Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 27 października 2021
w Esensji w Esensjopedii

Ewa Kajtoch
‹Za górami, w tym samym lesie›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorEwa Kajtoch
TytułZa górami, w tym samym lesie
OpisEwa Kajtoch urodziła się w Krakowie, gdzie do dziś mieszka i pracuje. W wolnych chwilach lubi czytać i pisać. Pisze najczęściej opowiadania i wiersze, a czytać lubi wszystkie książki, z wyjątkiem nudnych.
Gatunekobyczajowa

Za górami, w tym samym lesie

1 2 »
Idę po zakupy wspomagając się balkonikiem. Udaje mi się dojść, a wrócić do domu pozwalają mi jakieś dziewczynki z osiedla. Całej portmonetki nie zabrały, ale pięćdziesiąt złotych musiałam oddać.

Ewa Kajtoch

Za górami, w tym samym lesie

Idę po zakupy wspomagając się balkonikiem. Udaje mi się dojść, a wrócić do domu pozwalają mi jakieś dziewczynki z osiedla. Całej portmonetki nie zabrały, ale pięćdziesiąt złotych musiałam oddać.

Ewa Kajtoch
‹Za górami, w tym samym lesie›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorEwa Kajtoch
TytułZa górami, w tym samym lesie
OpisEwa Kajtoch urodziła się w Krakowie, gdzie do dziś mieszka i pracuje. W wolnych chwilach lubi czytać i pisać. Pisze najczęściej opowiadania i wiersze, a czytać lubi wszystkie książki, z wyjątkiem nudnych.
Gatunekobyczajowa
Były kiedyś dwie kobiety, a każda żyła po innej stronie starej opowieści. Dzieliło je wiele gór i wiele rzek. Za to błądziły po tym samym lesie, daleko od siebie, choć czasami pragnęły się spotkać. Może nawet miały tego samego towarzysza?
Nie sposób za niczym nadążyć. Ból nadąża za mną.
Co rano udaje mi się dogonić kolejny dzień i to cud. Sukces, tak mówiłam kiedyś. Jedyny.
Bo właściwie najlepszy ze wszystkiego jest wieczór. Ulga. Pastylka biała, pastylka niebieska i pastylka biała. Podłużne i okrągłe. Krople. We właściwych odstępach czasu, naturalnie.
Pomału wszystko mi ucieka. Mija ból, który dręczy mnie jak nieustająca groźba – przestają boleć ręce i nogi… plecy. Ustaje ból w głowie. Serce mnie nie gniecie. Jakby nic już nie było. Jakby mnie nie było.
Teraz mogę spać. Nie martwię się, czy będzie jakiś następny dzień.
• • •
Wciśniętą w poduszkę twarz nagle chłodzi wilgotny powiew. Kobieta starannie zaryglowała drzwi, ale dalej kuli się w kącie i nasłuchuje. Ściany izby zostały niedawno pobielone; garnki, wyczyszczone piaskiem do połysku, lśnią na wystygłym piecu. Umięśnione cielsko napiera na drzwi, łapy drapią pod progiem, bulwiasty nos głośno węszy. Nawet przez skrzypiące deski czuć gorąc bijący od ciała zwierzęcia.
Kobieta mimowolnie zaciska sękate dłonie i krzywi się z bólu. Ten stary przyjaciel jest od dawna w środku.
Węszenie i skrobanie na moment cichnie; kobieta nasłuchuje uważnie. Już po chwili rozpędzone ciało z hukiem uderza o drzwi. I jeszcze raz. I jeszcze. Potem oddala się, chcąc, jak domyśla się kobieta, obejść dom dookoła.
Jak najszybciej podchodzi do okna. Zanim zamknie okiennicę, zerka w stronę pobliskiego lasu. Gałęzie drzew kiwają do niej zapraszająco, a z oddali przywołuje ją błysk czerwieni.
Jest następny dzień. Z nim wraca ból w nogach, rękach, plecach. Potem głowa i pigułki… w odpowiedniej kolejności. Aż do wieczora i o każdej trzeba pamiętać. Nic dziwnego, że z niczym innym nie sposób nadążyć.
Więc, przede wszystkim, sklepy. Nie wiem, jak im się to udaje. Wyczuwają, jak idę, czy co? Jak drepczę i kuśtykam? Drzwi, hop, żaluzja, kartka na drzwiach. Taki miły sklepik i już stoi, odwrócony plecami. Nie ma wejścia, jak może być? Skoro się odwrócił plecami?
Potem sąsiedzi. Sąsiad, nie wiem, czy są inni. Ilu ich jest. On w każdym razie jest na pewno.
Nie, to nie moja wina, że drzwi na klatkę schodową skrzypią. Skrzypią rano i wieczorem, nieważne, czy kto wchodzi, czy wychodzi. Nie ma co tak wyskakiwać z mieszkania, jak tylko wejdę. Skacze, jak kukułka z zegara.
I nie ma co się tak ode mnie odwracać, kiedy próbuję z nim porozmawiać, jak z człowiekiem! Jestem tylko stara, nie zaraźliwa! Tak, ten babsztyl chce coś powiedzieć, to straszne!
No i te psy, te psy… Na osiedlu nigdy nie brakowało dzieci ani psów… Psiarnia… Najgorszy był ten z trzeciego piętra. Nie wiem, jakiej rasy, taki paskudny, rudy… Potrafił człowiekowi na parasol wyskoczyć w deszczowy dzień! A ostatnio… podleciał, i do nóg, i już go nie ma. Tylko koniec ogona widać zza winkla.
Są i inne. Wilczury, przede wszystkim. Nie wiem, co ci ludzie mają w głowach, żeby wilki w blokach trzymać, no, ale trzymają. Słyszę, jak wyją. Kiedyś przychodziły mi pod próg, węszyły, skowytały… Teraz już nie. Nic dziwnego. Stara nie ma co do garnka włożyć, psu nawet na budę się nie przyda.
Chciałam podejść do jednego z nich – najstarszego chyba, najbardziej wyleniałego – ale się nie dało. Nic z tego. Wzięłam lekarstwa rano, powoli przestawały działać. Chciałam iść szybciej, nie dawałam rady.
No i dzieci. U sąsiadów niemowlę. Płacze.
Potem te na skwerku. Zlikwidowali piaskownice, ustawili huśtawki, jakieś drabinki, no i jest. Wrzask od rana do nocy, zwłaszcza teraz, latem.
„Nie drzyj się tak” – chciałam jednej nagadać, ale nie było jak. Nie zdążyłam, znowu. Wyciągałam do niej ręce, ale nie dałam rady.
To ta, zawsze ubrana na czerwono. Co te matki mają we łbach… Świat się kończy.
W nocy jakieś psisko warczało mi pod drzwiami. Na klatce jak raz się nie świeciło, więc nie wiem, co to był za zwierz. W każdym razie nie Bukiet z piątego piętra, ani nie to popielate z drugiego; są za małe. To coś warczało jak wilk. Więc… O ile pamiętam, ci od wilczurów mają jednak trochę oleju w głowie i nie wypuściliby psa po nocy.
W dodatku… wszystko mnie bolało. Akurat skończyły mi się te niebieskie pastylki, a po receptę mogłam iść dopiero w poniedziałek. Wlokłam się do drzwi powoli, jak nigdy. A ono tam było. Czekało, skulone na wycieraczce. Albo wspinało się na tylne łapy, opierając o drzwi przednimi.
Nie otworzyłam.
W końcu wróciłam do łóżka. Ono dalej tam było, coś było, gdzieś. Drapało po ścianach pazurami. Słyszałam.
Dostałam receptę w poniedziałek. Prawie nie musiałam czekać.
Chyba coraz więcej tutejszych bab potraciło głowy i ubierają dzieci w idiotyczną, jaskrawą czerwień, zupełnie bez sensu. Albo ta mała z mojego bloku włóczy się teraz po całym osiedlu.
No i napisali mi złą datę na mojej recepcie. Z zeszłego roku. Wołałam za pielęgniarką, ale nie dosłyszała. Myślałam, że to na starość się głuchnie.
Kuśtykałam za nią do gabinetu, ale nie nadążyłam. I znowu musiałam czekać.
Z trudem doszłam z apteki do domu. Później spałam.
Przez sen słyszałam coś przez drzwi. Skrobanie pazurów, może pukanie niecierpliwych palców, nie wiem. Moje lekarstwo jest naprawdę mocne. Nie czułam bólu i nie mogłam się obudzić.
Dzwoniłam do syna, w końcu nawet do córki. Nikt nie odbiera, ani u niej, ani u niego.
Wyszłam z domu. Wywlokłam się.
Siedziałam na ławce koło skweru. Dzieci biegały, huśtały się na huśtawkach, wszędzie ich było pełno. Pełno barw i dźwięków.
Chwyciłam jedną z dziewczynek za płaszczyk. Uciekła z krzykiem.
Mijał dzień za dniem. Moje leki były naprawdę dobre. Te niebieskie, lubiłam zażywać je wieczorem. Kładłam się, wsłuchując w zanikający ból. Stopy, kolana… biodra. Nawet plecy tak jakby przestawały boleć.
W pewnym momencie nawet czułam, że mogłabym wstać i gdzieś iść. Wyjść z domu. Ale razem z bólem odchodziło wszystko inne. Mogłam tylko zasnąć.
Po kilku godzinach budziłam się i czułam ból. Znowu.
Na szczęście lekarstwa działały dobrze, bo nie budziłam się zbyt wcześnie.
Były też inne środki, na przykład te na strach. Też raczej działały. Czasem udawało mi się tak zgrać wszystkie moje leki, że nawet byłam w stanie wstać z łóżka i wyruszyć na ambitną wyprawę do pobliskiej Żabki. Albo do przychodni. Zdarzało się nawet…
Ale częściej musiałam polegać na innych, niestety.
I miałam swoje opiekunki, zresztą nie za darmo przecież. Niczyjej łaski nie potrzebuję. Przynosiły wszystko, co trzeba, jedzenie, lekarstwa. Książki z biblioteki, póki mogłam czytać. Nawet chciały wejść do domu, pomagać w sprzątaniu, ale nie. Aż taka niedołężna nie jestem… no, może jednak jestem… ale nie. Wystarczyło mi popatrzeć na te moje… odpłatne dobrodziejki i nie mogłam. Bo może nie są już młode, ale takie zdrowe.
Takie sprawne. Tak wszystko mogą.
Więc wolę pełzać po mieszkaniu, czepiając się ścian. Zawsze sprzątnę najgorszy bajzel. A jakby co, to piętro wyżej mieszka taka zwariowana kociara. Powiem, że to od niej tak śmierdzi.
Wiosna. Zaletą opustoszałego osiedla jest to, że nie ma komu stratować wszystkiego, co zielone. Jak daję radę ustać, stoję na balkonie. Tyle liści: wierzba… i chyba… Lubię, gdy zieleń jeszcze nie zdążyła dojrzeć i ściemnieć. Zblaknąć.
Gdybym miała lepsze okulary, chciałabym policzyć liście widoczne z mojego balkonu. Ostatnie zadanie.
Wieczór, kochany wieczór. Ale pomału. Jedna tabletka pół godziny przed jedzeniem (dlatego nadal jem), następna piętnaście przed. Jeszcze jedna równo pół minuty, a później dwie sekundy po fakcie.
Więc dobrze. Wracam do mieszkania. Odświeżający zapach wiosny nie sprawi wiele przyjemności, kiedy człowiek z trudem oddycha i nie może dojść do własnego łóżka. Nie myśli się już wtedy o wąchaniu kwiatków – chyba że od spodu – ani nawet o jedzeniu. Ani o rozmowie, ani o otwarciu drzwi po usłyszeniu dzwonka.
Pastylka pół minuty przed. Kładę się i w końcu… jest: brak bólu. Nie bolą mnie stopy… nie bolą kostki. Nie bolą kolana, ani biodra. Dałoby się znowu żyć. A można tylko spać.
1 2 »

Komentarze

22 VI 2021   23:29:47

"Za górami, w tym samym lesie" Ewa Kajtoch. Przeczytane z zapartym tchem!

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:edward.strun@gmail.com'>Edward Strun</a>

Sześć oktaw
Edward Strun

2 X 2021

Nerwowo zerkał na zegarek. Za chwilę Baron zadzwoni zaniepokojony brakiem wieści. Do obowiązków dilera należało zameldowanie szefowi o przebiegu każdej większej transakcji. A zlecenie opiewające na dwie bańki z pewnością do takich należało.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Nawet magia
Tomasz Grysztar

4 IX 2021

Po drugiej stronie tunelu zobaczyła Czarka oplątującego stworzenie całym pękiem korzeni. A potem w magicznym lesie zaczęło dziać się więcej, niż kiedykolwiek wcześniej, kiedy tam była. Drzewa kołysały się, jakby tańczyły. Z ziemi poderwało się mnóstwo liści i wszystkie zalśniły. Wzleciały setkami, może nawet tysiącami, ale i tak prawie ich nie ubyło na dole.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Opowieści starego nawigatora: Tylko nie z robotami!
Paweł Wolski

10 VII 2021

Na potrzeby zwiększonej grawitacji na HD 85512b naukowcy i farmerzy wypracowali miliardową populację nowych, trawożernych ras, muskularnych i niemal bezmózgich pięciotonowców na krótkich, silnych nogach. Poza rozlicznymi zaletami, miały jedną podstawową wadę: bez opamiętania żarły i rosły więc, no cóż… sami rozumiecie. Produkty ich przemiany materii trzeba było nieustannie z tej przemiłej planetki wywozić.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

O tacie, który miał dwie twarze
— Ewa Kajtoch

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.