Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 28 maja 2022
w Esensji w Esensjopedii

Jan Reizer
‹Wiatr był silniejszy›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorJan Reizer
TytułWiatr był silniejszy
OpisAutor pisze o sobie:
Autor urodził się w 1978 roku w Opolu. Ukończył studia i wyjechał z kraju. Pisze, marnuje czas z kolegami i pracuje. Lubi pisać i marnować czas z kolegami. Nie lubi pracować. Ma jakieś plany ale jeszcze nie dotarło do niego jakie. Denerwuje tym większość bliskich mu osób, które serdecznie pozdrawia.
Gatunekfantasy

Pogranicze: Wiatr był silniejszy

1 2 3 8 »
Świtało, gdy wypadli nagle spośród schowanych we mgle drzew. W ciszy przerwanej kilkoma zaskoczonymi głosami. Skupieni i żądni krwi jak stado wygłodzonych przedłużającą się zimą wilków. Bez zbędnych, mimo panujących ciemności, nawoływań i krzyków. Z wyciągniętą drapieżnie bronią i twarzami naznaczonymi brakiem litości.
Wyglądali jak legendarni jeźdźcy burzy, przemierzający nieboskłon. Bajkowy Dziki Gon, który zszedł na chwilę na zamgloną ziemię.
Tylko że oni byli tutaj naprawdę. I miało być dużo gorzej niż jest w legendach.

Jan Reizer

Pogranicze: Wiatr był silniejszy

Świtało, gdy wypadli nagle spośród schowanych we mgle drzew. W ciszy przerwanej kilkoma zaskoczonymi głosami. Skupieni i żądni krwi jak stado wygłodzonych przedłużającą się zimą wilków. Bez zbędnych, mimo panujących ciemności, nawoływań i krzyków. Z wyciągniętą drapieżnie bronią i twarzami naznaczonymi brakiem litości.
Wyglądali jak legendarni jeźdźcy burzy, przemierzający nieboskłon. Bajkowy Dziki Gon, który zszedł na chwilę na zamgloną ziemię.
Tylko że oni byli tutaj naprawdę. I miało być dużo gorzej niż jest w legendach.

Jan Reizer
‹Wiatr był silniejszy›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorJan Reizer
TytułWiatr był silniejszy
OpisAutor pisze o sobie:
Autor urodził się w 1978 roku w Opolu. Ukończył studia i wyjechał z kraju. Pisze, marnuje czas z kolegami i pracuje. Lubi pisać i marnować czas z kolegami. Nie lubi pracować. Ma jakieś plany ale jeszcze nie dotarło do niego jakie. Denerwuje tym większość bliskich mu osób, które serdecznie pozdrawia.
Gatunekfantasy
„Uwiłem wokół siebie kokon. Nadchodzącym latom pozostawiam troskę o to, co zeń wyjdzie – barwny motyl czy larwa”.
Caspar David Friedrich
1.
Pogranicze. Ostatni skrawek Imperium. Przysłowiowy koniec świata.
Przybyliśmy tam z wielu miejsc. O niektórych w ogóle nie słyszałem. Niektórych nie podejrzewałbym, że istnieją. Zbieranina wyrzutków, skazańców i życiowych uciekinierów.
To już tylko historia, jedna z wielu, ale wszystkie historie muszą mieć swój początek. Ta równie dobrze mogła się zacząć wtedy.

To był długi, zimowy wieczór, pełen sypiącego za oknem śniegu oraz ciepła dogasającego w palenisku ognia.
– To jak to było z tobą?
– Kiedy najbliżej otarłem się o śmierć?
– Aha.
– To nie mamy już lepszych tematów?
– Daj spokój, zaraz zasnę. Teraz twoja kolej. Po historyjkach Żerdzi wszystko będzie lepsze.
– Hej, to szczera prawda. Tych marynarzy było sześciu.
Przerwał mu szereg głośnych ziewnięć. Słomka zamrugał i kiwnął do mnie zachęcająco głową.
– Opowiadaj.
Westchnąłem. To był nudny wieczór i wszyscy leżeli albo grali w karty, albo snuli rozmaite opowieści. Atmosfera była senna, a większość i tak przysypiała. Na zewnątrz królowało zimowe popołudnie i szybko robiło się ciemno.
– No dobra – zacząłem. – To miał być zwykły patrol, niedługo po tym jak się zaciągnąłem z Egerem do imperialnych. Byliśmy wtedy koło Trzcin. Wtedy też tak padało jak dzisiaj. Pogubiliśmy się w zamieci i nagle zostałem sam. Kiedy pogoda się uspokoiła okazało się, że partyzanci też się pogubili i nagle spotkaliśmy się w środku nocy. Stał zmarznięty tak samo jak ja i chociaż widziałem, że z chęcią poderżnąłby mi gardło, powiedziałem głośno, że to nie ma teraz sensu i musimy sobie pomóc. Posłuchał. Wykopaliśmy więc dziurę w śniegu i siedzieliśmy tak plecy w plecy. Po środku największej śnieżycy jaką widziałem.
Za zabitym od wewnątrz oknem padał mokry, gęsty śnieg. Zima na Pograniczu zawsze była czymś wyjątkowym i niepowtarzalnym. Tak jak gdyby sama przyroda uparła się, żeby bić tutaj rekordy. Zaspy już sięgały okien Stanicy.
Stanica to nasz dom. Jej stare, drewniane ściany, mimo wiecznie wiejących wiatrów, nadal stały i dawały nam schronienie przed przeraźliwym zimnem.
Na szczęście w środku było w miarę ciepło. Pomieszczenie było oświetlone przez kilka świec. Siedzieliśmy przy stole popijając ciepłe piwo i grając w oko.
– Rozdajesz – Bielmo pchnął do mnie karty. Kiwnąłem głową.
– Dzieląc się resztkami własnego ciepła – kontynuowałem. – Rano śnieg przestał już sypać. Świt był cichy i spokojny, ale z powodu mrozu żaden z nas nie był w stanie wstać i dobić drugiego. Więc dalej tak siedzieliśmy, głodni i przymarznięci do siebie.
Żerdzie wyrzucił damę. Pociągnąłem ją i wyrzuciłem króla. Słomka pociągnął nosem. Wyszczerzył zęby i mrugnął do mnie.
– I w końcu ruszyliśmy się chyba tak w południe, jednocześnie, bez słowa, krzywiąc z wysiłku twarze. I tak jak poprzedniego dnia stanęliśmy na przeciwko siebie. Pamiętam, że miałem dłoń przymarzniętą do rękojeści i przy każdym gwałtownym ruchu skóra zostawała na niej płatami. Staliśmy, patrzyliśmy sobie w oczy – sięgnąłem po leżącą kartę. – Każdy z nas czekał na ruch tego drugiego.
Jedna ze świec zaskwierczała i strzeliła tłuszczem. Szczeniak zapatrzony w moją twarz wyglądał na przejętego albo chciał się podlizać.
– I co?
– Graj, Szczeniaku – mruknął Bielmo.
– I nic – odechciało mi się już mówić. Wyłożyłem się. Szczeniak też położył przed sobą karty. – Może jeszcze tam leży.
Zrobiło się cicho.
– Cholera – powiedział Słomka i rzucił swoje karty w stronę Wiosła. – Przegrałem. Rozdajesz.
– Widziałeś kiedyś jak para unosi się znad zwłok w mroźny poranek? – zapytałem Szczeniaka, gdy siedział zamyślony i wpatrzony w drzwi od budy, w której przebywaliśmy od kilku dni.
– Nie. – Zdążył już zobaczyć dużo rzeczy. To było mu jeszcze darowane. Był tu nowy. Dopiero od miesiąca.
– Nigdy tego nie zapomnę, właśnie tego – kiwnąłem głową. – I tego, jak ogrzewałem sobie w niej ręce.
Spuścił głowę i popatrzył na swoje dłonie. Ktoś się roześmiał. Dokuczanie Szczeniakowi, obok gry w karty, stało się ostatnio naszą ulubioną rozrywką. Zasypane szlaki nie były dla nas przeszkodą nie do pokonania. Niewielu decydowało się jednak na podróże. Poprzednik Szczeniaka zamarzł niedaleko stąd, gdy wracał pijany z wioski.
– Nie przejmuj się – wstałem. Wiosło protekcyjnie poklepał go po ramieniu.
– Jakby co, to cię zawołamy – uśmiechnął się. – Ty rozdajesz, Szczeniaczku.
Wstałem od stołu i przeciągnąłem się, szeroko rozkładając ramiona. Gdy zaczęli następną kolejkę, moje miejsce zajął jeden z nielicznych widzów.
– Mam nadzieję, że pójdzie ci gorzej – powiedział do niego słodko Słomka.
Poszedłem szukać Egera.
Spał w ciemnym pokoju na sienniku. I śnił.
Wyszedłem i cicho zamknąłem drzwi.

Czasem lepiej jest zapomnieć prawdę. Zostawić ją gdzieś daleko i zwyczajnie zapomnieć. Nie powiedziałem im wtedy jak było naprawdę.
I nigdy już nie powiem.
To miał być rutynowy patrol, na który pojechałem bez Egera. Kilka miesięcy po tym jak się obaj zaciągnęliśmy. Początkowo służba była znośna, a potem przyszła zima. Buntownicy zaszyli się w swoich kryjówkach i czekali na wiosnę.
Tak więc miał to być kolejny rutynowy patrol. Burza śnieżna przeszła bokiem i zaczęliśmy wracać do obozu. W pewnym momencie, gdzieś w połowie drogi, wiatr niespodziewanie zawrócił i rozpętało się białe piekło.
Nagle plecy idących przede mną zniknęły mi z oczu i zgubiłem się, stojąc pośród przewalającego się śniegu i wiatru. Szybko okopałem się i czekałem, bo nie było sensu nikogo szukać, dopóki pogoda się nie uspokoi.
Gdy wszystko ustało, była już noc, a wokół mnie rozpościerała się skrząca od promieni księżyca pustynia lodu. Temperatura spadała z sekundy na sekundę i wiedziałem, że jeśli nie stanie się cud to będzie po mnie.
Znalazłem ich, chwilę później, leżących nad zamarzniętym strumieniem. Niedaleko spod lodu wystawał łeb konia. Oparłem o niego przemoczony but i rozejrzałem się.
Natknęli się na rebeliantów. Dwa zagubione patrole weszły na siebie pośród zamieci, w której nie było widać niczego na wyciągnięcie ręki.
Szansa jedna na milion. Tym razem fortuna zakpiła sobie ze wszystkich.
Jeden z tamtych zdradzał jeszcze oznaki życia. Gdy tak chodziłem znowu zaczęło prószyć. Najpierw powoli, potem coraz bardziej i bardziej. W końcu niebo zniknęło za szarzejącą zasłoną.
Gdy opuściłem wzrok stał, chwiejąc się na nogach.
Celował do mnie i do moich braci bliźniaków, którzy za nic w świecie nie chcieli się zatrzymać. Charknął i wypluł trochę krwi.
Trzasnąłem go po nadgarstkach i na odlew. Upadł na twarz.
Uśmiechnąłem się, bo nagle zdarzył się mój cud i wiedziałem, co muszę zrobić, żeby przetrwać tę noc. Wykopałem głęboki dół w śniegu, zaciągnąłem go do tego dołu i czekałem.
Trwało to kilka godzin. Mordercze zimno pełzło ku mojej twarzy, żeby wyrwać z niej resztki ciepłego życia. Zwinięci jak płody leżeliśmy odwróceni do siebie plecami. Nadtopiony przez oddechy śnieg tworzył wokół nas lodową skorupę.
Leżał za mną i mówił. Coś, co musiało być historią jego życia. Niespójne momenty wycinane przez gorączkę i układane w całość, którą pojąć mogła tylko śmierć. Zmuszałem się do słuchania, żeby nie zasnąć. Straciłem czucie w większej części ciała.
Był moją ostatnią szansą. Jego krew była ciepła i chociaż potrzebowaliśmy jej obaj, nie mogło skończyć się inaczej.
Nad ranem, gdy ostatkiem sił wyczołgałem się spod zaspy, jeszcze żył. I wtedy dotarło do mnie, że to ja byłem jego śmiercią, i wtedy zrozumiałem, co mówił i kim naprawdę był, i co muszę zrobić żeby przetrwać, i chociaż był mi teraz bliższy niż wielu innych, wyciągnąłem nóż.

2.
– Skoro wróciłeś to rozdawaj – powiedział do mnie Bielmo.
Sięgnąłem po leżące przede mną karty.
Sama gra może znużyć. Nikt jednak nie gra po to, żeby przez całe godziny w skupieniu kontemplować swoje pięć zniszczonych kart. To coś więcej. To prawie rytuał. Chwila milczenia. Potem kilka rzuconych słów. Szukanie tematu.
Zaczęło się od marudzenia. Jak to zwykle bywa.
1 2 3 8 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Sin-ra
Anna Sikorska

2 IV 2022

Spróbowała odtworzyć w pamięci ich nieskładną wymianę zdań. Jej biedny, ranny symbiont nie mógł pomóc. Z zapamiętanych fragmentów wywnioskowała, że Gertrand pytał głównie o sin-ra. Wtedy złożyła to na karb ich obcości, faktu, że sami nie posiadali symbiontów, ale teraz…

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Opowieści starego nawigatora: Miasto Słońca
Paweł Wolski

15 I 2022

Tym razem jednak, kiedy na dany mi przez cicerone znak jednym ruchem ściągnąłem z Niespodzianki osłaniające ją płótno, pośród z górą dwóch tysięcy skupionych wokół rezydentów zapanowała absolutna cisza.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Wędrowny Teatr Lalek Jeremium Patajasz
Anna Robak-Reczek

18 XII 2021

Wystarczyło kilka nieznacznych ruchów, i snuła się historia. Młody chwilę patrzył na to, co robi mój towarzysz, a potem, nie odrywając od niego wzroku, wyjął z kangurzej kieszeni bluzy niedużą lalkę. Biedne to stworzenie po przejściach dołączyło nieśmiało do tej, którą trzymał stary. Nie wiem, kto kogo prowadził, ono chłopca, czy on je.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.