Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 24 kwietnia 2019
w Esensji w Esensjopedii

Michał Cholewa
‹Studnia›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorMichał Cholewa
TytułStudnia
OpisAutor pisze o sobie:
Rocznik 1980, zamieszkały w Świętochłowicach. Z wykształcenia matematyk, z zamiłowania takoż. Członek Śląskiego Klubu Fantastyki, miłośnik George’a R.R. Martina, Lema i Zelaznego. I marcepanków. Właściwie to słodyczy w ogóle.
GatunekSF

Studnia

1 2 3 »
W całkowitej ciszy próżni odskoczył luk narzędziowy patrolowca, wypuszczając w przestrzeń niewielką sondę. Dwie sekundy później na jej końcu wykwitł błękitny ogień silnika jonowego i urządzenie oddaliło się od jednostki macierzystej. Szerokopasmowy nadajnik zaczął natychmiast słać w przestrzeń ciągły sygnał identyfikacyjny, znacząc miejsce, gdzie „Mewa” bezdźwięcznie nurkowała w stronę swojej zdobyczy.

Michał Cholewa

Studnia

W całkowitej ciszy próżni odskoczył luk narzędziowy patrolowca, wypuszczając w przestrzeń niewielką sondę. Dwie sekundy później na jej końcu wykwitł błękitny ogień silnika jonowego i urządzenie oddaliło się od jednostki macierzystej. Szerokopasmowy nadajnik zaczął natychmiast słać w przestrzeń ciągły sygnał identyfikacyjny, znacząc miejsce, gdzie „Mewa” bezdźwięcznie nurkowała w stronę swojej zdobyczy.

Michał Cholewa
‹Studnia›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorMichał Cholewa
TytułStudnia
OpisAutor pisze o sobie:
Rocznik 1980, zamieszkały w Świętochłowicach. Z wykształcenia matematyk, z zamiłowania takoż. Członek Śląskiego Klubu Fantastyki, miłośnik George’a R.R. Martina, Lema i Zelaznego. I marcepanków. Właściwie to słodyczy w ogóle.
GatunekSF
Nieznany statek błyszczał zielono w oku radaru, sześć jednostek od krawędzi. Rogov powoli przesunął przepustnicę, uruchamiając wsteczny ciąg. Kilkanaście wskaźników w kokpicie zatańczyło na podziałkach, kiedy z ledwie wyczuwalnym drżeniem kadłuba „Mewa” rozpoczęła decelerację.
– Jedenaście jednostek… Mam sygnał identyfikacyjny – Mitchell był niemal dziecięco podniecony. – Straszliwe zniekształcenia – skrzywił się lekko, wpatrzony w monitor.
– Coś konkretnego? – Rogov przebiegł wzrokiem po ekranach w swojej części kabiny. – Lepiej żeby coś wartego ryzyka balansowania na krawędzi studni…
W przeciwieństwie do młodszego kolegi odczuwał emocje zupełnie innego rodzaju. Doświadczenie tysięcy godzin wylatanych na patrolach dawało mu bardzo ponurą wiedzę o szansach na stuprocentowo pomyślną akcję ratunkową w przestrzeni. Mitchellowi nie tylko brakowało tej wiedzy, ale dodatkowo głowę miał wypełnioną historiami o bohaterskich załogach patroli ratujących dziesiątki oczekujących na pomoc statków. Starszy pilot Maksym Rogov miał za sobą pięć akcji ratunkowych – wymagały od niego nie tylko decyzji, po których nadal kłuły go wątpliwości, ale też kosztowały życie poprzedniego nawigatora. Dlatego – wbrew temu, co mogłyby sugerować stopień, doświadczenie i opinie przełożonych – zwyczajnie się bał. Wyszkolenie pozwalało mu jednak zepchnąć ten strach gdzieś poza świadomość, podczas gdy drobnymi drgnięciami ręki na przepustnicy zmieniał po raz kolejny ciąg ponadtysiąctonowej „Mewy”, wchodzącej właśnie w strefę „żółtego alarmu” grawitacyjnego.
Krawędź poniżej piętnastu jednostek, ostrzegała kontrolka. Ledwie tyle dzieliło ich od punktu, w którym własne silniki nie wystarczą do ucieczki z bezlitosnego uścisku kolapsara. I nadal zostawało dziewięć jednostek do statku tkwiącego nieruchomo na ekranie radaru.
Mitchell przebiegł palcami po klawiaturze komputera, wpatrując się w długie słupki liczb pojawiających się na monitorze. Kilkoma komendami zmienił je w linie wykresów, potem w znaki alfanumeryczne. Kolejne polecenie wyświetliło na ekranie raport. Nawigator uniósł brew, wpatrując się w dane.
– Mamy spory łup, Maksym. Lekki niszczyciel „Banshee” – uśmiechnął się promiennie, widząc zaskoczenie Rogova. – Wojskowy ptaszek, proszę, proszę.
– Co on tu w ogóle robi? – Pilot podrapał się po kilkudniowym zaroście. – Trochę daleko od granicy…
– Nie mam pojęcia – Mitchell wzruszył ramionami. – Tak czy inaczej, wzywa pomocy. Muszą mieć niezłe kłopoty, jeśli nie potrafią się wyrwać własnym napędem. Ciekawe, co się stało…
– I czy to coś nie jest nadal w pobliżu – Maksym Rogov przygryzł wargę. – Wolałbym nie wchodzić temu w drogę. Sprawdź, czy możemy sobie pozwolić na czekanie na wsparcie.
– Sprawdzam… – Andy Mitchell zupełnie nie rozumiał asekuranctwa dowódcy, ale posłusznie wprowadził kilka kolejnych informacji do komputera. Skrzywił się lekko, patrząc na wynik. – Mamy dwanaście godzin naszego czasu. Baza wyśle patrolówki za trzy… Nie zdążymy. Zanim tu dolecą, ten ptak przeskoczy nad krawędzią i nic go już nie wyciągnie. Obawiam się, że to chyba wyłącznie nasza sprawa.
Rogov przewrócił oczami, słysząc wyraźną radość bijącą z głosu chłopaka. Dzieciak nie chce się z nikim dzielić chwałą…
– Takie życie… Starszy pilot Maksym Rogov – rzucił w stronę mikrofonu logu pokładowego. – Godzina siedemnasta zero trzy czasu Cerberusa, wkraczamy w strefę zagrożenia grawitacyjnego w akcji ratunkowej. Celem jest lekki niszczyciel „Banshee”.
– Nawigator Andrew Mitchell, potwierdzam decyzję dowódcy. – Mitchell nacisnął kilka przycisków. – Strzelam boję, pozwolenie?
– Udzielam. – Rogov zmniejszył ciąg, starając się nie zwracać uwagi na mrugające ostrzeżenie alarmu grawitacyjnego.
Na ekranie radaru „Banshee” spadała w nieskończoną przepaść studni.
• • •
W całkowitej ciszy próżni odskoczył luk narzędziowy patrolowca, wypuszczając w przestrzeń niewielką sondę. Dwie sekundy później na jej końcu wykwitł błękitny ogień silnika jonowego i urządzenie oddaliło się od jednostki macierzystej. Szerokopasmowy nadajnik zaczął natychmiast słać w przestrzeń ciągły sygnał identyfikacyjny, znacząc miejsce, gdzie „Mewa” bezdźwięcznie nurkowała w stronę swojej zdobyczy.
Mężczyźni w milczeniu wpatrywali się we wskaźniki. Jedna za drugą przepływały cyfry na ekranie dalmierza, w miarę jak idąca średnim ciągiem „Mewa” pochłaniała dystans dzielący ją od niszczyciela. Od rozpoczęcia akcji minęło sześć minut – niemal godzina dla dyspozytora z bazy i ponad kwadrans dla wystrzelonej niedawno boi. Zbliżanie się do pola grawitacyjnego kolapsara miało jeszcze zwiększyć te różnice, ostatecznie rozciągając całą akcję ratunkową – z punktu widzenia bazy – do kilku dni.
Skupiony na wariującej tak blisko kolapsara telemetrii Rogov drgnął lekko, kiedy lampka alarmu grawitacyjnego zmieniła kolor na czerwony.
Poniżej pięciu jednostek do krawędzi.
– Dystans do celu?
– Sześć setnych – Mitchell zerknął na dalmierz. Starał się, by jego głos zabrzmiał normalnie. – Hamowanie za cztery… trzy… dwa… jeden…
Rogov odczekał, aż odliczanie osiągnie „zero”, i przesunął dźwignię przepustnicy na „całą wstecz”.
Patrolowiec zadygotał, zatrzymany nagle w swoim upadku. Jęknęły systemy tłumienia inercji, kiedy tysiąc ton metalu robiło wszystko, by gwałtowna zmiana przyspieszenia nie zaszkodziła kruchym ludzkim istotom wewnątrz.
– Jedna setna, zbliżamy się. Spróbuję wyłapać śluzę, jak tylko będziemy blisko. Komunikaty? – Pilot wpatrywał się nieruchomo w komputerowy obraz celu i błękitne linie znaczące przewidywany korytarz podejścia.
– Poza identyfikacją, cisza.
– Zrozumiałem. – Precyzyjnymi ruchami Maksym prowadził „Mewę” po wyznaczonym przez komputer torze. – Podejście czyste, przynajmniej według radaru.
Wskaźniki dalmierza przed oczyma pilota zatańczyły i zmieniły się, kiedy komputer próbował wziąć poprawkę na zakłócenia związane z polem grawitacyjnym kolapsara. Rogov westchnął ciężko. Większość czujników wariowała tak blisko krawędzi, zostawiając właściwie całe sterowanie statkiem intuicji pilota. Drobne błędy pilotażu rokrocznie kosztowały Cerberus kilka patrolowców… Kilka załóg. Nie rozbijały się, nie. Po prostu przekraczały krawędź. Nie posiadając wystarczająco mocnych silników – a patrolowce strefy kolapsara miały je najsilniejsze wśród produkowanych jednostek – po prostu spadały w głąb studni, a dylatacja czasowa wydłużała ich ostatnie minuty w nieskończoność…
Czasami inne załogi przechwytywały wezwania o pomoc – beznadziejnie zniekształcone ciążeniem sygnały pilotów, którzy zaginęli nawet kilkadziesiąt lat wcześniej.
Choć Rogov starał się nie zwracać uwagi na takie historie, to jednak kiedy wpatrywał się w szarą bryłę okrętu widniejącą w niewielkim trójkącie iluminatora, wszystkie przychodziły mu do głowy. Zagryzł wargi i drobnymi uderzeniami ciągu z silników manewrowych popychał „Mewę” ku głównej śluzie niszczyciela.
• • •
Z lekkim wstrząsem patrolowiec uchwycił się „Banshee”, niosąc odgłos tarcia metalu o metal do wnętrza kokpitu. Mężczyźni jak na komendę zwrócili się ku ekranom.
– „Mewa” stabilna. Przejście czyste, mamy ciśnienie. Śluza nie odpowiada, najpewniej brak zasilania. Zgłasza się ich system podtrzymywania życia… Na szczęście jakoś jeszcze kontroluje ciążenie, chociaż na oko już rezerwą mocy. W skafandrach powinniśmy dać radę. Łączność? Czas? – Maksym Rogov sięgnął po spoczywający w uchwytach obok fotela hełm.
– Nikt ze środka nie odpowiada na wezwania radiowe, ale to może przez problemy z zasilaniem. – Mitchell wciągnął pospiesznie rękawice. – Co do czasu, to według lokalnego przekroczymy krawędź za godzinę i dwie minuty. Jak myślisz, co tam się mogło stać?
– Nie wiem, Andy, i na razie nie chcę zgadywać – głos pilota zabrzmiał w słuchawkach nawigatora, kiedy Rogov zatrzasnął hełm. – Kontrola szczelności?
– Potwierdzam – rzucił sakramentalną formułkę Mitchell, spoglądając na panel kontrolny na ramieniu towarzysza. – Kontrola szczelności?
– Potwierdzam. – Za pancerną szybą hełmu Maksym wziął kilka głębokich oddechów. – Chodźmy.
Z wymuszoną przez ciężką konstrukcję skafandrów niezdarnością dwaj mężczyźni ruszyli do śluzy. Idący z tyłu Mitchell obejrzał się jeszcze na zegar odliczający czas do przekroczenia krawędzi.
• • •
1 2 3 »

Komentarze

03 V 2010   10:49:46

Kiedy można się spodziewać dalszej części??
Od kiedy matematycy i informatycy potrafią tak dobrze pisać?
Bardzo przyjemnie się to czyta.

23 X 2010   02:34:35

A niby czemu maja nie umiec pisac? Matematyka, dziecko drogie, to nie cyferki- to zdolnosc M Y S L E N I A.
Tekst jak zwykle rewelacyjny.
pozdr!

26 X 2010   09:42:06

Na studiach matematycznych studenci nie widuja cyferek w zasadzie w ogole, widuja glownie literki, niektore nawet z pewnego Starozytnego i Szacownego Alfabetu ;)))

14 XII 2010   11:37:43

Nie przesadzajmy już z brakiem cyfr na studiach matematycznych, przecież strony w książkach i zadania są numerowane :)

07 II 2016   08:50:59

Do : brzeżanka
Daruj sobie ten protekcjonalny to, dziecko. A jeżeli stać cię tylko na takie uwagi pełne pobłażliwej wyższości to nie pisz w ogóle...

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Grzechy naszych ojców
Maria Dunkel

13 IV 2019

Ashora obudziła się pośród buchających kłębów czarnego dymu, gorąca, niespodziewanej białej jasności, smrodu palonego mięsa i wrzasków, które zlewały się w jej uszach w przeraźliwą kakofonię. Nie zdążyła nawet krzyknąć, gdy matka zgarnęła ją z posłania wraz z kocem, przycisnęła do siebie i pobiegła, zgięta wpół, przez krajobraz zniszczenia. Kolejny nalot spopielił ich namiot do szczętu.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Demony Witkacego
Adrianna Filimonowicz

6 IV 2019

„Porażenie piorunem na Giewoncie! Siedem osób nie żyje!” – tak miały brzmieć nagłówki z tego dnia. Ale koszmarem nie był los tych, którym seria błyskawic odebrała życie, lecz tych, którzy przeżyli.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Człowiek, który szedł na solo
Łukasz Śmigiel

9 III 2019

Powiem wam, jakie to uczucie czekać na swój koniec. Niektórzy się załamują i nie potrafią zrobić kompletnie nic, inni szaleją tak bardzo, że po prostu niespodziewanie wpadają na śmierć i to jest finał. A ja? Ja muszę działać, minuta po minucie, cały czas coś robić, choćby nie dawało to absolutnie żadnych szans na ratunek. I tak też zacząłem to rozgrywać zaraz po przyjeździe do wieży.

więcej »

Polecamy

W trakcie

zobacz na mapie »
Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.