnie Patronka, a Kenka beknęła. – Tam nic nie ma – dodała Patronka.
Spojrzałam za okno, za którym nic nie było.
« 1 2 3 »

Komentarze

12 XII 2020   20:12:38

Typowa literatura menstruacyjna

12 XII 2020   20:16:20

Dziękuję, to komplement

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:edward.strun@gmail.com'>Edward Strun</a>

Sześć oktaw
Edward Strun

2 X 2021

Nerwowo zerkał na zegarek. Za chwilę Baron zadzwoni zaniepokojony brakiem wieści. Do obowiązków dilera należało zameldowanie szefowi o przebiegu każdej większej transakcji. A zlecenie opiewające na dwie bańki z pewnością do takich należało.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Nawet magia
Tomasz Grysztar

4 IX 2021

Po drugiej stronie tunelu zobaczyła Czarka oplątującego stworzenie całym pękiem korzeni. A potem w magicznym lesie zaczęło dziać się więcej, niż kiedykolwiek wcześniej, kiedy tam była. Drzewa kołysały się, jakby tańczyły. Z ziemi poderwało się mnóstwo liści i wszystkie zalśniły. Wzleciały setkami, może nawet tysiącami, ale i tak prawie ich nie ubyło na dole.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Opowieści starego nawigatora: Tylko nie z robotami!
Paweł Wolski

10 VII 2021

Na potrzeby zwiększonej grawitacji na HD 85512b naukowcy i farmerzy wypracowali miliardową populację nowych, trawożernych ras, muskularnych i niemal bezmózgich pięciotonowców na krótkich, silnych nogach. Poza rozlicznymi zaletami, miały jedną podstawową wadę: bez opamiętania żarły i rosły więc, no cóż… sami rozumiecie. Produkty ich przemiany materii trzeba było nieustannie z tej przemiłej planetki wywozić.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.