Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 29 marca 2020
w Esensji w Esensjopedii

Marcin Rusnak
‹Business is business›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorMarcin Rusnak
TytułBusiness is business
OpisAutor pisze o sobie:
Wrocławianin, rocznik 1984. Z wykształcenia anglista, z zamiłowania pisarz. Fan Neila Gaimana, ostrego rocka i czeskiego piwa. Publikował w Creatio Fantastica, Carpe Noctem oraz na unreal-fantasy.pl. Zdobywca I miejsca w konkursie „Horyzonty Wyobraźni 2009”. Więcej na: www.rusnak.unreal-fantasy.pl.
Gatuneksensacja

Business is business

1 2 3 6 »
Dłonie mutanta przypominały kraby – śródręcza były wielkie, zaokrąglone, a palce krótkie, niekształtne i powyginane, do tego pulchne u nasady i wąskie przy końcach. W końcu promień latarki zawędrował na twarz mutanta i Sulimowski syknął na jej widok. Olbrzym nie spał. Wpatrywał się prosto w źródło światła małymi oczkami, ledwie widocznymi spod wezbranej na czole masy guzów i torbieli.

Marcin Rusnak

Business is business

Dłonie mutanta przypominały kraby – śródręcza były wielkie, zaokrąglone, a palce krótkie, niekształtne i powyginane, do tego pulchne u nasady i wąskie przy końcach. W końcu promień latarki zawędrował na twarz mutanta i Sulimowski syknął na jej widok. Olbrzym nie spał. Wpatrywał się prosto w źródło światła małymi oczkami, ledwie widocznymi spod wezbranej na czole masy guzów i torbieli.

Marcin Rusnak
‹Business is business›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorMarcin Rusnak
TytułBusiness is business
OpisAutor pisze o sobie:
Wrocławianin, rocznik 1984. Z wykształcenia anglista, z zamiłowania pisarz. Fan Neila Gaimana, ostrego rocka i czeskiego piwa. Publikował w Creatio Fantastica, Carpe Noctem oraz na unreal-fantasy.pl. Zdobywca I miejsca w konkursie „Horyzonty Wyobraźni 2009”. Więcej na: www.rusnak.unreal-fantasy.pl.
Gatuneksensacja
…liczba zidentyfikowanych ofiar urosła do dwudziestu jeden. Ukraińskiej policji wciąż nie udało się odnaleźć sprawcy, wiadomo jednak, że do akcji włączyły się siły specjalne i w chwili obecnej przeczesują teren wokół Kalynivki. Michaił Nikolac, dyrektor regionalnego oddziału KAZEC-u pytanie o ewentualny udział mutantów w tym tragicznym zdarzeniu pozostawił bez komentarza…
Sulimowski wyłączył radio i skupił się na drodze. Stary ciemnozielony ford mondeo wszedł gładko w wiraż i z przyjemnym mruknięciem przyspieszył na kolejnej prostej. Noc była bezwietrzna i światła reflektorów podskakującego na wybojach wozu stwarzały jedyne pozory życia. Drzewa chyliły się nad szosą powykrzywianymi sylwetkami, a przejeżdżający ford niósł za sobą tumany kurzu. Tablica witająca na Ukrainie i granica upstrzona wozami pancernymi MSF-u zostały daleko w tyle.
Skręcił na zachód, w las. Wyboista droga po kilkuset metrach doprowadziła go pod na wpół murowany, na wpół drewniany dwukondygnacyjny budynek, przed którym stało kilka zaparkowanych wozów. Nad wejściem jaśniał podświetlany znak Coca-Coli i banner Tyskiego. Pomiędzy nimi widniała nazwa lokalu: “Pod Lasem”.
Słaby blask zalał wnętrze forda i Sulimowski dostrzegł w lusterku własną twarz – dojrzałą, opaloną, z nosem, który nieraz był łamany i jeżem brązowych włosów.
Zaparkował samochód obok pozostałych i otworzył drzwiczki; żwir zachrzęścił pod jego stopami. Jak na zawołanie w progu knajpy pojawił się mężczyzna o potężnej tuszy i równie imponującej brodzie.
– Spóźniłeś się, Andy – mruknął na widok Sulimowskiego. Mówił poprawną polszczyzną, ale z ukraińskim akcentem.
– Wyciągnąłeś mnie z łóżka, Iggy.
– Business is business.
W środku panował półmrok, a z głośników sączył się leniwie Nohavica. Minęli parę stolików, gdzie ludzie kiwali im głowami na powitanie. W “Pod Lasem” wszyscy się znali.
Stanęli przy barze i momentalnie, jak spod ziemi, wyrósł przed nimi właściciel, Paweł Karski. Wyciągnął dłoń ponad kontuarem i przywitał nowych gości.
– Cześć, Brodaczu. Dobrze cię widzieć, Andrzeju.
– Ciebie też – odparł Sulimowski – Kawę. Mocną. Bez mleka – poprosił, podając mężczyźnie banknot. – Jest Szczerber?
– Kręciła się gdzieś tutaj. Mam jej poszukać?
– Sam ją znajdę. Dzięki.
Usiedli przy jednym z wolnych stolików: Sulimowski z kawą, Brodacz ze szklanką szkockiej. Z początku siedzieli w milczeniu, racząc się swoimi napojami; w końcu Andrzej odstawił opróżniony do połowy kubek na stół, otarł usta wierzchem dłoni i zapytał:
– Co to za robota?
– Klasycznie, przemyt. Jeden mutant musi stąd zniknąć, a ktoś chce dać za niego niezłą kasę.
– Ile?
– Dla ciebie będzie pięć tysięcy.
– Trochę dużo jak na jednego mutanta – zauważył Sulimowski.
– Robota jest na wczoraj. Poza tym nie będzie łatwo. Ten mutant to typ E.
E, pomyślał Sulimowski, jak eksplozja. Jak ekstra kłopoty. Mutant typu E, czyli góra mięsa i psychika dzieciaka z ADHD. Doskonały pomysł na sobotni wieczór.
– Do tego – dorzucił Brodacz – w okolicy aż roi się od glin w związku z tą zadymą w Kalynivce.
– Może być ciężko – odpowiedział Sulimowski.
– Dlatego zgłosiłem się do ciebie.
– A co z Dolores? Myślałem, że to wschodząca gwiazda wśród nas, przemytników.
– Lekarz ci nie zabronił prawić złośliwości? – prychnął Igor. – Dolores wymiękła. Nie wzięła tego.
– Poddała się? – Andrzej wytrzeszczył oczy ze zdumienia. – Nie wzięła zlecenia?
– Przecież mówię – jego rozmówca pogładził swoją brodę i golnął szkockiej. – Więc jak? Bierzesz to?
Pięć tysięcy, niech to diabli, szatani i urząd skarbowy, rzekł sobie w duchu Sulimowski.
– Biorę – zdecydował. Brodacz pokiwał głową i dopił szkocką. Później rzekł:
– Jak chcesz, to idź poszukać Mariny i załatw, co potrzebujesz. Pospiesz się. Czas ucieka. Mutant ma być na miejscu o świcie.
Andrzej ruszył w głąb lokalu. Czuł zapach tytoniu, piwa, kolorowych wódek. Miał ochotę się napić.
Siedziała przy stoliku w rogu. Zauważyła go zanim on dostrzegł ją i zamachała do niego. Odpowiedział uśmiechem. Szczerber mogła być niedużo przed pięćdziesiątką, mieć włosy poprzetykane siwizną i twarz pokrytą zmarszczkami, ale czasami wciąż zachowywała się jak licealistka.
– Dobrze wyglądasz, Andrzeju – powitała go głosem pełnym ciepła. Mówiła śliczną polszczyzną. Objęli się krótko i Sulimowski pocałował ją w policzek.
– Nie tak dobrze jak ty – odparł i usiadł naprzeciwko. – Ale robię, co mogę.
– Maseczki z alg? Kąpiele błotne? – uniosła brwi w rozbawieniu.
– Chcesz się przyłączyć?
– Uważasz, że potrzebuję? – odparła szybko. Andrzej oparł się na krześle i parsknął śmiechem.
– Dzień, w którym nie zapędzisz mnie w kozi róg, będzie moim ostatnim – oświadczył.
– I lepiej o tym pamiętaj – pogroziła mu palcem. – Widziałam, że przyszedłeś z Brodaczem. Podejrzewam więc, że się po prostu za mną nie stęskniłeś?
– Idę na akcję. Jeszcze dzisiaj. Potrzebuję paru rzeczy.
Wyciągnęła z kieszeni brązowego żakietu kartkę papieru i długopis.
– Dawaj – powiedziała, naśladując rosyjski akcent.
– Naboje, jak zwykle usypiające IB, kaliber 9 mm, dwa magazynki. Valium, dwa opakowania. Jakaś zikonotyna…
– Mam prialt – zaproponowała. – Drogi, ale dobry. Amerykański.
– Może być. I dwie dawki benzedryny D.
Długopis zatrzymał się w pół słowa. Szczerber uniosła wzrok i popatrzyła Sulimowskiemu w oczy.
– Andrzej…
– Wiem, co mówię. Dwie dawki. To tylko na wszelki wypadek. Może nie będę jej w ogóle potrzebował. Ale może być ciężko.
– Nie powinieneś się faszerować tym świństwem.
– Kiedy sprzedajesz ją młodym, nie masz oporów.
– Młodzi mnie gówno obchodzą! – warknęła. – Wiesz, że z tym nie ma żartów.
– Jak mi będziesz matkować, to poszukam sobie innego dostawcy.
– Z innym dostawcą sobie nie pobzykasz – wymruczała nagle odmienionym tonem i Andrzej nie mógł powstrzymać uśmiechu. Cała Szczerber. W jednej chwili mogła ciskać gromy, w drugiej się dąsać, a w trzeciej zacząć opowiadać ostatnio zasłyszany dowcip. Sulimowski podejrzewał, że pod wieloma względami Marina zatrzymała się emocjonalnie na poziomie dwudziestolatki. Wcale nie był przekonany, że to źle.
Milczał przez moment, po czym rzekł:
– Jak skończę tę robotę, przyda mi się parę dni odpoczynku – Andrzej mówił powoli, patrząc w stół. – Tobie też. Moglibyśmy pojechać do Lwowa.
Nie odpowiadała, przyglądała mu się tylko, jakby nagle okazało się, że brała go za kogoś innego. Zakryła dłonią usta, ale Andrzej i tak dostrzegł jej szeroki uśmiech.
– Zapomnij o tym – machnął ręką, zły na samego siebie. Nie powinien był zaczynać tego tematu.
– W życiu – położyła swoją małą dłoń na jego twardej, sękatej prawicy. – Pojadę z przyjemnością. Ale nie czekajmy. Mam pieniądze. Jedźmy teraz. Zaraz.
Przez moment Andrzej zaskoczył samego siebie – zaczął faktycznie rozważać taką możliwość. Co mu zostało? Bez żony, bez dzieci, starzejący się przemytnik każdego dnia igrający ze śmiercią, więzieniem i wrzodami. Może nadszedł czas żeby odpuścić? Może czas się wycofać, póki jest co wycofywać. Może powinienem skorzystać z tego, co mi jeszcze zostało, pomyślał.
Ujął jej dłoń w swoją i uścisnął mocno.
– Pojedziemy – obiecał, a jej uśmiech stał się jeszcze szerszy. – Ale jutro, najpóźniej pojutrze – radość na jej twarzy zastygła jak woskowa maska. – Po tym zleceniu. Załatwię to i wyjedziemy.
Przez moment wydawało mu się, że Szczerber będzie walczyła, przekonywała i prosiła. Później jednak kiwnęła tylko głową i powiedziała:
– Dobrze.
Wstała od stołu i szybko obróciła się do niego plecami. Kartkę z zamówieniem włożyła do kieszeni żakietu i ruszyła na zaplecze. Zniknęła, nim Sulimowski zdecydował się krzyknąć by wróciła.
– Załatwione? – zapytał Brodacz, gdy Andrzej wrócił do ich stolika.
– Tak. Możemy się zbierać.
1 2 3 6 »

Komentarze

14 IX 2010   09:28:42

Fajny teskt!

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Jeszcze jeden do normy
Marcin Orliński

7 III 2020

W odległym o kilkanaście metrów rowie ruszał się człowiek, czy może raczej to, co z niego zostało. Sławek wcześniej go nie zobaczył, bo przesłaniały mu okoliczne krzaki. Skórę miał bladą, niemal przezroczystą, tak, że można było idealnie zobaczyć jego nabrzmiałe żyły, a oczy niemal wychodziły mu na wierzch. Jeżeli to nie stanowiłoby wystarczającej wskazówki, ziejąca w szyi krwawa dziura i brak kawałka prawego obojczyka nie budziły wątpliwości. Ani chybi kolejny sztywny.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Punkt przywracania
Jarosław Księżyk

4 I 2020

Następnie opowiada coś, aby mi było miło. Coś o tym, że jestem fajnym facetem, inteligentnym, ciekawym, oraz że ze schizofrenią zaimplantowaną z całą pewnością można żyć. Robi ze mnie bohatera, pioniera nowej terapii, która siłą rzeczy musi mieć trudne początki. Dzięki mnie dokona się postęp.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Welesówna i niezbyt żywi mieszkańcy Brzózki
Mika Modrzyńska

2 XI 2019

Przez chwilę nic się nie działo. Dopiero po kilku minutach grupka stworzeń takich jak wodnik, choć drobniejszych i… bledszych, wynurzyła się z wody i podeszła do brzegu, prowadząc między sobą wierzgającą na wszystkie strony Martynę.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Historie rozmaite
— Beatrycze Nowicka

Trzy oblicza pisarza
— Marcin Mroziuk

Dokąd zmierzasz, Filipie?
— Magdalena Kubasiewicz

Nokturn na dwa głosy
— Marcin Rusnak

Zbrodnia doskonała
— Marcin Rusnak

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.