Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 28 maja 2022
w Esensji w Esensjopedii

Tomasz Wojtaś
‹Dom marzeń›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorTomasz Wojtaś
TytułDom marzeń
OpisAutor pisze o sobie:
Z wykształcenia filozof, z zamiłowania – obserwator dziwności w życiu codziennym, a z hobby – kolekcjoner ciekawych spostrzeżeń. Pisaniem zajmuje się od dłuższego czasu, ale dopiero niedawno wpadł na pomysł, że mógłby coś opublikować.
Gatunekgroza / horror

Dom marzeń

1 2 »
Były trzy możliwości. Ktoś dostał się do mieszkania, zaczynałem świrować albo miałem do czynienia z… czymś dziwnym. Wyeliminowałem pierwszą możliwość (jednak dla pewności wymieniłem zamek) i zacząłem rozważać dwie pozostałe. Ale obie mi nie odpowiadały.

Tomasz Wojtaś

Dom marzeń

Były trzy możliwości. Ktoś dostał się do mieszkania, zaczynałem świrować albo miałem do czynienia z… czymś dziwnym. Wyeliminowałem pierwszą możliwość (jednak dla pewności wymieniłem zamek) i zacząłem rozważać dwie pozostałe. Ale obie mi nie odpowiadały.

Tomasz Wojtaś
‹Dom marzeń›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorTomasz Wojtaś
TytułDom marzeń
OpisAutor pisze o sobie:
Z wykształcenia filozof, z zamiłowania – obserwator dziwności w życiu codziennym, a z hobby – kolekcjoner ciekawych spostrzeżeń. Pisaniem zajmuje się od dłuższego czasu, ale dopiero niedawno wpadł na pomysł, że mógłby coś opublikować.
Gatunekgroza / horror
Kiedy wprowadzałem się do nowego mieszkania, pragnąłem stabilizacji. Miałem już dość ciągłych przeprowadzek, oswajania przestrzeni i klimatu tymczasowości. Potrzebowałem solidnego fundamentu, na którym mógłbym zbudować swoje życie. Mieszkanie kupiłem po okazyjnej cenie i byłem więcej niż zadowolony – nie dość, że było tanie, to było blisko centrum, w zadbanej przedwojennej kamienicy.
Nie jestem typem „ikeowca” – prócz wartości użytkowej mebla, potrzebuję jego wartości estetycznej, a nawet – duchowej. Mebel ma być nie tylko meblem, ale i ostoją domowego klimatu. Dopiero po wielu wyprawach na wyprzedaże i do antykwariatów poczułem się jak u siebie. Zanurzyłem się w codzienności i zdawało się, że nic już tego nie zmieni. Ale stało się inaczej.
Którejś nocy obudził mnie odgłos pękającego szkła. Było już po drugiej. Nie chciało mi się wstawać, ale przemogłem się. Nie to, że się przestraszyłem; byłem zwyczajnie ciekawy, co to mogło być. Zrobiłem rundkę po mieszkaniu, sprawdziłem, czy szyby w oknach są całe, zajrzałem nawet do szafek w kuchni, ale niczego nie znalazłem. Przez chwilę myślałem, że może mi się to tylko przyśniło.
I nagle zobaczyłem, że mój kryształowy puchar, który zdobyłem za pierwsze miejsce w biegach przełajowych, leży na półce rozbity. Zamarłem. Racjonalizm w takich chwilach zachowuje się jak powietrze w przekłutym balonie – staje się jedynie wspomnieniem. Przebiegł mnie dreszcz, ale zachowałem względny spokój. Wziąłem głęboki oddech i zakazując sobie myślenia, udałem się w stronę łóżka. Nie wierzyłem, że tej nocy uda mi się zasnąć, ale, o dziwo, udało się.

Mówiąc szczerze, trochę się przestraszyłem, ale zbyt twardo stąpałem po ziemi, żeby przywiązywać do tego zdarzenia większą wagę. Zresztą, nie miałem na to czasu – miałem ciężki okres w pracy i przynosiłem do domu mnóstwo roboty. Szef wykorzystywał to, że lubiłem swoją pracę i zawalał mnie różnymi papierami – projekty do oceny, książka do zredagowania i mnóstwo innych rzeczy. Kładłem się zmęczony nad ranem, wstawałem nieprzytomny i coraz częściej zapominałem, co chciałem w życiu osiągnąć (co to mogło być, do jasnej cholery?!).
Kryształowy puchar był ostatnią rzeczą, o której myślałem.
Pewnego dnia wyłączyłem telefon, rzuciłem w kąt papiery z pracy i usiadłem przed komputerem z silnym postanowieniem, że dokończę swoje zarzucone projekty i udam się na zasłużony urlop. Jednak było tyle do zrobienia, że nie wiedziałem, za co się wziąć. Za książkę, artykuł czy za felieton?
Wygrał artykuł. Był „na wczoraj”, a poza tym miałem zwyczajną ochotę nim się zająć. Otworzyłem plik tekstowy i po paru minutach pływałem w „mądrości” swoich wywodów:
…być może droga wychowania do kultury winna biec nie przez kształcenie w duchu ponadczasowych wartości (co nie znaczy, że należy o nich zapominać), lecz przez analizę dupek negatywnych konsekwencji współczesnej kultury, tj. poprzez analizę tych nie widzisz baranie własnej głupoty? jej wątków, które doprowadziły do aksjologicznej próżni i zagubienia; poprzez wypracowanie kulturowej kiedy idioto wreszcie zmądrzejesz? świadomości…
Przeczytałem to, co napisałem i zamarłem. To przez przemęczenie – pomyślałem – przez brak snu, ciągły stres w pracy (relacje z przełożonymi miałem dosyć skomplikowane), ciągłe ślęczenie nad papierami, nieustanne pisanie, myślenie o głupotach i przez tysiąc innych rzeczy, które nie pozwalają mi oddychać pełnią życia.
Wyłączyłem komputer (z postanowieniem, że nie włączę go przez najbliższych parę dni), zagotowałem mleko (ponoć pomaga na sen) i poszedłem do łóżka. Kiedy zasypiałem, usłyszałem stukanie w przedpokoju. Ale byłem już na krawędzi jawy, nie chciało mi się wstawać. Zresztą, być może zaczynałem już śnić.

Następnego dnia poczułem się lepiej. Sen i szczere postanowienie, że zadbam o siebie, napełniło mnie nową energią. Po pracy pojechałem do Anki i spędziłem u niej całe popołudnie. Do domu wracałem w dobrym nastroju i dlatego to, co w nim zastałem, o mały włos mnie nie zabiło.
Szafa w przedpokoju była otwarta, a ubrania rozrzucone na podłodze. W kuchni leżała rozbita doniczka, a w salonie na dywanie jaśniał wysypany solą idealny – wręcz odrysowany cyrklem – okrąg. Na oko, miał półtora metra średnicy.
Kolana ugięły się pode mną i z wrażenia usiadłem na podłodze. Przecież drzwi były zamknięte! To jest trzecie piętro, nikt nie mógł się dostać przez okno!!! Drżącymi dłońmi chwyciłem za komórkę, nie wiedząc nawet do kogo miałbym w takiej chwili zadzwonić.

Były trzy możliwości. Ktoś dostał się do mieszkania, zaczynałem świrować albo miałem do czynienia z… czymś dziwnym. Wyeliminowałem pierwszą możliwość (jednak dla pewności wymieniłem zamek) i zacząłem rozważać dwie pozostałe. Ale obie mi nie odpowiadały.
Ance oczywiście o niczym nie powiedziałem. Z różnych powodów. Odwiedziłem za to psychologa, a potem psychiatrę.
Być może powinienem zrobić to wcześniej, bo sytuacja w pracy stawała się momentami nie do zniesienia, a i życie osobiste nie układało się najlepiej. Nie chodzi mi tu o stres czy coś podobnego, ale o to, że potrzebowałem fachowej porady, jak funkcjonować we współczesnym świecie, w którym jedyną normą wydają się być zaburzone relacje międzyludzkie. Zresztą podejrzewałem, że za zdarzenie w moim mieszkaniu jestem odpowiedzialny wyłącznie ja sam. Nie żadni złodzieje, duchy czy inne poltergeisty. Dlatego fachowa porada była co najmniej wskazana.
Lekarz zdawał się potwierdzać moje obawy. Stres, nieustannie napięte nerwy, podświadoma frustracja – to pożywna gleba, na której wyrastają różne formy wyładowań. Wyszedłem z gabinetu z plikiem recept i nadzieją, że teraz może być już tylko lepiej.

Siedziałem na kanapie i wpatrywałem się tępo w telewizor. Przez chwilę rozważałem pomysł, czy nie byłoby lepiej wprowadzić się do Anki, ale odrzuciłem go. Wziąłem tabletki na sen (albo od „nerwów"; nie rozróżniam ich) i skupiłem się na oglądaniu programu rozrywkowego.
Nagle usłyszałem czyjś głos:
– Skończ z tym… skończ z tym…
Wyłączyłem telewizor, ale nadal słyszałem głos; nawet wtedy, kiedy wyszedłem z salonu do sypialni. Co się ze mną dzieje? To przez te leki! – pomyślałem i położyłem się do łóżka.
Kiedy nakrywałem się kołdrą, dobiegło mnie z kuchni stukanie. Przełknąłem ślinę. Tabletki wyraźnie działały, bo z trudem utrzymywałem otwarte oczy, a ręce i nogi rozlewały się przyjemnie po kanapie. Wstałem niechętnie, bo stukanie nie ustawało i dowlokłem się do kuchni. Nie zdążyłem jednak przekroczyć jej progu, bo nagle niczym koń wybiegł z niej taboret i pognał do salonu. Osunąłem się na podłogę. Trudno mi teraz powiedzieć, czy z wrażenia, czy z nadmiaru uspokajającej chemii.

Obudziły mnie kroki na klatce schodowej i odgłosy samochodów. Spędziłem na kuchennej podłodze całą noc. Kiedy wstałem zziębnięty, by napić się wody z kranu, spostrzegłem, że taboret stoi pod stołem, tak jak go zwykle zostawiam przed wyjściem do pracy. Czułem się zagubiony jak jeszcze nigdy w życiu. Zupełnie nie wiedziałem, co się ze mną – albo z moim mieszkaniem – dzieje. Było tylko jedno sensowne wytłumaczenie – przeżyłem halucynacje po pigułkach od psychiatry.
Wstawiłem wodę na kawę, zerkając nerwowo na taboret, i zrobiłem sobie śniadanie. Te codzienne czynności uspokoiły mnie. W czasie przeżuwania drugiej kanapki, pomyślałem nagle o cenie, za którą nabyłem to mieszkanie. O podejrzanie niskiej cenie…
Postanowiłem odwiedzić poprzednią właścicielkę.

Była sprawiającą miłe wrażenie sześćdziesięcioletnią kobietą. W pierwszym odruchu powitała mnie serdecznie, ale po chwili zawahała się. Być może dojrzała coś niepokojącego w wyrazie mojej twarzy, bo zrobiła krok w tył, tak jakby chciała zamknąć przede mną drzwi.
– Wie pani, dlaczego przychodzę, prawda?
Nie odpowiedziała. Odniosłem wrażenie, że walczy ze sobą. Westchnęła po chwili (tak jakby rozprawiła się z wewnętrznym demonem) i zaprosiła mnie gestem do środka. Wstawiła wodę na herbatę i rzuciła parę nic nieznaczących uwag na temat pogody. Dopiero kiedy usiedliśmy w salonie nad parującymi filiżankami, na jej twarzy pojawiło się wyraźne skrępowanie. Po przedłużającym się milczeniu zapytała nieśmiało:
– Czy dzieje się coś… dziwnego w pana mieszkaniu?
Skinąłem głową.
– Powinnam panu o tym od razu powiedzieć. Ale naprawdę myślałam, że to się już nie powtórzy… – Zamilkła i w zamyśleniu spojrzała za okno. Dzieciaki na placu zabaw bawiły się w berka. Uśmiechnęła się na chwilę i podniosła powoli filiżankę do ust.
– Zaczęło się po paru dniach, jak się wprowadziliśmy – podjęła. – Na początku słyszeliśmy dziwne odgłosy w nocy. A później zaczęły się dziać te rzeczy. Unosiło się łóżko, latały w powietrzu sztućce, filiżanki… Postanowiliśmy się wyprowadzić… – Wyjęła z kieszonki fartucha chusteczkę do nosa i wytarła nią oczy. – Ale nie zdążyliśmy nawet zacząć pakować rzeczy, gdy weszło to w męża. Zaczął się dziwnie zachowywać, przeklinał, mówił niezrozumiałe rzeczy, a potem…
1 2 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Sin-ra
Anna Sikorska

2 IV 2022

Spróbowała odtworzyć w pamięci ich nieskładną wymianę zdań. Jej biedny, ranny symbiont nie mógł pomóc. Z zapamiętanych fragmentów wywnioskowała, że Gertrand pytał głównie o sin-ra. Wtedy złożyła to na karb ich obcości, faktu, że sami nie posiadali symbiontów, ale teraz…

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Opowieści starego nawigatora: Miasto Słońca
Paweł Wolski

15 I 2022

Tym razem jednak, kiedy na dany mi przez cicerone znak jednym ruchem ściągnąłem z Niespodzianki osłaniające ją płótno, pośród z górą dwóch tysięcy skupionych wokół rezydentów zapanowała absolutna cisza.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Wędrowny Teatr Lalek Jeremium Patajasz
Anna Robak-Reczek

18 XII 2021

Wystarczyło kilka nieznacznych ruchów, i snuła się historia. Młody chwilę patrzył na to, co robi mój towarzysz, a potem, nie odrywając od niego wzroku, wyjął z kangurzej kieszeni bluzy niedużą lalkę. Biedne to stworzenie po przejściach dołączyło nieśmiało do tej, którą trzymał stary. Nie wiem, kto kogo prowadził, ono chłopca, czy on je.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Viral-Karma
— Tomasz Wojtaś

Nigdy nie budź śpiących słów
— Tomasz Wojtaś

Szansa
— Tomasz Wojtaś

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.