Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 23 listopada 2020
w Esensji w Esensjopedii

Dawid Zieliński
‹Manuskrypt›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorDawid Zieliński
TytułManuskrypt
OpisAutor pisze o sobie:
Z wykształcenia inżynier, z serca i duszy zabawiacz wymyślonymi opowieściami. Pisaniem zajmuję się od 10 roku życia (obecnie 28 na karku), ale na poważnie zacząłem robić to dopiero kilka lat temu z mniejszymi bądź większymi sukcesami. Na łamach „Esensji” pojawiam się już po raz trzeci. Staram się tworzyć klasyczną literaturę grozy, osadzoną w naszej codziennej rzeczywistości, rzadziej science-fiction czy fantasy. Niniejsze opowiadanie jest moim hołdem dla twórczości H.P. Lovecrafta – pisarza, bez którego współczesny horror miałby zapewne zupełnie inne oblicze.
Gatunekfanfiction, groza / horror

Manuskrypt

« 1 2 3 4 5 33 »
Promień latarki przeskakiwał po ścianach, wyłapując coraz to więcej krzywych pęknięć. Niektóre były na tyle duże, że dało się przez nie dostrzec wewnętrzne części budynków – pożółkłe, na wpół oderwane tapety, pokoje usłane falującymi na wietrze pajęczynami, lub też fragmenty pozostawionych mebli. Idąc omijałem ostrożnie porozrzucane w nieładzie po podwórzu strzępy i resztki budowli; ciemne, przyjmujące czasami dość niezwykłe kształty kawałki cegieł, które odkruszyły się od murów, elementy niegdyś zapewne tworzące dach, czy w końcu pojedyncze, kamienne bryły, odłamane w jakiś sposób z fundamentów domu. Nie przyglądałem się im z bliska; nawet nie przebiegłem po nich światłem latarki – w mroku ciemniejsze plamy na ziemi rysowały się dość dobrze, a ja byłem bardziej ciekawy samego budynku i tego, co jeszcze mogły kryć jego wnętrza. Kiedy doszedłem do wniosku, że tylko cudem budowle wciąż zachowywały swój pierwotny kształt i tak naprawdę niewiele już brakuje, by całkowicie rozpadły się w fontannach kurzu, uderzył mnie nieprzyjemny, skręcający wnętrzności zapach. Może to dlatego, że na kilka dłuższych chwil wiatr uspokoił się nieco, a może dlatego, że stałem teraz o wiele bliżej latarni. W każdym razie poczułem woń postępującego rozkładu, pleśni i lat odciśniętych na tym wzgórzu. Żołądek zbuntował się we mnie, podchodząc do gardła, zdołałem go jednak w porę opanować. Zrozumiałem też, że nie do końca był to zapach butwiejącego drewna czy pokrytych grzybem ścian, zawierał w sobie też stęchliznę, jaka wydziela się z powoli rozkładającego się ciała.
Latarnia śmierdziała niczym trupy na cmentarzu. Nie mogłem się mylić, chociaż doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, jak niedorzecznie to brzmi.
Zatrzymałem się u podnóża schodów prowadzących na podest i omiotłem promieniem latarki jego powierzchnię. Było tam troje drzwi; jedne, na wprost mnie, wbudowane w łukowatą ścianę latarni oraz po jednych na lewą i prawą stronę podestu, każde prowadzące do środka mieszkalnych budynków. Kiedy przyjrzałem się tym, które należały do domu położonego bliżej morza, okazało się, że pospieszyłem się nieco z nazwaniem ich drzwiami. Do popękanej futryny przybitych było ukośnie kilka omotanych szarymi pędami desek. Przez szpary między nimi dostrzegłem, że w niewielkim korytarzyku wciąż jeszcze leżał dywan, teraz pokryty grubą warstwą kurzu i brudu.
Drewno zatrzeszczało protestacyjnie kiedy na nie wstąpiłem. Rozważnie stawiając kolejne kroki, gotowy w każdej chwili cofnąć się, gdyby podłoga podestu miała ustąpić, dobrnąłem do latarnianych drzwi. Spostrzegłem tam małą, skorodowaną tabliczkę, jakby wizytówkę, niegdyś przymocowaną dwiema śrubami, teraz zaś bezwładnie zwisającą na jednej. Były na niej jakieś litery, układające się w trudno rozpoznawalne słowa. Delikatnie, by nie uszkodzić przeżartego rdzą metalu, wyprostowałem tabliczkę i przetarłem jej powierzchnię, parokrotnie dmuchając, by strącić kurz i luźne skrawki materiału, aż w końcu w świetle latarki podjąłem wysiłek odczytania inskrypcji. Kosztowało mnie to niemało wysiłku i cierpliwości, zdołałem jednak przyjąć z pewną dozą swobody prawdopodobną jej treść. Wówczas była ona dla mnie całkowicie niezrozumiała, teraz jednak, kiedy przypomnę sobie tamte słowa, czuję jak lodowaty dreszcz zbiega mi od karku wzdłuż pleców, a czoło zrasza się kropelkami potu. W ciemnościach podjąłem nawet wysiłek przepisania jej na skrawek papieru z notesu, który zawsze noszę przy sobie. Świadomy ciążącej na mnie odpowiedzialności ujawnienia poznanych tajemnic, załączam ją do niniejszego manuskryptu.
„Z otchłani mroków dobiega ich zew okrutny; kto raz pogrążon w nim, życia już nie odzyska. To płód straszliwego R’Lyeh, od uśpienia wiecznego ocalały.”
Potraktowałem owo ostrzeżenie jako kolejny, chociaż niespotykany pośród innych temu podobnych przypadków, element nadmorskiej legendy; jako swojego rodzaju materializację zakorzenionych w tutejszej ludności obaw i przesądów. Żadne słowa, jakie mógłbym przytoczyć, nie będą w stanie oddać tego, jak bardzo się pomyliłem.
Schowawszy notes do wewnętrznej kieszeni płaszcza powoli opuściłem tabliczkę na jej poprzednie miejsce. Kiedy zaś sięgnąłem do klamki, odniosłem wrażenie, że wokół świat zastygł na moment w bezruchu. Zniknął gdzieś wiatr, jego zawodzenie w szczelinach, przestały szumieć trawy, okiennica jakby rozpłynęła się w powietrzu. Nawet odpychający zapach zgnilizny ustąpił na kilka sekund. Pozostała tylko ta drażniąca nerwy wibracja, niestrudzenie rozchodząca się wokół, tutaj o wiele silniej wyczuwalna i przenikająca wszelką materię. Wziąłem głęboki oddech, a zaciskając dłoń na chłodnej stali, poczułem jak coś napływającego z głębin latarni przebiega przez moje ciało, pozostawiając po sobie wrażenie tysiąca igieł. Pchnąłem drzwi; zaskrzypiały lekko, rozdzierając panującą wokół ciszę niczym jęk konającego demona.
Wewnątrz było duszno od stęchłego, wilgotnego powietrza i ostrzejszego niż dotąd odoru rozkładu. Ciemność, jaka rozpostarła się przede mną okazała się absolutnie nieprzenikniona; chociaż promień latarki natrafił na przeciwległe, oddalone o kilkanaście metrów okno, to jego szyby, cudem wciąż jeszcze utrzymujące się w ramach, pokryte były grubym płaszczem brudu i pajęczyn. Powoli przesuwając owalem światła po ścianach spostrzegłem, że u swej podstawy latarnia była jednym wielkim, okrągłym pomieszczeniem, o wysoko położonym suficie. Tylko pośrodku wznosiła się szeroka kolumna, a wokół niej wiły się niczym serpentyna kamienne schody, niknące gdzieś w górnej części sali. Otwór, który prawdopodobnie prowadził na wyższe partie latarni, był jednak w znacznej części nie do przebycia; druga kondygnacja wieży zamieniła się w rumowisko, zupełnie tarasując przejście do galerii. Chciałem tu wrócić za dnia i spojrzeć z wysoka na morze, teraz jednak zmuszony byłem porzucić ten zamiar.
I wówczas, niczym niechciane wspomnienie, powrócił wiatr, a szczeliny w murach ożyły w kakofonii szeptów.
Wibracja, która przeszywała na wskroś powietrze, tutaj nasiliła się, niemiłosiernie atakując pulsujące krwią skronie. Czułem ją wewnątrz mojej głowy, odbierałem każdą napływającą falę, która w nieprzerwanym strumieniu sobie podobnych dolatywała gdzieś spod podłogi. Jakby w piwnicach tętniło życie, przerażająca egzystencja, której bicie serca rozchodziło się właśnie wokół mnie. Wewnątrz mej duszy fascynacja starła się w walce ze strachem, gdyż pośród otaczającej mnie ciemności nagle podskórnie wyczułem miejsce, z którego zdawało się dochodzić tajemnicze drżenie. Na prawo od kolumny, tuż pod powierzchnią podłogi; stamtąd nadchodziło nawoływanie.
Serce załomotało mi dziko w piersi, na moment odbierając oddech. Ruszyłem jednak przed siebie, kierując się w stronę prostokątnego otworu w podłodze, który teraz miałem przed oczyma w białym świetle latarki.
Wiatr gdzieś wysoko ponad moją głową przypominał o swojej obecności. W jego głosie było coś nienaturalnego; w sposobie, w jakim przeskakiwał po pęknięciach ścian, wpadając do wnętrza latarni, to znów z niej ulatując, dawała się dostrzec chłodna regularność. Może była to tylko moja wyobraźnia, niemal oszalała od nadmiaru wrażeń, jednakże szelest, jaki wywoływał, układał się w szereg miarowych, na przemian pojawiających się zmian jego nasilenia. Głośniej i ciszej. Głośniej i ciszej. Równo, spokojnie, zupełnie jak…
Wdech i wydech. Wdech i wydech.
Każdy, który z ironicznym uśmieszkiem na ustach twierdził, że latarnia ta była tylko opuszczonym, dawno zapomnianym zabytkiem przeszłości na wybrzeżu u progów rybackiego miasteczka, był w błędzie. Olbrzymim, lecz co gorsza, śmiertelnym.
Zatrzymałem się na skraju otworu w podłodze. Były tam wąskie schody prowadzące w dół, wprost do niewielkich, żelaznych drzwi z kwadratową szybką pośrodku. Masywną sztabę, która przegradzała je w poprzek, pokrywały szerokie płaty brunatnej rdzy, podobnie jak nitowane obramowanie futryny i samych drzwi. W świetle latarki dostrzegłem także coś jeszcze; coś, co wydało mi się bardziej niepojęte od wszystkiego, czego dotychczas doświadczyłem.
Drzwi zamknięte były na ciężką kłódkę. Nową, błyszczącą niklem kłódkę, na której próżno by szukać jakichkolwiek śladów upływającego czasu.
Chociaż za szybką rozpościerała się czerń, w jakiś niepojęty sposób wiedziałem, że ktoś wpatruje się we mnie z jej głębin. Ktoś lub też może coś; odcięte od świata, pogrążone w rozległych lochach latarni. Czułem jak jego spojrzenie wypala się na wieczność w moim sercu. Wibracja była tak głośna, że niemal sprawiała ból.
Potem moją uwagę ściągnął niewielki przedmiot, leżący na jednym ze stopni, sprawiając, że na moment zapomniałem o otchłani pod latarnią. Kiedy marszcząc brwi i przecierając szkła okularów pochyliłem się nieco niżej, mym oczom ukazał się niewielki ptak. Prawdopodobnie młoda rybitwa lub mewa, w zaawansowanym stanie rozkładu, co utrudniało identyfikację. Puste oko wpatrywało się we mnie beznamiętnie. Podniosłem się powoli i mocniej ścisnąłem latarkę w drżącej dłoni. Stopniowo i niepewnie, jak szukający drogi w nieznanym miejscu ślepiec, przesunąłem owalnym promieniem po podłodze latarni. Nie byłem do końca pewien, czy chcę to zobaczyć.
Chłodne, pokryte grzybem kamienie usłane były dziesiątkami ptaków. Martwych, gnijących ptaków. Jak upiorny las rozpościerały się dookoła. Jedne w miarę świeże, inne mniej, jeszcze inne będące już tylko kupką nierównych kości. Pożółkłe szkielety, strzaskane skrzydła, ciemne masy butwiejących wnętrzności, wszystko to ukazywało się w świetle latarki jak groteskowe obrazki w teatrze cieni szaleńca. Nawet zazwyczaj krążące nad truchłami muchy, tutaj leżały bezwładnie wokół swych niedoszłych padlin. Tu i tam dało się zauważyć szczątki wyrośniętych pająków. Ponury grobowiec morskiego ptactwa zawierał nawet trupki nietoperzy i wróbli.
« 1 2 3 4 5 33 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Płyń
Szymon Bokota

14 XI 2020

Nie miałem już siły walczyć z nurtem, który uparcie miotał mną od lewa do prawa. Za każdym razem, gdy zdawało mi się, że lada chwila zostanę wyrzucony na brzeg niczym odpad, prąd jakby złośliwie, zrzucał mnie ponownie ku centrum. Trzeba było zaprzestać oporu, rozluźnić wątłe mięśnie i czekać na nieuniknione.

więcej »
Kolaż: <a href='mailto:halas.agn@gmail.com'>Agnieszka ‘Ignite’ Hałas</a>

W oczach gwiazd
Adrianna Filimonowicz

12 X 2020

Czy miałem prawo stawać między nią a losem, który wskazały jej duchy? Czy byłoby to w istocie dobre? Tyyine dają nam wiele, lecz nie ma w tym szczodrości. Za każdy dar płacimy. Zmęczeniem, krwią, czasem życiem czy szaleństwem. Isirre miała dokonać czegoś wielkiego. Dla swego ludu i dla siebie. Za cenę jednak czegoś więcej niż życie, czego nawet nie umiałem nazwać. I na co się nie godziła…

więcej »
Ilustracja: Katarzyna Szymonik

Luka w pamięci
Marianna Szygoń

12 IX 2020

Przecież batyskaf ma dwa miejsca, dla bezpieczeństwa człowiek zabierał robota. Zwłaszcza wybierając się w miejsce na granicy zasięgu łodzi. Wtedy tak naprawdę do niej dotarło, że szuka nie jednego, a dwóch naukowców. Kim był android, który zaginął wraz z nim? Dlaczego nikt o nim nie wspomniał?

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Głęboki Grób – część 2
— Dawid Zieliński

Głęboki Grób – część 1
— Dawid Zieliński

Pewne formy zła
— Dawid Zieliński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.