Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 23 listopada 2020
w Esensji w Esensjopedii

Dawid Zieliński
‹Manuskrypt›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorDawid Zieliński
TytułManuskrypt
OpisAutor pisze o sobie:
Z wykształcenia inżynier, z serca i duszy zabawiacz wymyślonymi opowieściami. Pisaniem zajmuję się od 10 roku życia (obecnie 28 na karku), ale na poważnie zacząłem robić to dopiero kilka lat temu z mniejszymi bądź większymi sukcesami. Na łamach „Esensji” pojawiam się już po raz trzeci. Staram się tworzyć klasyczną literaturę grozy, osadzoną w naszej codziennej rzeczywistości, rzadziej science-fiction czy fantasy. Niniejsze opowiadanie jest moim hołdem dla twórczości H.P. Lovecrafta – pisarza, bez którego współczesny horror miałby zapewne zupełnie inne oblicze.
Gatunekfanfiction, groza / horror

Manuskrypt

« 1 2 3 4 33 »
Teraz wydaje mi się to na swój ponury, osobliwy sposób zabawne, ale kiedy tamtego dnia po kilku długich godzinach monotonnej jazdy mój wzrok w końcu wychwycił budynek spośród nadmorskiej panoramy, odniosłem wrażenie, że w jakiś sposób wpatruje się on wprost we mnie. W sam środek mojej duszy. Jakby to właśnie ona, ta przeklęta latarnia zobaczyła mnie pierwsza. Jakby wytrwale oczekiwała mojego przybycia.
Gdybym tylko w tamtym momencie odwrócił się i odjechał w przeciwną stronę! Gdybym nie spostrzegł spękanego, szarego muru pomiędzy zwieszającymi się nisko gałęziami przydrożnych drzew… Już wówczas przestał jednak dla mnie istnieć najmniejszy cień ratunku, gdyż widok budynku i świadomość związanej z nim posępnej historii pełnej ponurych zdarzeń zafascynowały mnie, opętały i związały ze sobą na wieczność.
Kapiący monotonnie z nieba deszcz spływał wijącymi się strużkami po szybach samochodu, rozmazując nieco widok okolicy. Droga, po której uporczywie usiłowałem się poruszać, biegła w niewielkiej odległości od skalistego urwiska, u stóp którego rozciągała się kamienista plaża, mogłem więc bez problemu obserwować atramentową toń morza pod szarym niebem i tańczące po jej powierzchni, wzburzone fale. Szum ich zagłuszały jednak bębniące o dach krople oraz warkot kołyszącego się na wybojach i koleinach pojazdu. Droga krzywym łukiem rozcinała wymarły, niemal bezbarwny krajobraz, parokrotnie zbliżając się do linii gęstego lasu, aż w końcu okrążała od południa skaliste wzgórze, na szczycie którego stała latarnia, i znikała gdzieś w oddali, zagłębiając się w gąszcz drzew.
Latarnia niemal hipnotycznie przyciągała wzrok. Było coś niesamowitego w tej budowli, coś, co budziło w sercu patrzącego na nią człowieka trudne do określenia, zagmatwane uczucia. Z każdą chwilą monument rósł w moich oczach, sprawiając irracjonalne, przyprawiające o ciarki wrażenie, jakby był żywą istotą; drapieżnikiem, który na widok zbliżającej się, nie przeczuwającej zagrożenia ofiary podnosi się ze swego odwiecznego legowiska. Przez zroszoną deszczem szybę dostrzegałem coraz to więcej szczegółów osobliwego, morskiego drogowskazu; strzaskane okna wysokiej galerii, swym kształtem przywodzące na myśl wyszczerzone, nierówne zęby; szerokie szczeliny, biegnące wzdłuż murów, przez które, niczym butwiejące palce nieboszczyka zaciśnięte na krawędziach trumny, ku światłu wydostawały się splątane pędy roślin; poszarpane, ciemne otwory w miejscu, gdzie wystawiony na ataki wichrów dach zapadł się do środka. Relikt przeszłości, który pozostawiony sam sobie już wieki temu poddał się niszczycielskiej sile nieubłaganego czasu. Płynące ponad przekrzywioną iglicą szare, burzowe chmury zdawały się nerwowo przyspieszać swój marsz po nieboskłonie, jakby chciały możliwie najszybciej opuścić ten skrawek nieba.
Z rękoma kurczowo zaciśniętymi na kierownicy dotarłem do miejsca, w którym nierówna droga obiegała wzgórze. Czując pojedynczą, zimną kroplę potu, spływającą po skroni, obserwowałem jak monumentalny budynek powoli przesuwa się za lewą szybą. Wrażenie, że spogląda na mnie z bezduszną, wyniosłą wyższością wzmagało się z każdą chwilą i teraz sięgnęło granic możliwości. Poczułem jak jakaś niematerialna dłoń zaciska się na moim sercu, odbierając oddech, a chłodna, napływająca bezustannie gdzieś z głębin latarni fala rozlewa się wewnątrz ciała. W samym środku umysłu usłyszałem obcy, nieludzki głos; przeciągły jęk, który równie dobrze mógł być wytworem mojej wyobraźni, co zwodniczym nawoływaniem ukrytego pod tonami skał istnienia. Wszystko to ustało nagle, jak tylko zdołałem oderwać wzrok od budynku i wzgórza. Droga kilkanaście metrów dalej wpadała w ciemny las, wcześniej jednak przecinała niewielki, pokryty stojącą wodą placyk, z którego można już było dostać się do samych drzwi latarni. W dziwny, niezrozumiały dla mnie sposób dopiero wówczas zauważyłem, że nigdzie nie było widać najmniejszego śladu mew; tak lubiane przeze mnie ptaki, które wcześniej wielokrotnie podziwiałem na tle nieba, do tych okolic zdawały się nigdy nie zaglądać.
Zanim zdążyłem zatrzymać się przy wykutych w litej skale, prowadzących na szczyt wzgórza szerokich stopniach, nadszedł niespodziewanie wieczór, zarzucając na okolicę mrok zwiastujący nieprzeniknioną, głęboką noc. Deszcz ustąpił nieco i teraz siąpił sporadycznie ciężkimi kroplami, zamieniając i tak już rozmiękłą nawierzchnię drogi w błotnistą pułapkę. W gęstwinie między drzewami cienie zdawały się tańczyć upiornie, poruszane wiatrem gałęzie układały się w przeróżne, nieraz niepokojące kształty. Wiatr szeptał ich językami, a setki demonicznych oczu zdawały się z zaciekawieniem oglądać moje poczynania.
Wyłączyłem silnik i po chwili krótkiego, instynktownego wahania otworzyłem drzwi. Do środka wpadła silna, morska bryza, niosąc zapach wilgotnego piasku, mokrych liści i… czegoś jeszcze, czego nie czułem nigdy wcześniej. Zapach, który przywodził na myśl jednocześnie śmierć i życie, wieczność i przemijanie, strach i odwagę. Zupełnie jakby cała okolica nagle usiłowała wykrzyczeć całą swoją historię wprost we mnie. Jakby chciała mi coś przekazać, jednocześnie starając się ukryć głęboko tkwiącą w niej od lat tajemnicę, zbyt przerażającą, by mogła zostać wyniesiona z mroków niepamięci. W zawodzeniu wiatru, w szeleście traw, w szumie fal pobrzmiewało ostrzeżenie; ostatnia rozpaczliwa próba zawrócenia ślepca, który zbliżał się ku krawędzi bezdennego urwiska.
Z wysiłkiem odrzuciłem od siebie wszystkie te myśli i wysiadłem z samochodu. Niemal natychmiast zapadłem się po kostki w lepkiej, mokrej ziemi. Wokół panowała ciemność, wielka morska otchłań całkowicie skryła się pod jej ramionami. Kiedy zaś uniosłem głowę, by popatrzeć na latarnię z tej perspektywy, dostrzegłem tylko zarysy domu u jej podstawy i część szarego muru wieży, który z ledwością odcinał się od zasłony mroku, cała galeria zaś pozostawała już całkowicie niewidoczna. Wydostałem jeszcze z samochodowego schowka moją zdezelowaną latarkę, po czym owijając się ciaśniej płaszczem zatrzasnąłem drzwi auta i ruszyłem w stronę budynku.
Poruszanie się w błotnistej ziemi i omijanie wypełnionych brunatną wodą dołów przychodziło mi z niemałym trudem i zanim dotarłem do pierwszego kamiennego stopnia miałem już całkowicie przemoczone stopy. W świetle latarki schody wydawały się być bezpieczne, nieco tylko pokryte niespotykaną odmianą szarego mchu. Twarde pędy roślin wystające ze szczelin, raz po raz szarpały moje nogawki, kiedy stawiając ostrożne kroki mozolnie piąłem się w górę. Parokrotnie potknąłem się o coś niewidocznego w ciemności, a od upadku i zsunięciu się w dół zbocza ratowała mnie tylko popękana, drewniana poręcz, biegnąca wzdłuż schodów. W końcu, w czasie o wiele dłuższym niż ten, jaki zajęłoby mi to w ciągu dnia, dotarłem na szczyt wzgórza i stanąłem na wprost latarni.
Od strony morza uderzył we mnie lodowaty, gwałtowny podmuch, przejmując przenikliwym dreszczem. Niemal zerwał mi kapelusz. Zdołałem go jednak w porę pochwycić i głębiej nasunąłem na czoło. Poły płaszcza łopotały hałaśliwie. Oprócz nieustającego wiatru na szczycie wzgórza dawało się wyczuć także coś jeszcze; jakieś drżenie, wibrację o niewiadomym źródle na wskroś przeszywającą powietrze, drażniącą skórę na twarzy i dłoniach. Kiedy zaś postąpiłem kilka niepewnych kroków przed siebie, odniosłem wrażenie, że tuż pod powierzchnią skały przesunęło się coś dużego, jakby zaniepokojone i rozdrażnione tym niespodziewanym zakłóceniem jego spokoju. Po raz pierwszy od chwili, kiedy dowiedziałem się o latarni, poczułem ukłucie prawdziwego strachu. I nie był to ostatni raz podczas całej tej historii, kiedy przerażenie zmroziło mnie do szpiku kości. Po raz pierwszy też zacząłem podejrzewać, że we wszystkich tych niesamowitych opowieściach, które słyszałem o latarni, może być coś więcej niż tylko wymysły najstarszych mieszkańców Pomorza. Wkrótce miałem się przekonać, że myśl ta powracać do mnie będzie jeszcze wielokrotnie podczas mojego pobytu w Tempuszowie Pomorskim.
Pośród zalegających wokół ciemności majaczyły niewyraźnie zarysy powoli obracających się w ruinę budowli latarni. Jej szeroka u podstawy, lekko zwężająca się w miarę wysokości wieża, rozdzielała dwa piętrowe, średniej wielkości budynki o spadzistych, złamanych w połowie dachach, wtapiając się w oba półokręgiem murów. Ich wysunięte do przodu frontowe ściany zerkały na mnie czernią powybijanych okien. Nieoczyszczane od lat, utworzone z mozaiki obrobionych kamieni fundamenty, porosły gęsto mchem; tym samym, dziwacznym mchem, który zauważyłem na schodach. Spinający całość, biegnący między ścianami domów drewniany podest groził zawaleniem, a kryjący go niegdyś dach świecił otworami po brakujących deskach. Prowadzące na niego stopnie były już teraz tylko plątaniną nierównych, połamanych odłamków.
Wsłuchując się w biegający gdzieś po szczelinach wiatr i równomierne, monotonne postukiwanie poruszanej nim okiennicy, nagle straciłem ochotę na dalsze przebywanie w tym miejscu. Początkowo zamierzałem przyjrzeć się nieco wnętrzom latarni, teraz jednak stojąc tuż przed obliczem mistycznego budynku, owiewany zimnym, morskim powietrzem, czułem nieodpartą chęć opuszczenia wzgórza. Latarnia nie zamierzała jednak wypuścić mnie ze swych objęć; w jakiś sposób strach minął, wróciła ciekawość poznania niewyjaśnionego, a ja znalazłem w sobie dość siły, by wolnym, ale pewnym krokiem ruszyć w stronę wejścia. Byłem przecież badaczem, musiałem dla dobra nauki umieścić latarnię w moim woluminie.
« 1 2 3 4 33 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Płyń
Szymon Bokota

14 XI 2020

Nie miałem już siły walczyć z nurtem, który uparcie miotał mną od lewa do prawa. Za każdym razem, gdy zdawało mi się, że lada chwila zostanę wyrzucony na brzeg niczym odpad, prąd jakby złośliwie, zrzucał mnie ponownie ku centrum. Trzeba było zaprzestać oporu, rozluźnić wątłe mięśnie i czekać na nieuniknione.

więcej »
Kolaż: <a href='mailto:halas.agn@gmail.com'>Agnieszka ‘Ignite’ Hałas</a>

W oczach gwiazd
Adrianna Filimonowicz

12 X 2020

Czy miałem prawo stawać między nią a losem, który wskazały jej duchy? Czy byłoby to w istocie dobre? Tyyine dają nam wiele, lecz nie ma w tym szczodrości. Za każdy dar płacimy. Zmęczeniem, krwią, czasem życiem czy szaleństwem. Isirre miała dokonać czegoś wielkiego. Dla swego ludu i dla siebie. Za cenę jednak czegoś więcej niż życie, czego nawet nie umiałem nazwać. I na co się nie godziła…

więcej »
Ilustracja: Katarzyna Szymonik

Luka w pamięci
Marianna Szygoń

12 IX 2020

Przecież batyskaf ma dwa miejsca, dla bezpieczeństwa człowiek zabierał robota. Zwłaszcza wybierając się w miejsce na granicy zasięgu łodzi. Wtedy tak naprawdę do niej dotarło, że szuka nie jednego, a dwóch naukowców. Kim był android, który zaginął wraz z nim? Dlaczego nikt o nim nie wspomniał?

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Głęboki Grób – część 2
— Dawid Zieliński

Głęboki Grób – część 1
— Dawid Zieliński

Pewne formy zła
— Dawid Zieliński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.