Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 30 listopada 2020
w Esensji w Esensjopedii

Dawid Zieliński
‹Manuskrypt›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorDawid Zieliński
TytułManuskrypt
OpisAutor pisze o sobie:
Z wykształcenia inżynier, z serca i duszy zabawiacz wymyślonymi opowieściami. Pisaniem zajmuję się od 10 roku życia (obecnie 28 na karku), ale na poważnie zacząłem robić to dopiero kilka lat temu z mniejszymi bądź większymi sukcesami. Na łamach „Esensji” pojawiam się już po raz trzeci. Staram się tworzyć klasyczną literaturę grozy, osadzoną w naszej codziennej rzeczywistości, rzadziej science-fiction czy fantasy. Niniejsze opowiadanie jest moim hołdem dla twórczości H.P. Lovecrafta – pisarza, bez którego współczesny horror miałby zapewne zupełnie inne oblicze.
Gatunekfanfiction, groza / horror

Manuskrypt

« 1 31 32 33
Wspinaczka szła mi mozolnie; wysiłek minionych godzin dawał o sobie znać w zwielokrotniony sposób. Kawałek po kawałku piąłem się w górę, starając się stawiać z rozwagą kroki na wilgotnych kamieniach, hamując w sobie impuls gwałtownego rzucenia się w stronę wyjścia; ryzyko upadku było wysokie, a on sam mógł skończyć się bardzo nieprzyjemnie. Raz czy dwa noga osunęła mi się niebezpiecznie, nie utraciłem jednak równowagi, w porę chwytając się niewielkich występów czy szczelin. Pozostał tylko palący ból naciągniętych w kostkach ścięgien. A kiedy stanąłem już na niewielkim wypłaszczeniu na samej górze i tylko wyciągnięcie ręki dzieliło mnie od upragnionej wolności, w pomieszczeniu rozległ się świdrujący uszy dźwięk.
Brzmiał jak jazgot milionów, jeśli nie tysięcy, niemożliwie rozwścieczonych owadów.
Powoli odwróciłem głowę. W blasku padającego z góry światła dostrzegłem czarną, gęstą maź, powoli sączącą się z każdego otworu na wysokiej ścianie jaskini. Z każdą chwilą ciecz wypływała coraz szybciej i obficiej, aż w końcu wątłe początkowo strumienie przybrały postać gniewnie strzelających kaskad. Kamieniste podłoże pokrył ciemny, płynny dywan. Na jego powierzchni co chwilę wykwitały półprzezroczyste pęcherze, wtórując owadom ohydnym odgłosem swych pęknięć. Tam, gdzie śluz zetknął się z falującym lustrem jeziora, woda z sykiem zmieniała się w parę.
Nadchodził. On znów nadchodził.
„Zabierz to sprzed moich oczu!!!”
Zło zrodzone przed niepojętymi eonami. Chaos obudzony z letargu.
„Nigdy nie powinniśmy byli stawiać tej przeklętej latarni, bo ono wciąż tam jest, głęboko we wzgórzu. Obserwuje nas każdego dnia.”
Tak, wyraźnie pamiętałem te słowa. „Kiedyś znajdzie drogę na zewnątrz, a kiedy to się już stanie…”
Nie pamiętam, czy zacząłem wtedy krzyczeć; całkiem możliwe, że tak właśnie było. Świat wokół mnie z uporządkowanego zlał się w rozszalałą feerię barw i niewyraźnych konturów. Robiło mi się na przemian niewyobrażalnie gorąco, to znów bardzo zimno. Musiałem podskoczyć, by dosięgnąć krawędzi szczeliny, lecz udało mi się to dopiero za drugim lub trzecim razem. Podświadomość w jakiś sposób przejęła kontrolę nad moim ciałem, ponieważ niewiele pamiętam z tego, co się później wydarzyło. Działałem jak mechaniczna zabawka, połączona drucikami z pokrętłem obsługiwanym przez Instynkt. Z wysiłkiem, wspierając się nogami o nierówności pobliskich ścian, zdołałem przecisnąć się przez otwór i niemal bezwładnie wytoczyłem na zewnątrz. Na policzku poczułem ostre, wilgotne kamyki i mokry piasek. Wciąż jeszcze słyszałem brzęczenie owadów i nie wiedziałem już, czy to tylko moja wyobraźnia, czy dźwięki te naprawdę wciąż jeszcze wydostają się z czeluści wzgórza. Podniosłem się i półprzytomny zacząłem biec wzdłuż plaży. Gdziekolwiek, byle przed siebie. Byle dalej.
Nie wiem, w jaki sposób udało mi się dotrzeć do samochodu. Jak przez mgłę przypominam sobie rozmywający się przed oczyma obraz plaży u stóp latarnianego wzgórza i słony smak morskiej wody, kiedy nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Musiałem w jakiś sposób przebyć cały odcinek wybrzeża wzdłuż doliny, przedrzeć się przez doki i wspiąć po zalesionym wzgórzu. Następną rzeczą bowiem, jaką przypominam sobie dość wyraźnie, jest niebo, a właściwie jego udekorowany gwiazdami skrawek między ciężkimi, zwalistymi kłębami nisko sunących chmur. Obserwowałem go przez pokrytą drobną siatką deszczu szybę, leżąc na wznak na przednich siedzeniach mego automobilu.
Wróciłem do Krakowa, po drodze zatrzymując się tylko wówczas, jeśli było to absolutnie konieczne. Nie spałem wiele, a jeszcze mniej jadłem; ilekroć próbowałem napełnić czymś żołądek, wymiotowałem długo i boleśnie. Półprzytomny, wycieńczony mogłem sprawiać wrażenie kogoś, kto stoi już nad własnym grobem. Raz czy dwa zapytano mnie, czy dobrze się czuję i czy potrzebna jest mi pomoc. Odpowiadałem coś niewyraźnie, wymijająco, byle tylko dali mi spokój. W obliczu odkrytej przeze mnie prawdy te drobne przejawy uprzejmości wydawały się żałośnie wręcz komiczne. To, że w ogóle dotarłem w takim stanie na miejsce, było prawdziwym cudem samym w sobie.
Od tamtej pory minęły prawie dwa lata. Przez ten czas zdołałem doprowadzić się do względnego porządku, uporządkować myśli w głowie i parokrotnie zastanowić się nad istniejącą sytuacją. Okres ten zlał się w mej pamięci w jeden nieprzerwany ciąg koszmarnych snów, pełnych krzyków i przeraźliwych odgłosów, z których budziłem się w środku ciemnych jak wnętrza jaskiń nocy, przeplatających się z jakże oderwanymi od rzeczywistości dniami, podczas których coraz boleśniej zdawałem sobie sprawę, że świat już nigdy nie będzie taki jak niegdyś. Widmo nadchodzących, przerażających do szpiku kości, zmian rzucało cień na każdą sekundę mej egzystencji. Przed oczyma wciąż miałem (i nadal mam) widok wypływającej z otworów czarnej cieczy, który wytrwale i nieubłaganie przypomina mi, że koszmar nigdy się nie skończy; zawsze będzie tuż za moimi plecami, zdolny pochwycić mnie w każdej chwili.
Już jakiś czas temu stało się dla mnie jasne, iż nie mogę dłużej tłumić w sobie tej historii. Czułem, jak rozpiera mnie od wewnątrz i nawet gdybym chciał, to nie potrafiłbym się jej przeciwstawić. Ona zdaje się mieć swą własną, niezależną od mojej, wolę. Zacząłem więc przed niespełna miesiącem spisywać jej fragmenty. Dopiero wczorajszego wieczoru zrozumiałem, jak mało czasu mi już pozostało. Ostatnie dwa tygodnie nie zmrużyłem prawie oka; w głowie wciąż słyszałem ten okrutny, przypominający jazgot owadów, zew.
Nadal go słyszę, nawet teraz. Nawołuje, by oznajmić mi, że jego słudzy już wkrótce do mnie dotrą. Wiem to bez cienia wątpliwości; w prawym ramieniu, na którym wciąż noszę paskudne, przypominające o dawnym strachu blizny, coraz silniej pulsuje bowiem tępy ból, narastając z każdym dniem. Ubiegłej nocy zaś ponownie doleciał mnie łopot błoniastych skrzydeł; rozbrzmiewał gdzieś w górze, jakby ponad dachem mego domu i jestem pewien, iż nie był tylko dziełem mej wyobraźni – nie spałem, więc nie mógł być pozostałością po jednym z koszmarów. Oni już tutaj są. Nie wiem, jak mnie odnaleźli, ale udało im się to. Los ponownie się po mnie upomniał.
Pisałem tą opowieść i układałem w spójną całość z wcześniejszymi zapiskami przez całą niemal noc; za oknem gabinetu szarość powoli wpływa na niebo ponad dachami krakowskich domów. Czyżby darowano mi jeszcze jeden dzień? Nie, szczerze w to wątpię; jeśli czytacie te słowa, to znaczy, że nie myliłem się i dla mnie jest już po wszystkim – przynajmniej mam taką nadzieję. Jestem potwornie zmęczony i nie mam już siły, by dłużej z nimi walczyć. Chłód spoczywającej na mych kolanach strzelby jest pewnym pocieszeniem… lecz na dobrą sprawę, tylko pozornym.
Powiedziałem sobie kiedyś, że nie skończę tak jak Wilhelm, Joachim Koburkiewicz i reszta. Nie. I słowa dotrzymam. Jeśli ołów ich nie powstrzyma… cóż, nie pozwolę, by wzięli mnie żywego.
Niech Bóg mi wybaczy.
Oto i cała historia. Przestroga spisana ręką człowieka, który wstąpił na zakazaną ścieżkę, nie wiedząc, dokąd go zaprowadzi i dotarł nią o wiele za daleko. Słowa, które kończę właśnie przelewać na papier powinny oddać ogrom sytuacji, w jakiej mogą znaleźć się osoby nieświadomie bądź z rozmysłem kontynuujące mą wędrówkę, chociaż nie przekazałem całej zdobytej przeze mnie wiedzy; nie śmiałem tego zrobić. Ze źródeł, o których wolałbym tu nie wspominać, nabyłem bowiem egzemplarz plugawego „Necronomiconu”, jednak to, czego się dowiedziałem z jego stronic, niech pozostanie na wieki mą tajemnicą, którą zabiorę ze sobą do grobu. Świadomość uwiecznionych tam prawd przerasta możliwości ludzkiego umysłu. Powtarzam: są rzeczy, o których człowiek wiedzieć nie powinien. Ja zrozumiałem to zbyt późno. Nie popełnijcie mego błędu. Jeśli kiedykolwiek na horyzoncie ujrzycie szarą wieżę tempuszowskiej latarni, zawróćcie czym prędzej. Tamta okolica jest przeklęta; a teraz wyciąga swe oślizgłe macki w głąb kraju, czuję to bez cienia wątpliwości. Pęka bariera odwiecznego snu skrytych przed naszym wzrokiem ras. Zwiastujące ich powrót znaki widzę bezustannie na niebie i ziemi, dniem i nocą, a w uszach wciąż rozbrzmiewają mi tamte słowa.
Ph’nglui mglw’nafh Cthulhu R’Lyeh wgah’nagi fhatgn.
To już koniec mej opow
Wycinek prasowy z trzeciej strony „Głosu krakowskiego” opatrzony datą 28 marca 1926 roku.
Tajemnicze zniknięcie wykładowcy
Silnym wstrząsem dla środowiska kadry Uniwersytetu Jagiellońskiego okazało się nagłe i dotąd niewyjaśnione zniknięcie jednego z wykładowców, pięćdziesięciodwuletniego Jeremiasza Grockiego, cenionego doktora nauk humanistycznych. Dnia 26 marca br. jego gabinet zastano pogrążonym w całkowitym chaosie; poprzewracano w nim meble, pozdzierano tapety i zniszczono większość cennych obrazów. Obszerne widokowe okno, zajmujące większą część północnej ściany, zostało wybite, a odłamki szyby spoczywały po wewnętrznej stronie, co w przypadku gabinetu na drugim piętrze domu jest najbardziej niezwykłe. W pokoju znaleziono również myśliwską strzelbę, a proch na jej zamku, otwory po kulach w ścianach oraz łuski na podłodze niezbicie dowodzą, iż była ona używana. Sąsiedzi utrzymują mimo to, że nic nie słyszeli w noc, którą przyjmuje się za czas zniknięcia doktora Grockiego. Po nim samym nie pozostał żaden ślad.
Ostatnią osobą, która miała z nim kontakt, jest jego gosposia – to właśnie ona zgłosiła policji zniknięcie, odkrywając zdemolowany gabinet podczas swej codziennej, porannej wizyty. Utrzymuje, iż wieczorem 25 marca jej pracodawca był roztrzęsiony, blady jak płótno i mówił coś niewyraźnie, sprawiając ogólnie wrażenie człowieka pogrążonego w wysokiej gorączce, lecz stanowczo odmówił propozycji gosposi odnośnie wizyty u lekarza. Szanowna Pani twierdzi, iż przeszła nad tym niepokojącym stanem zdrowia do porządku dziennego jedynie dlatego, iż Jeremiasz Grocki miał dość częstą tendencję do popadania w tego typu nastrój. Potwierdzają to jego znajomi i współpracownicy z uczelni mówiąc, iż przez ostatnie dwa lata Grocki stał się innym człowiekiem; niemal odludkiem, pogrążonym we własnym, niezrozumiałym dla innych świecie, zmieniając się nie do poznania ze spokojnego, wesołego i poważanego wykładowcy. Niegdyś lubiany, szybko stał się unikanym za wszelką cenę.
W gabinecie doktora Grockiego policja znalazła także obszerny, kilkudziesięciostronicowy rękopis, nad którym zdawał się pracować tuż przed zaginięciem. Opisuje on w nim swoją wizytę w małej, nadmorskiej mieścinie o nazwie Tempuszów Pomorski, którą na koszt uczelni odbył przed niespełna dwoma laty. Nie ujawniono jednak żadnych szczegółów, ani też innych faktów zawartych w owym manuskrypcie. Obecnie jest on przechowywany razem z protokołem sprawy w policyjnym archiwum.
Czas pokaże, jak dalej rozwinie się ta bezprecedensowa sprawa. W oświadczeniu policyjnym podano, iż podjęte już zostały odpowiednie kroki. „Wydaje się, iż kwestia Tempuszowa ma tutaj istotne znaczenie”, mówił podkomendant Juliusz Hermisch, „dlatego też koniecznym jest dla nas dokładne jej zbadanie. W tym celu wysłaliśmy już tam dwóch funkcjonariuszy, by pozbierali stosowne informacje o pobycie pana Grockiego w miasteczku. Liczymy, iż rzuci to nieco światła na całą sprawę i pozwoli na szybkie jej rozwiązanie”.
Czy rzeczywiście tak będzie, to trudno obecnie ocenić, niemniej jednak postaramy się informować państwa na bieżąco o postępie w prowadzonym śledztwie.
A.P.M.
17 maja 2003
koniec
« 1 31 32 33
29 lutego 2008

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Płyń
Szymon Bokota

14 XI 2020

Nie miałem już siły walczyć z nurtem, który uparcie miotał mną od lewa do prawa. Za każdym razem, gdy zdawało mi się, że lada chwila zostanę wyrzucony na brzeg niczym odpad, prąd jakby złośliwie, zrzucał mnie ponownie ku centrum. Trzeba było zaprzestać oporu, rozluźnić wątłe mięśnie i czekać na nieuniknione.

więcej »
Kolaż: <a href='mailto:halas.agn@gmail.com'>Agnieszka ‘Ignite’ Hałas</a>

W oczach gwiazd
Adrianna Filimonowicz

12 X 2020

Czy miałem prawo stawać między nią a losem, który wskazały jej duchy? Czy byłoby to w istocie dobre? Tyyine dają nam wiele, lecz nie ma w tym szczodrości. Za każdy dar płacimy. Zmęczeniem, krwią, czasem życiem czy szaleństwem. Isirre miała dokonać czegoś wielkiego. Dla swego ludu i dla siebie. Za cenę jednak czegoś więcej niż życie, czego nawet nie umiałem nazwać. I na co się nie godziła…

więcej »
Ilustracja: Katarzyna Szymonik

Luka w pamięci
Marianna Szygoń

12 IX 2020

Przecież batyskaf ma dwa miejsca, dla bezpieczeństwa człowiek zabierał robota. Zwłaszcza wybierając się w miejsce na granicy zasięgu łodzi. Wtedy tak naprawdę do niej dotarło, że szuka nie jednego, a dwóch naukowców. Kim był android, który zaginął wraz z nim? Dlaczego nikt o nim nie wspomniał?

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Głęboki Grób – część 2
— Dawid Zieliński

Głęboki Grób – część 1
— Dawid Zieliński

Pewne formy zła
— Dawid Zieliński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.