Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 13 sierpnia 2022
w Esensji w Esensjopedii

Tomasz Grysztar
‹Czas na światło›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorTomasz Grysztar
TytułCzas na światło
OpisAutor pisze o sobie:
Jestem doktorantem matematyki na Uniwersytecie Jagiellońskim, a jednocześnie pracownikiem administracji tejże uczelni. Nie będę rozpisywał się na temat innych zainteresowań, bo pewnie nie zmieściłbym się w tych kilku zdaniach – wspomnę jedynie, że mniej lub bardziej udane opowiadanka pisuję od wczesnej młodości, ale to moja pierwsza próba podzielenia się czymś z nieco szerszym gronem odbiorców.
GatunekSF

Czas na światło

Dokładnie w tym samym momencie wnętrze kuli wypełniła ciemność. Nie towarzyszył temu żaden dźwięk ani inne efekty, po prostu w jednej chwili cała przestrzeń w środku stała się czarna jak smoła, uniemożliwiając obserwację zegarka.

Tomasz Grysztar

Czas na światło

Dokładnie w tym samym momencie wnętrze kuli wypełniła ciemność. Nie towarzyszył temu żaden dźwięk ani inne efekty, po prostu w jednej chwili cała przestrzeń w środku stała się czarna jak smoła, uniemożliwiając obserwację zegarka.

Tomasz Grysztar
‹Czas na światło›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorTomasz Grysztar
TytułCzas na światło
OpisAutor pisze o sobie:
Jestem doktorantem matematyki na Uniwersytecie Jagiellońskim, a jednocześnie pracownikiem administracji tejże uczelni. Nie będę rozpisywał się na temat innych zainteresowań, bo pewnie nie zmieściłbym się w tych kilku zdaniach – wspomnę jedynie, że mniej lub bardziej udane opowiadanka pisuję od wczesnej młodości, ale to moja pierwsza próba podzielenia się czymś z nieco szerszym gronem odbiorców.
GatunekSF
Kiedy przyjąłem zaproszenie Witka na prywatną prezentację jego najnowszego dokonania, nie zrobiłem tego wcale dlatego, że mam szacunek dla jego umiejętności doprawionych odrobiną szaleństwa (czy też, jak on by może wolał to określić, twórczego niepokoju). Zgodziłem się odwiedzić jego poddasze, które czasem bardziej przypominało poligon niż miejsce do zamieszkania (choć niektórzy studenci mogliby mieć inne zdanie), bo wiedziałem, że jak zawsze na pewno ma w lodówce zapas dobrego piwa, którym wspomagał się w przypadku szczególnie wymagających zadań – czyli praktycznie każdego wieczoru.
W rzeczy samej, gdy tylko pojawiłem się w jego drzwiach, uśmiechnął się (zapewne do swoich myśli) i w te pędy udał się do kuchni, by po chwili wrócić z dwoma butelkami i zaprosić mnie do pokoju. Od dawna nie było tu już żadnych standardowych mebli, nawet stara kanapa została przerobiona na osnowę dla skomplikowanej aparatury – Witek, gdy już sypiał, robił to przeważnie przedpołudniami na podłodze w kuchni.
– Cóż takiego udało ci się stworzyć? – spytałem, przeskakując nad kłębowiskiem rozciągniętych po podłodze kabli, by przysiąść na jednym z większych komputerów, które zwykły tu pełnić rolę stołków. Zaraz obok tego, na którym usiadłem, kolejne dwa stały jeden na drugim, oba bez ścian bocznych obudów, co umożliwiło mi podziwianie przedziwnych kart rozszerzeń własnej produkcji Witka, powtykanych w płyty główne. W środku jednego z komputerów leżał też banan – ale jako że nie był przykurzony jak cała reszta (ani nawet nadpsuty), miałem prawo przypuszczać, że nie był on niezbędnym elementem konstrukcji. Od przyglądania się tym elektronicznym fanaberiom oderwał mnie Witek, odpowiadając w końcu na moje pytanie:
– Tym razem to naprawdę nie byle co – powiedział z dumą, kładąc rękę na kulistej konstrukcji stojącej w centrum pokoju. Szkielet kuli nie był zbyt gęsty i przez luki w nim było widać, że jest ona niemal pusta w środku. Wewnątrz znajdował się tylko niewielki postumencik, a nim spoczywał całkiem zwykły zegarek na rękę. Za to na zewnątrz wyrastały z kuli grube sploty kabli, opadające w jeden wielki kłąb na podłogę, który z kolei skrywał jakieś dalsze części aparatury.
– Oto maszyna zdolna niemal zatrzymać czas – kontynuował z emfazą. – Oczywiście tylko w niewielkim obszarze przestrzeni. Tu, wewnątrz tej kuli.
– Niemal zatrzymać? – spytałem, akcentując pierwsze słowo. Mimo całego szacunku, jaki miałem dla wiedzy i umiejętności Witka, brzmiało mi to nieco zbyt niewiarygodnie. – Chcesz powiedzieć: bardzo spowolnić?
– Tak. Co więcej, zaraz będzie ci dane ujrzeć to na własne oczy – dodał z radością, a następnie pociągnął solidny łyk piwa z butelki, odstawił ją na podłogę i sięgnął do wnętrza kuli, wyciągając stamtąd zegarek. – Oto nasz świadek. Wskazuje, jak widzisz… pięć po szóstej… Czy też może wolisz dać swój, dla pewności?
– Nie, ten będzie w porządku – odparłem szybko. Do swojego nakręcanego zegarka byłem dość przywiązany, wolałem nie umieszczać go w żadnych tajemniczych maszynach. Choć, prawdę mówiąc, wcale nie byłem pewny, czy pozostając na mojej ręce, będzie on istotnie bezpieczniejszy. Wynalazki Witka jak dotąd raczej nie ulegały destrukcji, ale też żaden z wcześniejszych nie igrał sobie ze strukturą czasoprzestrzeni.
– Dobra – odparł tamten wesoło, odkładając zegarek z powrotem. Odszedł kilka kroków, odgrzebał wśród kabli coś w rodzaju pulpitu sterowniczego i beztrosko przerzucił kilka przełączników. Delikatny pomruk wydobył się spomiędzy przewodów, przechodząc po chwili w spokojne, jednostajne buczenie. Witek oparł palec o ostatnią wajchę. – Uwaga! – powiedział i dokończył dzieła.
Dokładnie w tym samym momencie wnętrze kuli wypełniła ciemność. Nie towarzyszył temu żaden dźwięk ani inne efekty, po prostu w jednej chwili cała przestrzeń w środku stała się czarna jak smoła, uniemożliwiając obserwację zegarka. Wstałem, by przyjrzeć się temu bliżej i stwierdziłem, że cokolwiek wypełniało teraz kulisty szkielet, było idealnie czarne – pod żadnym kątem nie dało się dostrzec choćby najmniejszego odbłysku światła od tej powierzchni. Witek tylko czekał na pytające spojrzenie, które na niego skierowałem i natychmiast pośpieszył z wyjaśnieniami:
– W środku czas zaczął teraz płynąć bardzo powoli w stosunku do zewnątrz. W szczególności światło, które wpada do wnętrza, zaczyna poruszać się dużo wolniej, więc dużo czasu zajmie mu, nim zdoła wydostać się na zewnątrz. Tak. Gdy pierwszy raz, wczorajszej nocy, zobaczyłem tę doskonałą czerń, wiedziałem już, że mi się udało.
Otworzyłem usta, jakby chcąc coś powiedzieć, ale zawahałem się. Coś mi nie zgadzało, nie byłem jednak w stanie uświadomić sobie, co właściwie. Postanowiłem dopomóc sobie sformułowanym powoli i z trudem pytaniem:
– Zaraz, to znaczy również, że do tego zegarka w środku, w tym krótszym czasie, który dla niego upłynie, dotrze wszelkie światło docierające z zewnątrz przez cały okres, gdy ta maszyna pracuje?
Witek zmarszczył nieco czoło, ale przytaknął.
– Tak – odparł. – Światło i… wszelkie inne promieniowanie. Skumuluje się. Racja! To tłumaczy ten błysk przy wyłączaniu.
Poczułem dumę. No proszę, przewidziałem coś, o czym Witek nie pomyślał?
– Zaraz, jak długo miałeś to włączone wcześniej? – spytałem.
– Krótką chwilę. Nie było po co trzymać dłużej, nie miałem niczego w środku. Poza tym… – skinął znacząco na kłębowisko na podłodze – to żre szczególnie dużo prądu.
– Może więc lepiej wyłączmy już. Jeśli się dużo skumuluje…
Wyobraziłem sobie przez chwilę człowieka, który chciałby w ten sposób przenieść się w odległą przyszłość. W chwili włączenia urządzenia, tak jak dla nas wnętrze kuli stało się czarne, tak dla kogoś wewnątrz wszystko wokół nagle rozbłysłoby siłą setek słońc. Koniecznym byłoby wobec tego idealnie ekranować wnętrze od wszystkiego, co może z zewnątrz wlecieć; nie tylko światła, lecz wszelkich możliwych rodzajów promieniowania wypełniających przestrzeń – niełatwe zadanie. W dodatku każda luka w osłonie zrodzić by mogła śmiercionośny promień ze światła sączącego się przez nią, a lekki podmuch powietrza z zewnątrz zdolny byłby stać gwałtowną falą uderzeniową… Przeszedł mnie dreszcz. Nie, nie dla mnie ta zabawa.
– Zaczekajmy jeszcze choć z minutę – powiedział Witek, w zamyśleniu skrobiąc brodę. – Żeby test z zegarkiem był wiarygodny.
– Jeśli zegarek to przetrzyma – mruknąłem. Ruszyłem w kierunku drzwi. – Ja na wszelki wypadek wolę być na zewnątrz, gdy będziesz to wyłączał.
– Czekaj! – Witek ruszył za mną, podnosząc swą cenną butelkę z podłogi. – Może i masz rację. Na korytarzu mam główny wyłącznik prądu. Kiedy odłączę zasilanie, reszta stanie się sama.
Wyszliśmy więc na korytarz i odczekaliśmy, aż wedle mojego zegarka minęło pięć minut od rozpoczęcia eksperymentu.
– Może lepiej było wygasić światła w środku? – spytałem nagle. Witek wzruszył ramionami.
– Już i tak za późno – powiedział i odłączył napięcie.
Światło na korytarzu zgasło, ale tym wyraźniej zobaczyliśmy błysk w szczelinie pod drzwiami do mieszkania. Głuchy huk doszedł nas zza ściany, ale po chwili została już tylko ciemność i cisza. Witek włączył prąd ponownie – szczęśliwie światło zadziałało – po czym wkroczyliśmy z powrotem do laboratorium.
– Niezła kumulacja – mruknąłem na widok tego, co tam zastaliśmy. Być może nagłe pojawienie się w tym samym miejscu wszystkiego, co tylko wpadło w zasięg kuli przez te kilka minut, spowodowało jakieś dodatkowe nieprzewidziane reakcje łańcuchowe. Wszędzie walały się porozrzucane wybuchem osmalone kawałki kabli (choć tak naprawdę niewiele to zmieniło w wystroju pomieszczenia), zaś po samej kuli nie było nawet śladu. A jednak w jej miejscu ciągle stał ów niewielki postumencik (odrobinę tylko zgięty), a na nim resztki zegarka. Skórzana rączka obróciła się w popiół, a plastikowa szybka stopiła się – mimo to wciąż widać było pod nią wskazówki.
Zegarek wskazywał dziesięć po szóstej – odmierzył tyle czasu, co i mój. Skierowałem na Witka swoje pytające spojrzenie.
– Może przesunęły się tak pod naciskiem wybuchu? – powiedziałem niepewnie. Doskonale jednak zdawałem sobie sprawę, jak nieprawdopodobnym byłoby to zbiegiem okoliczności.
Witek zaś stał i skrobał się po brodzie, co niezawodnie świadczyło o tym, że intensywnie myśli.
– Albo też maszyna nie zatrzymała wcale czasu, tylko stworzyła olbrzymią połać pustej przestrzeni wokół zegarka, ale tak zwiniętej, że zmieściła się tutaj – popuściłem wodze fantazji. – Po wyłączeniu ściągnęła się z powrotem wraz z nagromadzoną zawartością i…
Witek skrzywił się tylko, lecz nic nie powiedział.
– Pewnie zresztą wyszłoby na to samo, gdyby czas zatrzymał się tylko na powierzchni sfery, a nie w całej kuli – spekulowałem dalej, choć w istocie nie wiedziałem nawet, jaka była zasada działania jego maszyny.
– Mógł nadrobić zaległości w momencie wyłączenia – burknął w końcu Witek. – Wykrzywił palce, jakby próbując przedstawić jakąś zawiłą myśl czy też strukturę. – Fala czasowa… Muszę sprawdzić obliczenia. I zbudować jeszcze jedną… – bezwiednie począł zbierać skrawki kabli. – Może ten sposób wyłączenia… Trzeba sprawdzić.
– Fala czasowa? – uniosłem brwi, ale widziałem, że teraz od Witka się już wiele nie dowiem. Zbyt pochłonięty był myślą o nowych obliczeniach i odbudowaniu maszyny. Gdy kierowałem się do wyjścia, na chwilę zaledwie uniósł głowę znad sterty pomazanych koślawymi symbolami kartek. Wyraźnie było widać, że to tylko kwestia czasu, by był gotów do kolejnej demonstracji swego wynalazku. Przydałby mu się tylko jeszcze lepszy poligon.
koniec
20 lutego 2007

Komentarze

16 VII 2022   19:42:19

Niezłe opowiadanko. :)

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Lagasz. Za cenę krwi
Barbara Konopka

2 VII 2022

Hegal poszedł za radą Hassema, gdy odkrył w swym łożu jadowitego skorpiona. Poskromił pierwszy odruch lęku i odrazy. Potraktował to zdarzenie jak naturalną kolej losu, nieuchronność, która musiała się wydarzyć.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Sin-ra
Anna Sikorska

2 IV 2022

Spróbowała odtworzyć w pamięci ich nieskładną wymianę zdań. Jej biedny, ranny symbiont nie mógł pomóc. Z zapamiętanych fragmentów wywnioskowała, że Gertrand pytał głównie o sin-ra. Wtedy złożyła to na karb ich obcości, faktu, że sami nie posiadali symbiontów, ale teraz…

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Opowieści starego nawigatora: Miasto Słońca
Paweł Wolski

15 I 2022

Tym razem jednak, kiedy na dany mi przez cicerone znak jednym ruchem ściągnąłem z Niespodzianki osłaniające ją płótno, pośród z górą dwóch tysięcy skupionych wokół rezydentów zapanowała absolutna cisza.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Nawet magia
— Tomasz Grysztar

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.