Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 2 czerwca 2020
w Esensji w Esensjopedii

Piotr Mirski
‹Śmierć w mieście›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorPiotr Mirski
TytułŚmierć w mieście
OpisAutor pisze o sobie:
Rocznik 1987. Urodzony w Szczecinie, obecnie przegrywa swoje życie na UJotowskim filmoznawstwie. Fan Okocimia i horrorów.
Gatunekkryminał, realizm magiczny

Śmierć w mieście

1 2 3 4 »
Praca detektywa to wędrówka pająka posuwającego się po nieznajomej sieci. Biegnie się po jednej nici, a ta nagle urywa się i rozgałęzia na pięć innych. Moja nić była stosunkowo prosta i… gruba. Bo naprawdę grubej ryby personalia zapisane były na karteczce, którą wręczył mi mój klient.

Piotr Mirski

Śmierć w mieście

Praca detektywa to wędrówka pająka posuwającego się po nieznajomej sieci. Biegnie się po jednej nici, a ta nagle urywa się i rozgałęzia na pięć innych. Moja nić była stosunkowo prosta i… gruba. Bo naprawdę grubej ryby personalia zapisane były na karteczce, którą wręczył mi mój klient.

Piotr Mirski
‹Śmierć w mieście›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorPiotr Mirski
TytułŚmierć w mieście
OpisAutor pisze o sobie:
Rocznik 1987. Urodzony w Szczecinie, obecnie przegrywa swoje życie na UJotowskim filmoznawstwie. Fan Okocimia i horrorów.
Gatunekkryminał, realizm magiczny
Dla tej, dzięki której nie czuję się jak bohater poniższej historii
„Within the heart of each man that desireth death ringeth a psalm for His way upon earth”
Kriegsmaschine „Ma’aseh Bereshit”
Otwieram oczy. Zalegające pod skórą ropne grudki niczym ostrogi kłują przekrwioną, rozbieganą gałkę. Z deszczu pod rynnę. Z cuchnącego zgnilizną snu w szare szaleństwo codzienności.
On siedzi już na brzegu łóżka. Nie muszę obracać obolałej szyi, żeby zobaczyć, jak szczerzy do mnie połamane zęby i jak trzyma w ręku matowoszarą talię żyletek. Moje Samobójcze Ja.
Z deszczu pod rynnę.
– Dzień zły śpiący królewiczu. Może zagramy w wykrwawianie się na czas? Ty zaczynasz.
A potem w zagraconym pokoju rozbrzmiewa ten ociekający żółcią śmiech.
Śmiech szaleńca.
Najgorsze jest to, że to mój śmiech.
– No, co, maleńki? Tonący brzytwy się chwyta, nie?
Trzęsąc się, porywam stojącą na nocnej szafce fiolkę z moim lekarstwem. Zakrętka przez jedną setną sekundy przykleja się do spoconej dłoni, po czym bezgłośnie upada na podłogę. Trzy białe pastylki wśród plastikowego rzegotania wysypują się na łóżko. Szybko je zgarniam i podnoszę do ust.
– Brawo! Otrucie się lekarstwami to też całkiem dobry pomysł. Jak ja kocham twoje tchórzostwo!
Łyk obrzydliwie ciepłej wody. Gula, która płynie przez gardło aż do morza soków trawiennych. Samobójcze Ja rozpływa się w oceanie chemicznej ulgi.

Zapalam papierosa i upijam trochę piwa z kufla. Jak za dotknięciem magicznej różdżki czas zwalnia, a przestrzeń gęstnieje. Nikotynowy dym z lekka okręca się wokół mnie niczym podarty, ślubny welon, a ja przełykam gorzko-zimny sopel i przez chwilę jest mi naprawdę dobrze. Nietrwała nirwana drobnych nałogów.
Nadchodzi mój klient. W barze wszystkie kształty rozmywają się w półmroku i świetle świec, ale i tak z daleka widzę, że jest piękny.
Nie, nie piękny – metroseksualny – ciotowaty.
Piękny – szlachetny, piękny – męski.
Jego rysy są jak diament. Gardzą takimi miejscami, w których każdy po kilku głębszych przyjmuje perspektywę astygmatyka. Są szkicem wydrapanym na szkle rzeczywistości.
Jest jednym wielkim, 180-centymetrowym i złotowłosym zbiorem antytez. Piękny/szorstki, twardy/delikatny, szalony/opanowany.
Ideał. Pierdolony Superman.
Nienawidzę go.
Wymieniamy uściski. Przez moją dłoń jak wibrujący prąd przepływają: siła, witalność i zdecydowanie. Niczym bąbelek szampana pryska alkoholowo-kameralna atmosfera bezpieczeństwa. Przez chwilę czuję się taki, jaki jestem naprawdę: zaniedbany, wychudzony, zgryźliwy.
I nieszczęśliwy.
Chcę powiedzieć: „Dopiero podaliśmy sobie dłonie, a już cię, chuju, nie znoszę”.
Mówię jednak:
– Witam. Mam nadzieję, że nie miał pan problemu z odnalezieniem tego miejsca.
Bar „Rozbite szkło” to jedno z TYCH miejsc. Tu ludzie popełniają samobójstwa, zapijają się, umierając we własnych rzygach, wykonują wyroki i przede wszystkim gniją w swoim przegranym niby-życiu. Na drzwiach powinien wisieć napis: „Nie dla pięknych ludzi”.
Obecnie siedzi tu oprócz mnie dokładnie trzech gości. Jeden leży już z głową w zupie, drugi w transie łupie się szklanką w czoło, trzeci – z sykiem palonej skóry – gasi sobie właśnie peta na ręku. Jest jeszcze tłusty barman w asyście dość zużytych, lokalowych dziwek. Po prostu miejsce „Nie dla pięknych ludzi”.
– Nie, nie, na szczęście obyło się bez jakichkolwiek komplikacji – mówi i serwuje mi uśmiech wyszlifowany na błysk kopalnianego diamentu.
Siedzimy. Dym marki Marlboro zwija się w spiralę niczym smok z chińskiego karnawału. Cisza. Nieprzyjemne, irytujące milczenie. W takich chwilach cieszę się, że jestem palaczem.
Uśmiecha się znowu.
– Zlecenie jest proste.
Zaciągam się. Niech gada.
– Szukam śmierci.
– Jak my wszyscy.
Błysk zębów. Nie ma już w tym czaru, zagadki czy też uprzejmości filmowego amanta. Szczerzy się teraz do mnie stary i – co najgorsze – wygłodniały, cwany wilk.
– Śmierć jest w mieście. Więcej pan nie musi wiedzieć. Dam panu teraz karteczkę z nazwiskiem człowieka, którego musi pan odnaleźć. A potem…
Posmarowane śliną kły rozwierają się powoli. Boże, on chyba zaraz zacznie wyć!
– …a potem niech pan popłynie z falą.
Kładzie na brudnym blacie biały skrawek papieru oraz zaliczkowy zwitek i wychodzi. Kończę papierosa, a dopalający się żar parzy moje usta i język. Nie sprawdzam kwoty ani nazwiska mojego celu. Mam jeszcze na to czas.

Patrzę z dachu wieżowca na toczone przez bezsenność miasto. Pokryte liszajami paluchy bloków wskazują na blade gwiazdy. Zza wstęg dymu i bielma mgły dobiegają mnie dławiące echa życia. Wszystko to jest jak brudny, przekrzywiony neon, na który naszczał pies albo pijak.
Pociągam łyk wódki.
Myśli rozbiegają się niczym stado spłoszonych myszy.
…to trochę jak z narkotykami. Ciągle myślisz, że wszystko OK, ale niepostrzeżenie zapadasz się w zimnym śnie alienacji. Społeczna katatonia. Najgorsze jest to, że kiedy przekroczysz tę linię, to wcale już nie chcesz wracać. Mówisz sobie, że tak też da się wytrzymać, że to kwestia priorytetów, że inaczej nie znaczy gorzej. Ale życie to życie. Musi być żywe.
Pociągam łyk wódki.
Przygryzam zdrętwiały język.
…ale ty się nie przejmujesz. Nie czujesz bólu i to się liczy. Dopiero potem przekonasz się, że tak naprawdę nie czujesz już nic. Między spokojem a apatią jest bardzo cienka granica. Oczywiście zawsze przychodzi chwila olśnienia. Smutnego i przytłumionego jak skacowany poranek. Ale jest już za późno, bo to, co cię gnębi, to rak. Nieubłagany nowotwór umysłu, którego nie jesteś w stanie wyciąć. Możesz tylko pić. Albo się zabić.
Pociągam łyk wódki. Żołądek odpowiada bólem i odruchem wymiotnym. Krzywię się i przełykam alkoholową żółć jak najgorsze z lekarstw. W przeciwieństwie do mojego organizmu lubię pić. Wiem, że moje ciało już niedługo weźmie na mnie krwawy odwet. Wiem, że za kilka godzin obudzę się z głową zaklinowaną w zarzyganym kiblu i mięśniami zamienionymi w mokre szmaty. Wiem też, że będę miał wtedy ochotę rozbić łazienkowe lustro i kawałkami szkła wypruć sobie ślepe od bólu bebechy. Trudno. Ktoś powiedział, że picie wódki to wojna. W pełni się z tym zgadzam.
Gdzieś z tyłu pojawia się moje Samobójcze Ja. Jest jak rekin – kiedy poczuje zapach alkoholu, podpływa bezszelestnie i krąży wokół mnie w głodnym oczekiwaniu. Znam jego myśli – przecież dzielimy tę samą głowę. Gdzieś pod czaszką, tuż za oczami, słyszę jego hipnotyzujący szept.
– Patrz… jaka duuuuuuża wysokość. I jaki śliski dach. O, i jaka bliska krawędź. Wiesz, o czym myślę?
– Wiem.
Pociągam łyk wódki.
Myślę o niej.
Pierdolnięta, dekadencka artystka. Nie jadała mięsa, medytowała, kładła się wcześnie spać, ale ćpała na potęgę. Dla sztuki rzecz jasna. O trzeciej nad ranem potrafiła wyślizgnąć się spod mojego ramienia i ze sterczącymi od chemii sutkami malować obraz. Miała czarne włosy. Uśmiechała się tylko ustami. Zęby miała ładne, ale tak jakoś się przyzwyczaiła. I lubiła chodzić do kina. Ze mną. I…
I pociągam łyk wódki.
Jeszcze raz.
I jeszcze raz.
I je-szcze r-az…..

Praca detektywa to wędrówka pająka posuwającego się po nieznajomej sieci. Biegnie się po jednej nici, a ta nagle urywa się i rozgałęzia na pięć innych. Moja nić była stosunkowo prosta i… gruba. Bo naprawdę grubej ryby personalia zapisane były na karteczce, którą wręczył mi mój klient. Biznesmen, filantrop, artysta. Jego nazwisko uświetniało niegdyś wszystkie programy informacyjne. Uświetniało, bo potem zniknął. Nie, nikt go nie porwał ani nie zaginął podczas jednej ze swoich wypraw do egzotycznych krajów. Po prostu nagle zrobił krok do tyłu i zszedł z oświetlonej jupiterami sceny. Jego firmy, fundacje, wydawnictwa funkcjonowały dalej, ale on ograniczył się jedynie do roli niewidzialnego suflera. Tak przynajmniej myślano. Chodziły też pogłoski o rzekomej depresji, w którą wpadł po śmierci żony. Sprawa była zresztą dość głośna – z przewlekłej choroby tej biedaczki zrobiono show, a sam małżonek nieraz pojawiał się w tv z zatroskaną, martwą twarzą.
Tak jak pająk wyszukuje odpowiednich połączeń w sieci, tak i detektyw potrzebuje odpowiedniej ilości kontaktów. Czasami wszystko sprowadza się do kilku telefonów. Na szczęście i tym razem nie było inaczej. Zawsze jest ktoś, kto wisi ci przysługę, kogo wyciągnąłeś z tarapatów, a tych w półświatku jest pełno.
1 2 3 4 »

Komentarze

18 XII 2009   19:34:11

właśnie tak chciałabym pisać...
świetnie się czyta.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Nocna parada stu demonów
Wiktor Orłowski

16 V 2020

Dzięki kosztownym podarkom dotarłam do młodego pomocnika doktora Kaname, który przyparty do muru (nie będę opowiadać Ci, jak nakłoniłam go do zwierzeń – dobrze to wiesz, wszak jestem gejszą) wyznał, że pewnej deszczowej nocy pomógł swemu zwierzchnikowi opatrzyć Biwako. Tę słodką, piękną dziewczynę okrutnie okaleczono, rozcinając nożem kąciki ust. Obrzydliwy „uśmiech” sięgnął ponoć aż do uszu, Biwako straciła tak dużo krwi, że obawiano się, czy zachowa życie.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Oszołomek
Hubert Fryc

25 IV 2020

Przecież przystojny jestem chłop, niestary i prawdomówny, bo dupy z gęby nie robię, i robotny jestem, mam pole i konia, i siłę w rękach, że mógłbym podkowy łamać, ale nie łamię, bo niby po co, przecież głupi nie jestem, żeby na pokaz odstawiać ceregiele. I mógłbym mieć każdą, nie ino Martę, ale też sołtysównę albo i jakąś miastową pannę, na przykład córkę ministra albo i samego sekretarza.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Jeszcze jeden do normy
Marcin Orliński

7 III 2020

W odległym o kilkanaście metrów rowie ruszał się człowiek, czy może raczej to, co z niego zostało. Sławek wcześniej go nie zobaczył, bo przesłaniały mu okoliczne krzaki. Skórę miał bladą, niemal przezroczystą, tak, że można było idealnie zobaczyć jego nabrzmiałe żyły, a oczy niemal wychodziły mu na wierzch. Jeżeli to nie stanowiłoby wystarczającej wskazówki, ziejąca w szyi krwawa dziura i brak kawałka prawego obojczyka nie budziły wątpliwości. Ani chybi kolejny sztywny.

więcej »

Polecamy

Wkrótce

zobacz na mapie »
Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.