Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 26 września 2021
w Esensji w Esensjopedii

Justyna Hankus
‹Wędrujące oko, smog i tramwaje›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorJustyna Hankus
TytułWędrujące oko, smog i tramwaje
OpisAbsolwentka Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, katowickiego Wydziału Grafiki. Artystka. Projektantka. Ilustratorka. Copywriterka. Matka, kucharka, nauczycielka, doktorka-amatorka, żona, tęczowa cyklistka. Od dwudziestu lat mieszka w Warszawie. Pracuje jako Art Director w agencji marketingu medycznego.
Konkursy, teksty, nagrody:
I miejsce – Małe Formy Literackie inspirowani Tyrmandem, 2020
Wyróżnienie w projekcie Pierwsza Książka Prozą – Stacja Literatura, 2020/Biuro Literackie
Główna nagroda – Bajka i Papier, 2019
II miejsce – Studium Literackie Uniwersytetu Jagiellońskiego, w konkursie „Pamiętam, że…” 2015
Teksty nagrodzone w małych konkursach RMF Classic, Twój Styl, portal kulturalny Dzika Banda.
Publikowała w Nowej Fantastyce, 2019, Helikopter, 2020.
Gatunekgroteska, post-apo

Wędrujące oko, smog i tramwaje

1 2 3 »
Bogacze i żołnierze są w wieżowcach, do nas przychodzą urzędnicy; przynoszą prowiant, sprawdzają wydajność, nie odpowiadają na żadne pytania. Nie biją nas, nie gwałcą, boją się nas dotknąć. Nie wiem, gdzie mieszkają, gdzie chodzą nocować.

Justyna Hankus

Wędrujące oko, smog i tramwaje

Bogacze i żołnierze są w wieżowcach, do nas przychodzą urzędnicy; przynoszą prowiant, sprawdzają wydajność, nie odpowiadają na żadne pytania. Nie biją nas, nie gwałcą, boją się nas dotknąć. Nie wiem, gdzie mieszkają, gdzie chodzą nocować.

Justyna Hankus
‹Wędrujące oko, smog i tramwaje›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorJustyna Hankus
TytułWędrujące oko, smog i tramwaje
OpisAbsolwentka Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, katowickiego Wydziału Grafiki. Artystka. Projektantka. Ilustratorka. Copywriterka. Matka, kucharka, nauczycielka, doktorka-amatorka, żona, tęczowa cyklistka. Od dwudziestu lat mieszka w Warszawie. Pracuje jako Art Director w agencji marketingu medycznego.
Konkursy, teksty, nagrody:
I miejsce – Małe Formy Literackie inspirowani Tyrmandem, 2020
Wyróżnienie w projekcie Pierwsza Książka Prozą – Stacja Literatura, 2020/Biuro Literackie
Główna nagroda – Bajka i Papier, 2019
II miejsce – Studium Literackie Uniwersytetu Jagiellońskiego, w konkursie „Pamiętam, że…” 2015
Teksty nagrodzone w małych konkursach RMF Classic, Twój Styl, portal kulturalny Dzika Banda.
Publikowała w Nowej Fantastyce, 2019, Helikopter, 2020.
Gatunekgroteska, post-apo
Nad umywalką wisiało pół lustra pokryte liszajami. Kiedyś niżej była szklana półka, na której tata trzymał pędzel do golenia. Został z niej metalowy szkielet, teraz podrdzewiały.
Z rozkutej ściany sterczała rura, jak flaki z brzucha. Jakby to tata widział… – pomyślałam patrząc na cieknącą wodę, która cierpliwie zbierała się w krople pod konopnym sznurkiem, na uszczelce.
Uczesałam się za pomocą widelca, dziobiąc w kłębki na głowie, obróciłam się bokiem, żeby lepiej się widzieć w lustrze. Poprawiłam oko, bo znowu opadło; uklepałam policzki naciągając skórę na swoje miejsce i przylepiłam ją do brzegu włosów za pomocą taśmy klejącej.
Nos musiał zostać, jaki jest, upchnęłam w rozpadlinie u nasady trochę plasteliny, ale zaraz wypadła.
Podeszłam do małego podłużnego okna i wyjrzałam. Przez mleczne, mroźne powietrze przemknął z hałasem prześwietlony tramwaj. Jak zwykle był pusty. Postałam chwilę, ale drugi nie nadjechał i nie było już na co patrzeć. W poprzek pustej przestrzeni biegły niewyraźne linie trakcyjne, zawęźlone przy krzyżujących się drutach. Gdzieś w środku mgły pulsowało żółte światło, teraz ledwo widoczne.
Ot, rozrywka, tramwaj.
– Wychodzisz, Mańka, wychodzisz? – rozległ się piskliwy głosik zza drzwi.
– Zaraz – odburknęłam nieżyczliwie i złośliwie cofnęłam rękę od haczyka, odwlekając moment opuszczenia łazienki.
Z drugiej strony dało się słyszeć skrobanie.
– Popuszczę, bo popuszczę.
– Już. Zaraz – warknęłam i otworzyłam drzwi, wpuszczając do środka pulchną dziewczynę. Dziewczyna uniosła spódnicę i nie zważając na mnie, klapnęła pośladkami na sedes. Wyszłam trzaskając drzwiami. Znad framugi odpadło trochę tynku.
Rządca był u siebie na parterze. Siedział przed telewizorem i jadł fasolę. Telewizor śnieżył i można w nim było oglądać tylko jeden mecz i dwa seriale, w kółko. Ale Rządcy to nie przeszkadzało. Siedział przy otwartych drzwiach, półpotwór, śmierdziel; zjedzone puszki układał w piramidę obok fotela i pierdział.
– Minęła dwudziesta dziesiąta – powiedział telewizor.
– I co z tego – odezwał się Rządca i ciamknął.
Przemknęłam obok otwartych drzwi jego pokoju, na klatkę schodową. Aniela klęczała na schodach i brzegiem spódnicy czyściła zakamarki powykręcanej, ozdobnej poręczy. Bezwładna ręka dla wygody była przywiązana do tułowia na plecach. Śmierdziało domestosem pomieszanym z mydlinami.
– Nie nabludź, cholelo – powiedziała Aniela. Nie wymawiała „r”.
Przekroczyłam ją i zeszłam do piwnicy potykając się o zwinięty dywan.
– Scheiße.
Starałam się nie nadepnąć na inne rzeczy walające się na schodach – znowu ich przybyło; przewrócony stołek, rozsypane płyty, książki, szmaty, wapno w rozprutym worku, jakieś nogi od krzeseł; co to za krzesła? Nie mieliśmy takich krzeseł. W żółtym kolorze, z politurą? Mimowolnie kopnęłam w jedną nogę; ześlizgnęła się w dół.
W całym korytarzu piwnicy włącznik pozwalał zapalić tylko jedną żarówkę, zakratowaną na ścianie. Ale ja nie musiałam włączać światła, dobrze znałam rozkład pomieszczeń; przeszłam przez wszystkie, odsunęłam drzwi oparte o przejście do ostatniej wnęki, weszłam do środka i zasłoniłam wejście. Znajdowałam się teraz przed małym, zasnutym pajęczynami okienkiem, odczyszczonym pośrodku w nieregularne koło. Z zewnątrz przesączało się bladawe światło.
Nadałam sygnał latarką. Dwa długie, następnie pięć krótkich. Odczekałam chwilę i powtórzyłam.
Nic.
Nie odpowiedział.
Stałam tak chwilę, czekając, zniecierpliwiona, gdy poczułam za sobą jakiś ruch, odwróciłam się. Od ściany oderwała się Ośliźnica i chichocząc skoczyła na mnie. Trefniś, cholera.
Przewróciłyśmy się. Ośliźnica przygniotła mnie do betonowej podłogi, cały czas chichocząc; cuchnęła tanim winem i potem.
– Złaź, kurwa – wysapałam, zrzuciłam ją z siebie i wstałam.
Ośliźnica usiadła – nie widziałam jej dobrze, przez co zorientowałam się, że oko znowu mi uciekło; wymacałam je przy uchu i przesunęłam na miejsce.
– Wszyscy ludzie dobrej woli, połączą was szlugi! Jesteś, który jesteś o miodowym sercu – zakrzyknęła Ośliźnica z podłogi.
– Zamknij japę, bo cię usłyszą na górze – powiedziałam i lekko ją kopnęłam.
– Jarać po wsze czasy będziecie, siać i jarać, siać i jarać.
– Co to za brednie…
– Srać… – szepnęła. – Nie odpowiedział? – zapytała nagle głośno, kiwając głową w stronę okna. – To może Boga poproś o odpowiedź.
– Głupia jesteś.
Ośliźnica przewróciła oczami i starała się nadać swojej twarzy natchniony wyraz, w efekcie czego jej brwi powędrowały po czole i ustawiły się niesymetrycznie.
– Popraw sobie – odpowiedziałam i przyłożyłam palec do czoła pukając lekko.
– Sama jesteś głupia i się stuknij – prychnęła Ośliźnica; jedna brew była na środku, druga pionowo. – Nie odpowiedział – powtórzyła Ośliźnica i oparła się o ścianę. – Pukajcie, a znajdziecie – odezwała się znowu.
– Co? – zapytałam. – Chyba szukajcie…
– A będzie wam otworzone. – Ośliźnica wydała z siebie kłębuszek pary i zamilkła.
Poirytowana podeszłam do światła i powtórzyłam sygnał. Dalej nic; postałam chwilę zastanawiając się, czy zanieść Ośliźnicę na górę czy ją tu zostawić.
Okienko zasnute pajęczyną przepuszczało do środka trochę niebieskiego mroku. Podeszłam bliżej, wpatrując się w dom naprzeciwko. Jego rozmyte kontury przypominały dziecięcy obrazek, na który wylała się woda do moczenia pędzli. Między domami, wyżej, można było dostrzec jaskrawe ogniki sygnalizacyjne, drgające języczki. Gdzieś tam dalej, w tej mięsistej mgle stały wieżowce, tam z mężczyznami mieszkał Bóg.
Z lewej strony domu rozległo się brzęczenie i nadjechał tramwaj; przemknął trakcją zwalniając bieg i usłyszałam trzask wyładowań elektrycznych. Z okienka w piwnicy widziałam go nawet lepiej niż z góry. Stanął i rozkraczył się w moją stronę otwartymi drzwiami, rozjarzonym wnętrzem. Pojechałabym przed siebie pustym wagonem, skubiąc rozdarty skaj siedziska na drobne wiórki. Monetą wydrapałabym swoje imię na polakierowanej ścianie. Pojechałabym popróbować, czy tam się da. Pojechałabym do Boga, żeby zobaczyć jego dwoje oczu i wydłubałabym mu jedno, żeby zobaczył, jak to jest.
I tak ucieknę.
Podeszłam do chrapiącej Ośliźnicy. Przyjrzałam się jej niesymetrycznej twarzy, rozpulchnionej pod oczami, szarej. Skóra zjechała w dół, półprzeźroczysta ledwo przykrywała kości jarzmowe, tworząc gruby nawis poniżej linii podbródka. Rozejrzałam się za czymś, czym mogłabym podwiązać jej twarz, pomacałam na półce i zrzuciłam z niej plastikowy kubek. Wzięłam go do ręki, obróciłam w dłoni – przypomniała mi się mama, jak w czasie powodzi stała tu, w piwnicy po kostki w mulastej wodzie i tym kubkiem do mycia zębów, bo wtedy jeszcze miałyśmy zęby, nabierała wody z piwnicznego pomieszczenia i wylewała za deskę progu, co było kompletnie bez sensu, bo więcej wody wpływało niż by wyniosła i w milionie kubków. Schylając się w rytmicznych ruchach powtarzała bez ustanku: „A Ryniu pojechał samochodem”. I znowu: nabranie, chlust, „a Ryniu pojechał samochodem”. Bałam tego, że tata pojechał samochodem i bałam się śmierdzącej wody, bo myślałam, że ryby obgryzą nam kostki. Ale ryb już wtedy nie było. Nie wiedziałyśmy o tym.
Rzuciłam kubek w kąt, przesunęłam rękę dalej i znalazłam kawałek giętkiego drutu. Nie za dobry, ale choć tyle. Podwiązałam twarz Ośliźnicy, przytrzymując od dołu fałdy podbródka. Potem odkleiłam ją od ściany, nie bez obrzydzenia zarzuciłam sobie jej ramię na barki, odwracając głowę jak się tylko dało, bo śmierdziało jej z ust i wywlokłam ją z piwnicy, mając nadzieję, że Rządca siedzi spokojnie na dupie i dalej żre fasolę.
Wyszłyśmy na strome schody i zaczęłyśmy się wspinać. Starałam się nie robić hałasu, ale było to trudne, bo pokruszone winyle chrzęściły pod stopami. Nie pamiętałam dokładnie, skąd się tu wzięły. Zdaje się, że któraś z nowych dziewczyn miała je w walizce zamiast ubrań i Rządca je wszystkie rozbił i zepchnął po schodach. Nie pamiętałam dokładnie, bo wtedy zabrali mamę.
Mama mówiła, że i tak mamy szczęście, że zrobili kwaterę w naszym domu.
– Popatrz, nie musimy się nigdzie przeprowadzać, musimy się tylko trochę ścieśnić – głaskała mnie po włosach, które wychodziły garściami…
Trochę ścieśnić, dobre sobie.
1 2 3 »

Komentarze

12 XII 2020   20:12:38

Typowa literatura menstruacyjna

12 XII 2020   20:16:20

Dziękuję, to komplement

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Nawet magia
Tomasz Grysztar

4 IX 2021

Po drugiej stronie tunelu zobaczyła Czarka oplątującego stworzenie całym pękiem korzeni. A potem w magicznym lesie zaczęło dziać się więcej, niż kiedykolwiek wcześniej, kiedy tam była. Drzewa kołysały się, jakby tańczyły. Z ziemi poderwało się mnóstwo liści i wszystkie zalśniły. Wzleciały setkami, może nawet tysiącami, ale i tak prawie ich nie ubyło na dole.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Opowieści starego nawigatora: Tylko nie z robotami!
Paweł Wolski

10 VII 2021

Na potrzeby zwiększonej grawitacji na HD 85512b naukowcy i farmerzy wypracowali miliardową populację nowych, trawożernych ras, muskularnych i niemal bezmózgich pięciotonowców na krótkich, silnych nogach. Poza rozlicznymi zaletami, miały jedną podstawową wadę: bez opamiętania żarły i rosły więc, no cóż… sami rozumiecie. Produkty ich przemiany materii trzeba było nieustannie z tej przemiłej planetki wywozić.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Wiatr
Marcin Pindel

26 VI 2021

Jak to dokładnie robi, tego nikt nie wie, ale z pewnością nie działa na zupełnie przypadkowych ludzi. Bo zarówno Majerczyka, jak i Gachów od dłuższego czasu coś trapiło. Wyrzuty sumienia, poczucie winy, jakiś niepokój czy żal. Założę się, że jakby zbadać kolejno każdą z podobnych spraw, wniosek byłby jeden: ci ludzie od dłuższego czasu z czymś się zmagali. A halny w końcu przyszedł i pomógł im ze sobą skończyć.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.