Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 4 grudnia 2021
w Esensji w Esensjopedii

Paweł Majka
‹Zimno się robi przed świtem›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorPaweł Majka
TytułZimno się robi przed świtem
OpisPaweł Majka urodził się i mieszka w Krakowie. Opowiadanie „Zimno się robi przed świtem” napisał dziesięć lat temu, ponieważ jednak w Krakowie czas płynie powoli, wiele się od tamtego czasu w jego życiu nie zmieniło. W najnowszej antologii wydawanej przez Fabrykę Słów – „Tempus Fugit” – ukaże się jego opowiadanie „Poświat”.
Gatunekgroza / horror, kryminał

Zimno się robi przed świtem

Mijam dwóch tajniaków. Zastanawiają się pewnie nad tym, co i cały Londyn. Każdy w tym mieście zasypia, rozważając czyje gardło zostanie poderżnięte, czyj miękki brzuch otwarty rzeźnickim nożem. Do moich uszu docierają i inne szepty. Niektórzy zastanawiają się, co robi na naszych ciasnych, brudnych ulicach elegancki czarny powóz. Whitechapel nie miewa takich gości. Oprócz… niektórych nocy.

Paweł Majka

Zimno się robi przed świtem

Mijam dwóch tajniaków. Zastanawiają się pewnie nad tym, co i cały Londyn. Każdy w tym mieście zasypia, rozważając czyje gardło zostanie poderżnięte, czyj miękki brzuch otwarty rzeźnickim nożem. Do moich uszu docierają i inne szepty. Niektórzy zastanawiają się, co robi na naszych ciasnych, brudnych ulicach elegancki czarny powóz. Whitechapel nie miewa takich gości. Oprócz… niektórych nocy.

Paweł Majka
‹Zimno się robi przed świtem›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorPaweł Majka
TytułZimno się robi przed świtem
OpisPaweł Majka urodził się i mieszka w Krakowie. Opowiadanie „Zimno się robi przed świtem” napisał dziesięć lat temu, ponieważ jednak w Krakowie czas płynie powoli, wiele się od tamtego czasu w jego życiu nie zmieniło. W najnowszej antologii wydawanej przez Fabrykę Słów – „Tempus Fugit” – ukaże się jego opowiadanie „Poświat”.
Gatunekgroza / horror, kryminał
W nocy…
Nie, nie pracuję w nocy. Nocą to miasto ożywa. Puby zapełniają się bardziej stałymi niż przypadkowymi klientami, coraz mocniej przerażone dziwki zachęcają ciągle tych samych klientów, coraz ciaśniej tłocząc się pod latarniami. Spóźnieni wracają do domów, trwożliwie rozglądając się po ocienionych zakamarkach. W nocy panuje tu większy ruch niż za dnia. Ludzie potrącają się, przeklinają nawzajem. Lada moment ktoś rozbije komuś łeb nad przegniłym od wilgoci stolikiem. Jakieś dziecko zostanie poczęte, inne puszczone Tamizą.
Ale strach jest obecny. Paranoja opanowała ich umysły, nadając cieniom na murach kształty potworów. Przy oświetlonych bladymi świeczkami stolikach mężczyźni wymieniają chrapliwym szeptem przerażające opowieści, których kobiety boją się słuchać. Minął sierpień, minął wrzesień, mija październik. To już prawie dwa miesiące, odkąd groza zamieszkała w Whitechapel. Nie spotyka się już na ulicach wesołych dziewcząt. Mary Ann była wesołą dziewczyną i nikt nie potrafił uśmiechać się równie pogodnie jak mała Annie. Elizabeth, niegdyś śliczna Elizabeth, już się nie uśmiechała. Każdy cień, każdy szelest wysyłał ją do krainy paniki, jak dziewczyny, na które pada właśnie cień mojej sylwetki. Chuda jak szkapa, piegowata Margaret pisnęła. Ich ochroniarz, wielki chłop rodem z Blackwall, któremu noga obcięta pod kolanem nie pozwala już grabić barek na Tamizie, wypada na ulicę z pałką w ręce. Rozpoznaje mnie i klnie dziewczyny. Dni są teraz bardziej wilgotne i znów rwie go w uciętej nodze. Mary Jane macha do mnie, jeszcze jedna! Dobrze, dobrze, Mary Jane, odwiedzę cię jutro. Prawda, że nie w nocy, ale w nocy pracujesz. Spotkamy się jutro. I pojutrze pewnie też.
Powiadają, że stary Remrick wrócił. Nawet niektórzy policjanci w to wierzą, choć nie ma już na świecie nikogo, kto pamiętałby tamte czasy. Peggy, siwiuteńka Peggy, opowiada czasem, że jej matka widziała kiedyś Remricka i osiwiała po tym spotkaniu. To stara historia, ale teraz Peggy łatwiej jest wciskać ją łatwowiernym i wyciągać za nią grosik lub dwa na tanie piwo. „Remrick Williams, opowiada, wyszedł z grobu i znów zabija. I tym razem nie zadowoli się byle trzydziestką. Zabije ich pięćdziesiąt, może sto?”.
Robi się coraz zimniej. Może trzeba będzie przerwać te nocne spacery, kiedy przyjdzie zima? No, ale nie do końca ode mnie to zależy. Najzimniej robi się tuż przed świtem, a on jest niestety właśnie moją porą. Przed świtem mgła ciągnie od doków, ulicami wracają podpici, zaspani mężczyźni. Policjanci robią się senni, nie dość czujni. Jeśli urywany krzyk uderzy w domy, ich mieszkańcy tylko przeklną tego, kto nie daje im spać. Nikt nie boi się świtu, wręcz przeciwnie – wszyscy wyczekują nań z utęsknieniem. Wstaje słońce, groza kładzie się do snu. W dziennym świetle można nawet pozwolić sobie na grubiański żart o rozprutym brzuchu. Jakże radować się mogą ci, którzy doczekają dnia!
Lecz na godzinę przed świtem wszystko wygląda inaczej. Ciągle jeszcze mrok włada Whitechapel. Mgła czołga się ulicami, ludzie nie zauważają się nawzajem. Jest ciemno, zimno i ślisko. Łatwo potknąć się, poślizgnąć… I większość jest zbyt zmęczona, by się bać. W głowach ciągle jeszcze im szumi, myślą tylko o tym, by wreszcie rzucić się na byle jakie posłanie i zasnąć. Nie rozglądają się na boki, nie patrzą nawet jak idą, wiedzeni jedynie instynktem nieodmiennie a bezbłędnie prowadzącym ich, niemal bez udziału świadomości, do ciepłych kącików, do domów.
Czy można się dziwić, że wolę pracować właśnie wtedy? W porównaniu z moją porą, noc wydaje się wręcz przytulna.
Mijam dwóch tajniaków. Zastanawiają się pewnie nad tym, co i cały Londyn. Każdy w tym mieście zasypia, rozważając czyje gardło zostanie poderżnięte, czyj miękki brzuch otwarty rzeźnickim nożem. Do moich uszu docierają i inne szepty. Niektórzy zastanawiają się, co robi na naszych ciasnych, brudnych ulicach elegancki czarny powóz. Whitechapel nie miewa takich gości. Oprócz… niektórych nocy.
Ulice cichną, niewielu teraz przechodniów, nie słychać już śpiewów pijaczków. Czekam.
Bardzo powoli wędruję pustymi ulicami. Znam je już doskonale, ale uczę się ich na pamięć. Każdy kamień, każda dziura muszą zostać zapamiętane. Wtedy ja się o nic nie potknę.
Czasem zastanawiam się, jak by to było, gdyby…
Ilustracja: <a href=mailto:ortheza@wp.pl>Łukasz Matuszek</a>
Ilustracja: Łukasz Matuszek
I nagle, kiedy mam już pewność, że nie spotkam nikogo, w najbardziej zapomnianym z zaułków dwóch mężczyzn wyrasta jak spod ziemi. Spojrzenie wyższego zdaje się przewiercać mnie na wylot. Trwa to zaledwie chwilę, nie dłużej niż błysk noża podczas pełni, ale czuję się, jakby on już wiedział o mnie wszystko. Chłodny, wprawny wzrok myśliwego ocenił mnie i sklasyfikował. Czuję nieprzepartą ochotę, by odwrócić się i uciec, ale to oni odchodzą. Niższy pyta o coś, jego towarzysz odpowiada głosem, którego nie chcę już nigdy usłyszeć. Są za dobrze ubrani jak na Whitechapel, ale nie wyglądają jak policjanci. Może ten wyższy… Ale to tak, jakby przyrównywać wilka do pałacowych piesków. Jego wzrok… Niełatwo jest mnie przestraszyć, ale mam nadzieję, że nie spotkam go już więcej. Coś mi jednak mówi, że nie znaleźli się w Whitechapel przypadkowo.
A potem nadchodzi moja pora. Za jednym z zakrętów spotykamy się z mgłą. Pełznie na razie nisko, ale zaczyna się już wspinać po obtłuczonych murach domów. W pobliskiej knajpie uchylają się drzwi i dwóch mężczyzn, zataczając się, wychodzi na ulicę. Nie zauważają mnie i odchodzą tym swoim pełnym zadufania, chociaż chwiejnym krokiem. Dostrzegam cień kobiety w drzwiach. Szeptem rzuca za nimi przekleństwo i znika. Ona także mnie nie zauważyła.
Ruszam dalej. Niemal ocierając się o ściany, ściągam na siebie czar niewidzialności. Cała tajemnica tkwi w ubraniu odpowiednio dobranym do koloru tła. Prześladuje mnie jednak spojrzenie wysokiego mężczyzny. Może zrezygnować tej nocy, kiedy on czai się gdzieś tam? Ale nie. Przypominam sobie oczy Elizabeth. Panna Stride. A przed nią panny Nicholls i Chapman. One wszystkie miały coś takiego w oczach…
Prawie na niego wpadam. Nie zderzamy się tylko dlatego, że akurat się zachwiał i zaniosło go aż na drugą stronę ulicy. Jest potężny, olbrzymi. Kiedy uderzył w ścianę budynku, dom nieomal się zachwiał. A on właściwie nie poczuł uderzenia! Mamrocze pod nosem jakieś plugawe przekleństwa, a potem nagle wybucha śmiechem.
– O słodka Catherine! – wykrzykuje. – Królestwo za Catherine Eddowes!
Nie znam Catherine Eddowes. Co tam, nie muszę znać ich wszystkich. Ruszam za nim. Zgrywam się z rytmem jego kroków, co nie jest proste, bo trudno uchwycić krok pijaka. Mam już w tym jednak pewną wprawę. A jednak chybiam za którymś razem. Stukot moich obcasów jest niczym grzmot dla jego uszu. Odwraca się gwałtownie i ten ruch wytrąca go na moment z i tak chwiejnej równowagi. Nie mogę dostrzec jego oczu, ukrytych pod daszkiem wełnianej czapki, ale on zapewne mruży je, usiłując uspokoić rozkołysaną ulicę. Wreszcie może mnie ocenić i uspokaja się. Kto by tam się mnie bał! Na pewno nie on – wysoki, o szerokiej piersi, z zawadiackim kolczykiem w kształcie delfina w uchu. Uśmiecha się uwodzicielskim chłopięcym uśmiechem, którym już od niejednej musiał wyciągnąć za darmo to, na czym mogła trochę zarobić, macha mi – a może na mnie – i odchodzi.
Nie będzie lepszego momentu.
Podbiegam do niego szybko i uderzam pałką w tył głowy, nim zdąży się odwrócić, bo musiał usłyszeć mój pośpiech. Uderzam nie tak, by zabić, lecz tylko by ogłuszyć i dać sobie trochę czasu na skrępowanie go. Jeśli ktoś nas zobaczy, pomyśli, że po prostu go okradam albo męczę się z pijanym, usiłując zataszczyć go do domu. Ani jedno ani drugie nie stanowią w Whitechapel powodu do wszczynania alarmu.
Szybko dochodzi do siebie. Jest na razie zdezorientowany i zły, nie – przestraszony. Otwiera usta raczej do przekleństwa niż do wołania o pomoc. Mocny knebel tłumi każdy dźwięk, niezależnie od intencji.
Dopiero, gdy wyciągam nóż, próbuje się na mnie rzucić. Jest jednak skrępowany, a choć nie brakuje mu sił, nie boję się go. Nie jeden raz musiałam walczyć ze swoim pijanym mężem, kiedy taszczyłam go nad ranem do domu z knajpy. A on też był ciężki i potężny. Poszedł na dno jak kamień, w swoim czasie.
A dziś jest twój czas, kotku.
Ja też umiem otwierać brzuchy i podrzynać gardła. Przyjęłam więcej porodów niż jakakolwiek inna znana mi akuszerka, a ciąż usunęłam jeszcze więcej. Potrafię szybko uwinąć się ze swoją robotą. Tutejsze dziewczynki mają do mnie zaufanie, wystawiłyby mi najlepsze referencje.
Jeszcze tylko pożyczę trochę twojej krwi, maleńki. Mam wiadomość do przekazania.
Niedługo zrobi się jasno i ktoś znajdzie jego stygnące zwłoki i krwawy napis nad nimi:
„Trzy do trzech. Twój ruch, kochanie.”
Cios za cios. Creenshaw za Mary Ann, Bock za Annie i ten za Elizabeth. Z gazet dowiem się, jak się nazywał. Ech, te pismaki! Nadali imię i mnie. Nazywają mnie jego małżonką! Imię Jakubina nawet mi się podoba, ale to nazwisko!
No dobrze, „panie mężu”. Twoja kolej!
koniec
23 września 2006

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Części zamienne
Bohdan Waszkiewicz

30 X 2021

Na wybiegu dla lwów przebywał mój ulubiony kolega z pracy. Karmił z ręki ufnie podchodzące zwierzęta, coś cichutko do nich mówiąc i szczerząc w uśmiechu nienagannie białe zęby. Nawet pogłaskał po grzywie ogromnego samca, po czym z radością wręczył mu solidny kawał mięsa.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:edward.strun@gmail.com'>Edward Strun</a>

Sześć oktaw
Edward Strun

2 X 2021

Nerwowo zerkał na zegarek. Za chwilę Baron zadzwoni zaniepokojony brakiem wieści. Do obowiązków dilera należało zameldowanie szefowi o przebiegu każdej większej transakcji. A zlecenie opiewające na dwie bańki z pewnością do takich należało.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Nawet magia
Tomasz Grysztar

4 IX 2021

Po drugiej stronie tunelu zobaczyła Czarka oplątującego stworzenie całym pękiem korzeni. A potem w magicznym lesie zaczęło dziać się więcej, niż kiedykolwiek wcześniej, kiedy tam była. Drzewa kołysały się, jakby tańczyły. Z ziemi poderwało się mnóstwo liści i wszystkie zalśniły. Wzleciały setkami, może nawet tysiącami, ale i tak prawie ich nie ubyło na dole.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Miasto zawieszone w powietrzu
— Beatrycze Nowicka

Krąg zemsty ma swój koniec
— Magdalena Kubasiewicz

Esensja czyta: Lipiec 2016
— Miłosz Cybowski, Anna Kańtoch, Magdalena Kubasiewicz, Jarosław Loretz, Anna Nieznaj, Beatrycze Nowicka, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Bogowie, intrygi i statki kosmiczne
— Magdalena Kubasiewicz

Esensja czyta: Październik 2015
— Miłosz Cybowski, Joanna Kapica-Curzytek, Daniel Markiewicz, Joanna Słupek

Baśnie są prawdziwe
— Magdalena Kubasiewicz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.