Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 28 stycznia 2021
w Esensji w Esensjopedii

Anna Łagan
‹Niszczyciel›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAnna Łagan
TytułNiszczyciel
OpisAutorka pisze o sobie:
Urodzona w Krakowie, w roku 1983. Po długich i burzliwych poszukiwaniach zrozumiałam, że w życiu mam trzy pasje: literaturę, religioznawstwo i gry fabularne. To opowiadanie właściwie pierwszy mój opublikowany tekst, chyba, że liczyć te rozrzucone po portalach, forach i blogach.
Gatunekfantasy

Niszczyciel

« 1 2 3 4 11 »

Anna Łagan

Niszczyciel

— Czy to elf? — spytał jakiś odważniejszy archeolog.
— Tego nie możemy stwierdzić — wyjaśnił profesor Akraz. — Ciało pokryte jest czymś w rodzaju… w rodzaju… — zawahał się, nie umiejąc znaleźć właściwych słów.
— To energia magiczna — wyjaśniła Dinah. — Skondensowana do tego stopnia, że nabrała właściwości materii. Nie jest groźna, przynajmniej dopóki nie spróbujemy usunąć jej z ciała. A póki jej nie usuniemy, nie będziemy mogli stwierdzić, kim jest ten… — zawahała się — ten mężczyzna.
— Co do tego, mamy z panią mer Kanede kilka teorii — dodał archeolog. — Nie życze sobie, żeby ten szczegół znaleziska został ujanwiony. Możecie mówić, że znaleźliśmy ostatniego cesarza i jego żonę bądź konkubinę. Ale o nim — wskazał na leżące na schodach ciało — ani słowa. Pani mer Kanede zawiadomi Kolegium, a wy dwaj — polecił robotnikom — znajdźcie skrzynię, w której będzie można go przewieźć.
Dinah odnosiła niemiłe wrażenie, że przewożenie w skrzyni uwłacza godności tajemniczego mężczyzny. Akraz nie żywił podobnych skrupułów, transportował już w ten sposób zwłoki królów i kapłanów… Niestety, w tym wypadku nie można było nawet stwierdzić, czy mężczyzna rzeczywiście jest martwy. Liczyła na to, że po zdjęciu kokonu będzie można go ożywić. Była spora szansa, że mieli do czynienia z nadwornym magiem cesarza — a może nawet z jakąś mityczną istotą… W obu wypadkach odkrycie byłoby sensacyjne, zaś wiedza, jaką można by pozyskać… Samo jej wyobrażenie nie mieściło się w głowie Dinah.
Jeszcze tego wieczora czarodziejka wysłała telepatyczną wiadomość do Kolegium. Odpowiedź dotarła kilka godzin później. Tuż przed północą tajemniczy mężczyzna, starannie zapakowany w drewnianą skrzynię, został wywieziony ze Starego Turanu. Dinah towarzyszyła mu w drodze, bojąc się odstąpić swojego cennego znaleziska choćby na krok. Podczas nocnej podróży wozem, podskakującym na nierównościach bruku, cały czas trzymała dłoń na skrzyni i zastanawiała się, kim jest znajdujący się w środku człowiek. Nie miała wątpliwości, że jego głowa zawiera wiedzę, o której od dwóch tysięcy lat marzyli magowie i uczeni. Historia, magia… Gdyby nie była nadwornym magiem, mogłaby otrzymać to stanowisko już za samo rozplątanie kokonu energetycznego. Przywództwo w Kolegium — czemu nie? No i nieśmiertelna sława…
Dinah mer Kanede była interesowna i wcale się tego nie wypierała. Lubiła zaszczyty wiążące się z piastowanym stanowiskiem, ceniła sobie szacunek, którym ją darzono, i uważała się za osobę wystarczająco kompetentną, by doradzać władcy nie tylko w sprawach magii, ale i polityki. Bycie politykiem, doradcą, swego rodzaju szarą eminencją, leżało w zakresie jej obowiązków. Z drugiej strony, w tej chwili odkrycie było ważniejsze. Nie powierzyłaby go żadnemu z adeptów ani drugiemu z przebywających w mieście mistrzów. Ten mężczyzna i tajemnice w jego głowie były jej własnością. Jej, Kolegium Magów i króla — uzupełniła po namyśle.
Nad ranem przyjazd powozu wyrwał ze snu pół Kolegium. Choć o prawdziwym powodzie zamieszania mieli pojęcie tylko nieliczni, wszyscy mieszkańcy starej twierdzy, pamiętającej czasy, gdy magowie i uczeni musieli chronić się przed prześladowaniami, wiedzieli, że stało się coś niezwykłego. Prędko znaleźli się tacy, którzy powiązali przybycie nadwornego maga z wykopaliskami w Starym Turanie, trudno było jednak zweryfikować te pogłoski. Do tajemnicy dopuszczono jedynie trójkę obecnych w Kolegium mistrzów, pozostali — adepci, uczniowie i służba, zmuszeni byli gnieździć się na korytarzu, w nadziei usłyszenia zza szczelnych, dobrze zabezpieczonych drzwi choćby małego wybuchu. Niektórzy wręcz marzyli o eksplozji, i to możliwie jak największej. Byłoby co opowiadać.
Za zamkniętymi drzwiami na wybuch się nie zanosiło. Dinah i trójka mistrzów, spośród których wszyscy byli starsi od nadwornego maga, a w dodatku dwóch było mężczyznami, zgromadzili się wokół kamiennego stołu do eksperymentów. Uprzątnięte w pośpiechu księgi i szklane naczynia leżały w kącie sali. Energetyczny kokon migotał w blasku magicznych lamp — nie było go widać w żadnym naturalnym świetle.
— Więc mówi pani, że znaleźliście ostatniego cesarza? — spytał mistrz Tasires, otyły mężczyzna po sześćdziesiątce.
Dinah skinęła głową.
— Prócz tego dwóch strażników, konkubinę i jego. — Ruchem głowy wskazała na mężczyznę w kokonie.
— Jeśli był nadwornym magiem — rzekła mistrzyni Artea — czemu uratował siebie, zamiast cesarza?
— Ma pani na myśli warunkowanie?
Artea skinęła głową.
— Za czasów Starego Turanu wszyscy słudzy cesarza byli warunkowani. Strażnicy nie uciekli z pałacu, podobnie jak cesarska konkubina. Zmarli wraz ze swoim władcą i wraz z nim zostali pogrzebani. Paskudny zwyczaj. Ale on… — Mistrzyni przesunęła dłonią po elastycznej powłoce, oplatającej mężczyznę. — Gdyby był nadwornym magiem, umarłby razem z cesarzem, może spróbowałby go ocalić, zamiast ochraniać siebie…
— Jeśli jest elfem, mógł nie być warunkowany — zauważył mistrz Karien, najmłodszy wśród trójki mistrzów Kolegium, kiedyś konkurent Dinah. — No i oczywiście nie mamy gwarancji, że był magiem. Może zaklęcie rzucił na niego ktoś inny…
— Z zewnątrz? — spytał Tasires.
— Niekoniecznie. Nie wiemy, czy nasz klient został zamknięty przed czy po katastrofie… I jest jeszcze jedna opcja: nie był z Turanu.
— Barbarzyńca? — Dinah ściągnęła brwi. — To by mogło tłumaczyć te długie włosy… Ale kto dopuściłby barbarzyńcę do sali tronowej?
— Ostatni generałowie byli barbarzyńcami z pochodzenia — przypomniał Kairen. — Może i on był kimś takim. A może zdrajcą? Posłem? Może chciał prosić cesarza, żeby nie niszczono miasta?
— Ma turańskie szaty. Bardzo bogate — zauważyła Artea.
— Moje panie, panie Kairen — przerwał Tasires — zostawmy spekulacje na później. Być może uda nam się wyciągnąć te informacje bezpośrednio z obiektu… w ten czy inny sposób.
Aederlinn<br/>Ilustracja: <a href='mailto:nakatoni@gmail.com'>Olga Dąbrowska</a>
Aederlinn
Ilustracja: Olga Dąbrowska
„Ten czy inny sposób” sugerował, że Tasires już planował sekcję. Jego skłonności do grzebania we wszelkich organizmach graniczyły z obsesją, a przy tym miał niewiarygodnie wytrzymały żołądek. Już jako adept potrafił pochłaniać kanapkę, porównując ludzki mózg ze schematami w starych księgach. Od dawna liczył na to, że uda mu się doprowadzić do perfekcji raczkującą jeszcze metodę wydobywania wspomnień z mózgów umarłych. Wyobraziwszy sobie grube paluchy Tasiresa, grzebiące w rozciętej czaszce jej znaleziska, Dinah poczuła, że zbiera jej się na mdłości.
— Przepraszam — wydusiła z siebie i wybiegła z sali.
Na korytarzu momentalnie obległ ją tłum adeptów i uczniów. Próbowała się przedrzeć, jednak magowie i kandydaci na magów byli bardziej nieugięci od niej. Żołądek Dinah wygrał walkę z umysłem i zwymiotowała na koszulę jakiegoś mężczyzny.
— Tasires coś kroi! — rozległ się z tłumu podniecony głos. Wymiotująca Dinah mer Kanede mogła oznaczać tylko jedno — sekcję zwłok. Obecna nadworny mag jeszcze jako uczennica dostawała mdłości na sam tylko widok schematów. Anatomię zaliczyła z trudem.
— Pani mer Kanede! Mistrzyni Dinah! Czy to prawda, że macie tam smoka? — spytał jeden z gapiów.
— Mistrzyni Dinah, czy ktoś zginął?
— Pani mer Kanede, czy…
— Dość! — wrzasnęła Dinah. — Rozejść się, natychmiast! To sprawa najwyższej wagi państwowej! Każde wejście do tej sali zostanie uznane za zdradę stanu!
Uczniowie i adepci cofnęli się, przerażeni. Autorytet urzędnika państwowego robił swoje.
— Przepuśćcie mnie do łazienki… — dodała Dinah słabym głosem.
Umywszy się i wypłukawszy z ust posmak wymiocin, wróciła do sali. Ku jej zadowoleniu, Tasires nie wspominał już więcej o sekcji. Mogli się zająć naprawdę istotną sprawą — zdjęciem kokonu.
Cały dzień we czworo ślęczeli nad starymi księgami, spierając się, jakich kręgów i glifów należy użyć. Zaklęcie tak potężne mogło eksplodować przy zdejmowaniu lub przynajmniej spalić na popiół cenne znalezisko.
Pod wieczór przybył królewski posłaniec. Jego wysokość Vergius Trzeci nie był zadowolony z samowoli nadwornego maga, lecz rozumiał wagę odkrycia i zezwalał na prace nad nim, pod warunkiem, że w miarę możliwości będą kontynuowane w Turanie. Dinah i pozostali mistrzowie rozumieli doskonale, że król chciał położyć rękę na odkryciu i że przeciwstawianie się temu może skończyć się nieprzyjemnie dla Kolegium. Sprawę należało rozwiązać tak, by skorzystali wszyscy: Kolegium, król, Uniwersytet i nadworny mag. Dinah napisała uprzejmy list, w którym poinformowała swego władcę, że jeśli mężczyzna żyje, nie powinno być przeszkód w przewiezieniu go do stolicy.
« 1 2 3 4 11 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Krzesło łaski Barabasza
Jerzy Bogusławski

9 I 2021

Krzyczę do zdarcia gardła. Zwijam się w kłębek, wciskam palce w usta. Emmanul chwyta moje dłonie, nie pozwalając mi ich odgryźć. Potem ból ustaje. Leżę bezwładny, niezdolny do poruszenia choćby palcem.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:halas.agn@gmail.com'>Agnieszka ‘Ignite’ Hałas</a>

Wędrujące oko, smog i tramwaje
Justyna Hankus

12 XII 2020

Bogacze i żołnierze są w wieżowcach, do nas przychodzą urzędnicy; przynoszą prowiant, sprawdzają wydajność, nie odpowiadają na żadne pytania. Nie biją nas, nie gwałcą, boją się nas dotknąć. Nie wiem, gdzie mieszkają, gdzie chodzą nocować.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Płyń
Szymon Bokota

14 XI 2020

Nie miałem już siły walczyć z nurtem, który uparcie miotał mną od lewa do prawa. Za każdym razem, gdy zdawało mi się, że lada chwila zostanę wyrzucony na brzeg niczym odpad, prąd jakby złośliwie, zrzucał mnie ponownie ku centrum. Trzeba było zaprzestać oporu, rozluźnić wątłe mięśnie i czekać na nieuniknione.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.